Najpierw Łukasz Mejza. Potem Janusz Kowalski. Dwaj posłowie opuszczają klub Prawa i Sprawiedliwości w ciągu jednego tygodnia i przechodzą do politycznej poczekalni, jaką jest status niezrzeszonych. Niby każdy przypadek ma swoją historię, swoje napięcia i kalkulacje, ale razem układają się w jeden czytelny komunikat: coś w tej konstrukcji zaczyna się rozszczelniać.
Odejścia posłów rzadko są tylko statystyką. To raczej papierek lakmusowy – pokazują moment, w którym kończy się dyscyplina, a zaczyna indywidualna kalkulacja przetrwania. W tym sensie PiS ma dziś większy problem niż pojedyncze sejmowe głosowanie. O porażce przy wotum nieufności szybko się zapomina – przykryje ją kolejny dzień i kolejna polityczna naparzanka. Ubytku w klubie nie da się jednak tak łatwo zasypać.
Warto pamiętać, że podobnie zaczęła się rozszczelniać Polska 2050. Przed podziałem odchodzili od niej posłowie. Wiadomo, nie ta sama skala, nie ta sama historia, zupełnie inny lider. Daje to jednak do myślenia, prawda?
Kolejny tydzień, kolejny problem
Wnioski o wotum nieufności są klasycznym politycznym orężem, który opozycja wykorzystuje przeciw rządowi. Na ogół jest to idealna okazja, by przywalić konkretnemu ministrowi, zrobić roast na mównicy, skierować przekaz do swojego elektoratu i pójść spokojnie do domu.
W tym przypadku pewności, czy głosowania będą formalnością, przez długi czas nie było. W szczególności wobec minister klimatu Pauliny Henning-Kloski, która stała się jedną z twarzy rozłamu Polski 2050. Powiedzieć, że Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie darzy ją sympatią, to jak nic nie powiedzieć. Wielu jej kolegów z ugrupowania autorstwa Szymona Hołowni też ma do niej żal o Porozumienie Centrum i porzucenie ich w politycznej zawierusze.
Mimo tego wszystkiego wygrała polityczna kalkulacja i chęć zatrzymania stołków oraz rządowych limuzyn. Przegrane głosowanie byłoby pęknięciem w koalicji, które nie tak łatwo byłoby posklejać. I tak jak PiS mógł przez jakiś czas liczyć, że a nuż tym razem to może faktycznie się uda, tak musiał obejść się smakiem. Smakiem porażki.
Konkurencja nie śpi
Problemy PiS-u dyskontuje polityczna konkurencja. Koalicja Obywatelska korzysta z osłabienia największego rywala w sposób naturalny, ale prawdziwe napięcie widać po prawej stronie. Obie Konfederacje coraz sprawniej zagospodarowują elektorat, który jeszcze niedawno był niemal automatycznie przypisany PiS-owi. I tak oto spełnia się najgorszy sen Jarosława Kaczyńskiego, że wyrośnie mu konkurencja na prawej ścianie.
To nie jest jeszcze zmiana hegemona. Ale już wyraźny sygnał, że rynek polityczny po prawej stronie szuka alternatywy dla PiS. A to dla partii przyzwyczajonej do dominacji bywa szczególnie niewygodne.
Wspomnień czar
Jeszcze niedawno ponad 30 proc. poparcia było dla PiS punktem odniesienia. Dziś – raczej punktem wspomnień. Nie pojawiło się oczekiwane odbicie po zwycięstwie Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich.
Na domiar złego dla Jarosława Kaczyńskiego spór frakcyjny „harcerzy” Mateusza Morawieckiego z „maślarzami”, do których należą m.in. Przemysław Czarnek, Tobiasz Bocheński, Jacek Sasin czy Patryk Jaki, przybrał tak na sile i wymknął się spod kontroli, że niektórzy wieszczyli wyjście byłego premiera wraz z 30 posłami z partii.
Czarnek słabo łowi
Remedium na problemy, zwłaszcza z uciekającym do Konfederacji elektoratem, miał być Przemysław Czarnek, który został namaszczony na kandydata na premiera partii. Spodziewanego „efektu Czarnka” jednak za bardzo nie widać. Wręcz niektórzy mogą się zastanawiać, kto wykazuje się większą aktywnością w kampanii – były minister edukacji czy były premier.
PiS wchodzi więc w majówkę nie tyle zmęczony, co wyraźnie uszczuplony. I z pytaniem czy to jeszcze chwilowe przetasowania, czy już początek procesu, którego nie da się zatrzymać samą deklaracją jedności.

