„Jego język waży tyle co słoń. Jego serce jest wielkości samochodu. A niektóre z jego naczyń krwionośnych są tak szerokie, że można by przez nie przepłynąć”. Te zdania tyczą się płetwala błękitnego, którego Brytyjczyk opisywał w jednej ze swoich legendarnych serii – „Blue Planet”. I przypominają nam, że nikt na świecie nie potrafi opowiadać o przyrodzie równie barwnie.
Dzięki temu Attenborough stał się jedną z najbardziej kochanych na świecie publicznych postaci. Oczywiście – miewał antagonistów, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć, ale generalnie: ludzie go uwielbiają. Brytyjczycy od lat uważają sir Davida za swojego idola nr 1 – gdy kiedyś pojawił się na legendarnym festiwalu Glastonbury, widzowie fetowali go bardziej niż największe muzyczne kapele. Kiedy jedna z uczestniczek programu „Love Island” ośmieliła się „podnieść rękę” na legendę i stwierdzić publicznie, że jego programy są nudne, tysiące oburzonych widzów skomentowało te słowa w sieci.
A jak w Chinach pojawiła się seria „Blue Planet II”, pobrało ją tyle osób, że – wg gazety „Sunday Times” – chwilowo… spowolniło to działanie internetu w kraju. Przytaczający te ciekawostki „Guardian” dodaje, że jej premiera była transmitowana na żywo w RPA i Indiach, gdzie zachwycone dzieci trzymały transparenty: „Dziękujemy, że jesteś sobą – Sir David A” oraz „Sir David, prosimy, przyjedź do Indii”.
Oczywiście chodzi nie tylko o to, co sir David opowiada ludziom, ale też o sposób, w jaki to robi. Jego unikalną estetykę ładnie podsumował portal „The Ringer” pisząc o „ikonicznym, półszeptem prowadzonym sposobie mówienia – na tyle intymnym, że czujesz, jakby powierzano ci sekret świata natury, i na tyle cichym, by nie odciągać nadmiernej uwagi od naturalnego widowiska przed oczami.”
Nad stylem mówienia Attenborough rozpływała się też chociażby wybitna aktorka Judi Dench. Przyznała, że jest równie dobry jak wielcy aktorzy szekspirowscy, że „David potrafi dostarczyć coś w rodzaju szekspirowskiego DNA wszystkim, niezależnie od ich pochodzenia, wieku i perspektywy”.
Jak przetrwać podróż podmiejską kolejką (i nie zwariować)
I jeszcze raz „The Ringer”: „Orson Welles mówił z tak falującą powagą, że doprowadził cały naród do paniki, czytając adaptację książki w radiu w wigilię Halloween. Głęboka artykulacja Nowego Testamentu przez Jamesa Earla Jonesa niemal ustanowiła współczesny głos Boga. Głos Attenborough należy do tego samego panteonu, ale czerpie siłę z innego źródła.”
Za duże zęby, by zostać gwiazdą
Obcującym z jubilatem od lat ludziom imponuje coś jeszcze: tempo jego nagrań, zupełnie unikalne, nawet jeśli porównamy Sir Davida do osób młodszych o pokolenia. Ciekawie opowiada o tym Alistair Fothergill, producent dokumentalny: – Pracowałem z hollywoodzkimi aktorami przy filmach, które robiłem, i przy takim półtoragodzinnym spędza się trzy albo cztery dni na nagrywaniu narracji. David nadal potrafi przyjechać do Bristolu o jedenastej z Richmond i nagrać 50-minutową narrację w około godzinę i dziesięć minut.
Tę wyjątkową umiejętność Attenborough nabył w dawnych latach, kiedy dźwięk nagrywano na rolkach magnetycznej taśmy 35mm, a każda z nich miała po 10 minut. – Więc jeśli przekręciłeś słowo w dziewiątej minucie, musiałeś zaczynać od nowa. To zwykle wytwarzało dość adrenaliny, by utrzymać koncentrację aż do samego końca – wyjaśniał w swojej książce „Life on Air”.
Czytając biografię szacownego jubilata, dochodzi się do wniosku, że telewizja po prostu była mu przeznaczona. Wynaleziono ją mniej więcej rok po jego urodzinach, a do gospodarstw domowych zaczęła trafiać hurtowo w latach 50., a więc wtedy, gdy Attenborough stawiał w niej pierwsze kroki.
Nie każdy jednak utożsamiał wtedy Sir Davida z potencjalną gwiazdą szklanego ekranu. Niejaka Mary Adams, ówczesna dyrektorka telewizyjna BBC, uznała, że młodzieniec ma… zbyt duże zęby, żeby występować przed kamerą. Chwilę wcześniej David zdążył wymyślić ze swoim przyjacielem Jackiem Lesterem – który był kuratorem gadów w londyńskim ZOO – serię pokazującą, jak zwierzęta są łapane w naturze i do niego trafiają.
„Zoo Quest”, bo tak się nazywała, miał wg Adams poprowadzić Lester, ale przeszkodziła mu ciężka choroba jaką złapał podczas jednej z podróży. W tej sytuacji Attenborough wskoczył z ławki rezerwowych, a reszta jest historią. Piękną, pełną magicznych momentów, jak choćby ten z końcówki lat 70., kiedy do BBC trafiła seria „Life on Earth”, zdaniem wielu – absolutnie kultowa. Nie brakuje widzów uważających, że stacja dzieli się na dwie ery: przed i po jej emisji. Program pokazywano przez 13 kolejnych niedziel, zawsze trwał 55 minut, pod koniec oglądało go 14 milionów ludzi.
Kolejne pokolenia nadal zachwycają się przede wszystkim sceną z Rwandy, kiedy Attenborough dołącza do sesji iskania wśród goryli górskich i nadal jest na tyle spokojny, by wypowiedzieć słowa, które przeszły już do historii: „W wymianie spojrzenia z gorylem jest więcej znaczenia i wzajemnego zrozumienia niż z jakimkolwiek innym znanym mi zwierzęciem.” Zresztą popatrzcie na te piękne obrazki sami:
Podróżnik > kierownik
Oczywiście – życie Sir Davida to nie zawsze była tylko przyrodnicza sielanka polegająca na nagrywaniu filmów w przepięknych zakątkach świata. W drugiej połowie lat 60. i na początku lat 70. Attenborough zamiast na egzotyczne wyjazdy zdecydował się na pracę za biurkiem – na dyrektorskich stanowiskach w ukochanej BBC. I tam też miał swoje momenty – jak wtedy, gdy postawił na „Latający Cyrk Monty’ego Pythona” czy serię „Civilisation” Kennetha Clarka – 13 odcinków o historii sztuki, zamówionych głównie po to, by pokazać możliwości wchodzącej wtedy na salony kolorowej telewizji.
Ale w końcu uznał, że takie życie nie jest dla niego – natura podróżnika zwyciężyła z tą kierownika. Sir David opowiadał po wszystkim, że był zmęczony siedzącym trybem pracy, nieustannymi spotkaniami, planowaniem budżetów i zwalnianiem ludzi. – Archanioł Gabriel nie byłby w stanie wykonywać pracy dyrektora generalnego – powie potem jego syn Robert. – Fakt, że chciał wrócić do prowadzenia programów, mówi o nim coś ważnego.
Attenborough przez długi czas utrzymywał, że jego programy powinny pokazywać cuda natury, a nie opowiadać o świecie ludzi. Czytaj: omijał kontrowersyjne tematy związane z postępującym zanieczyszczeniem środowiska. Niektórym odbiorcom się to oczywiście nie podobało – postrzegali go jako słynnego przyrodnika, który boi się wchodzić na niepewny lód, stąpa po nim tylko i wyłącznie wtedy, kiedy tafla jest gruba i nie można się pod nią zapaść.
Ale i to się w końcu zmieniło.
Owszem, Sir David pewnie za długo zachowywał się jak człowiek, który wie wszystko, tylko nie chce psuć nastroju przy stole. Pokazywał więc cuda świata z cierpliwością proboszcza tłumaczącego dzieciom katechizm: płaszczki, wieloryby, ptaki rajskie, iguany uciekające przed wężami. W pewnym momencie zrozumiał jednak, że nie da się już opowiadać o pięknie planety bez dopisania przypisu, kto i jak tę planetę urządza po swojemu.
Attenborough przyznawał później, że przełomem był dla niego wykład amerykańskiego klimatologa Ralpha Cicerone’a w 2004 roku – wtedy po raz pierwszy uznał, że nie ma już żadnych wątpliwości co do wpływu człowieka na środowisko. Dwa lata później nagrał „The Truth About Climate Change”, swój pierwszy duży dokument poświęcony wprost globalnemu ociepleniu. A potem poszedł już dalej: plastik w oceanach, wymieranie gatunków, rabunkowe połowy, niszczenie ekosystemów.
To, że Sir David w końcu postanowił głośno mówić o bolączkach tego świata, na pewno ucieszyłoby jego rodziców. Dorastał bowiem w rodzinie, w której chęć pomocy innym była jedną z najważniejszych wartości. Dlatego Mary i Frederick Attenborough bez mrugnięcia okiem przygarnęli podczas wojny dwie dziewczynki z Niemiec, których ojcem był Alfred Bejach, znany żydowski lekarz, niestety zamordowany w Auschwitz.
Dla państwa Attenborough istotna była też edukacja, w końcu senior rodu był rektorem uniwersytetu w Leicester. Dlatego kiedy młody David zapragnął studiować na Cambridge, ojciec zgodził się, ale pod warunkiem, że chłopak zdobędzie stypendium.
Junior marzył oczywiście o kierunku przyrodniczym – bo od dziecka wiedział dokładnie, co chce robić. Jako nastoletni chłopak zbierał skamieniałości, włóczył się samotnie po Anglii na rowerze i godzinami siedział przy akwariach z tropikalnymi rybami.
Natura była jego pierwszą obsesją, telewizja – kolejną. Połączył je tak wspaniale, że świat nazywa go dziś człowiekiem, który przemawia publicznie w imieniu planety. Oby piękny głos stulatka jeszcze przez długi czas wybrzmiewał z naszych domowych sprzętów.

