Reklama
Kraj

Miasto, które wciąż walczy. Dlaczego Powstanie Warszawskie nadal dzieli Polaków

Co roku wraca ten sam dzień. Godzina „W". Syreny. Zatrzymane ulice. Minuta ciszy. I niemal natychmiast potem ten sam spór. Czy Powstanie Warszawskie miało sens? Czy warto było? Ilu ludzi zginęło? Czy można było postąpić inaczej?

Andrzej Matowski
Opinia autorstwa: Andrzej Matowski
Dzisiaj 06:02
7 min
Powstanie Warszawskie. Historia rzadko bywa czarno-biała. Zwłaszcza historia pisana krwią. (fot. Shutterstock)
TYLKO NA

Coraz częściej mam wrażenie, że zapominamy, czym Powstanie było naprawdę. Nie jako wojskowa operacja analizowana osiemdziesiąt kilka lat później z wygodnego fotela, lecz jako dramat ludzi, którzy przez pięć lat żyli pod niemiecką okupacją. Ludzi codziennie patrzących na egzekucje, łapanki, tortury, wywózki, obozy i śmierć.

Łatwo oceniać decyzje podejmowane w klimatyzowanym mieszkaniu, mając dostęp do wszystkich dokumentów i wiedząc, jak zakończyła się wojna. O wiele trudniej spróbować zrozumieć emocje tych, którzy nie znali przyszłości.

Sztafeta pokoleń

Nie jestem warszawiakiem. Moja rodzina nie walczyła w Powstaniu Warszawskim. A jednak pamiętam, jakie miejsce zajmowało ono w domu rodzinnym. Dla pokolenia moich rodziców Powstanie nie było jedynie wydarzeniem historycznym. Było symbolem. Symbolem sprzeciwu wobec narzuconego Polsce systemu, krzykiem rozpaczy narodu pozostawionego samemu sobie i milczącym wyrazem oporu wobec komunistycznej władzy.

W czasach PRL pamięć o Powstaniu czczono często właśnie dlatego, że władza próbowała ją przemilczeć lub zdeformować. Oddanie hołdu żołnierzom Armii Krajowej stawało się formą obywatelskiego nieposłuszeństwa, przypomnieniem, że istnieje Polska starsza od Polski Ludowej i że patriotyzmu nie da się zadekretować za pomocą propagandy.

Reklama
Reklama

To dlatego Powstanie było czymś więcej niż rocznicą. Było pamięcią przekazywaną z pokolenia na pokolenie, demonstracyjnie podtrzymywaną na przekór rządzącym Polską po II wojnie światowej komunistom. Dowodem, że nie wszystko można odebrać narodowi, nawet wtedy, gdy odbiera mu się państwo.

Zobacz także: Naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej. Ruch premiera

Po 1945 roku nie zniknęło wraz z ruinami Warszawy. Przeciwnie, zaczęło żyć własnym życiem. W domach opowiadano o nim szeptem. Przekazywano fotografie, opaski, wspomnienia i nazwiska poległych. Władza mogła usuwać Powstanie z podręczników, mogła fałszować historię, mogła oczerniać Armię Krajową, ale nie potrafiła wyrwać tej pamięci z rodzinnych rozmów. To właśnie tam przetrwała prawdziwa historia.

To właśnie dlatego myślę o Powstaniu jak o sztafecie pokoleń.

Skok w otchłań

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Pomnikiem Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. Miałem 10 lat. Monumentalne postacie wydawały mi się olbrzymami. Nie dlatego, że byłem dzieckiem. Raczej dlatego, że czułem się przy nich niewyobrażalnie mały. Minęły lata i to uczucie nie zniknęło. Nadal trudno mi uwierzyć, że ludzie niewiele starsi od dzisiejszych maturzystów potrafili zdobyć się na odwagę, której większość z nas prawdopodobnie nigdy nie będzie musiała w sobie odnaleźć.

Reklama
Reklama

Przeczytaj również: Potężny huk na Lubelszczyźnie. Na polu odkryto krater, służby zabezpieczyły teren

Przed oczami stają fotografie. Samotny krzyż na gruzach Pasażu Simonsa. Ciało jedenastoletniego Wojtka Zalewskiego „Orła Białego”. Prudential trafiony gigantycznym pociskiem moździerza „Ziu”. Wrak Borgwarda rozrzucony eksplozją na ulicy Kilińskiego. To nie są tylko archiwalne zdjęcia. To obrazy, które przypominają, że za każdą liczbą kryje się człowiek.

Powstanie Warszawskie było tragedią. Skokiem w otchłań, z której nie było odwrotu. Nie mam problemu, by to powiedzieć. Nigdy nie uważałem decyzji o jego rozpoczęciu za oczywistą czy łatwą do obrony. Im więcej czytam, tym mniej mam gotowych odpowiedzi. Szokuje mnie stopień dezinformacji, fatalne rozpoznanie sytuacji, złudzenia dotyczące pomocy aliantów i Armii Czerwonej. Przerażają rozkazy zdobywania broni od uzbrojonego przeciwnika przy użyciu kijów i butelek z benzyną. Tym bardziej jednak nie czuję się uprawniony do wydawania prostych wyroków.

Historia pisana krwią

Historia rzadko bywa czarno-biała. Zwłaszcza historia pisana krwią.

W Powstaniu walczyli ludzie o bardzo różnych poglądach politycznych: żołnierze Armii Krajowej, narodowcy, socjaliści, syndykaliści. Łączyło ich jedno: przekonanie, że walczą o Polskę. Nie o przyszłe partie, nie o przyszłe wybory, nie o współczesne spory ideologiczne. O państwo, którego istnienie wydawało się zagrożone bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Reklama
Reklama

Dzisiaj zbyt często próbujemy wtłaczać Powstanie w aktualne konflikty polityczne. Jedni chcą uczynić z niego dowód własnej racji, inni symbol bezsensu. Tymczasem ono wymyka się obu tym narracjom. Jest znacznie większe od naszych sporów.

To także opowieść o samotności Polski.

Polacy walczyli na Atlantyku, pod Monte Cassino, nad Anglią, w Normandii, w Holandii i na froncie wschodnim. Gdy jednak przyszło ratować własną stolicę, zabrakło realnej pomocy. Powstańcy wołali o wsparcie, a świat zajęty był już układaniem powojennego porządku. Armia Czerwona stała nad Wisłą, alianci zachodni mogli zrobić niewiele więcej niż wykonywać dramatycznie trudne loty ze zrzutami. Wielka polityka po raz kolejny okazała się silniejsza od losu zwykłych ludzi.

A jednak Powstanie przetrwało.

Przetrwało dlatego, że stało się jednym z fundamentów współczesnej polskiej tożsamości.

To właśnie dlatego wciąż jest ważne.

Sprawdź również: Nieznany obiekt wleciał do Polski. „Prezydent na bieżąco informowany”

Nie jako zachęta do romantycznego kultu śmierci. Nie jako wezwanie do nieprzemyślanych zrywów. Ale jako przypomnienie, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Że państwo może upaść, instytucje mogą zostać zniszczone, a mimo to naród potrafi zachować własną godność. Historia Warszawy z 1944 roku pozostaje ostrzeżeniem przed naiwnością wobec imperialnych ambicji i przekonaniem, że ktoś inny rozwiąże nasze problemy za nas.

Reklama
Reklama

Walka Dawida z Goliatem

Dlatego nie chciałbym, aby 1 sierpnia sprowadzał się wyłącznie do internetowych dyskusji o sensie decyzji sprzed ponad ośmiu dekad. Te rozmowy będą trwały zawsze i historycy zapewne nigdy nie osiągną pełnej zgody. Ale przez jeden dzień w roku warto odłożyć je na bok.

Lepiej zatrzymać się przy pomniku. Zapalić znicz. Wesprzeć żyjących jeszcze Powstańców. Pomyśleć o chłopcach i dziewczętach, którzy mieli po 16, 17 czy 20 lat i uwierzyli, że warto zaryzykować wszystko dla własnego kraju.

Może Cię zainteresować: Europa w ogniu. W akcji zginęli trzej strażacy

Bo bez względu na ocenę decyzji dowódców jedno pozostaje niezmienne. Nie ma nic bardziej poruszającego niż widok słabego Dawida stającego do walki z potężnym Goliatem.

Można dyskutować o strategii. Można spierać się o politykę. Można analizować błędy. Ale nie wolno zapomnieć o ludziach.

To oni są prawdziwym dziedzictwem Powstania Warszawskiego.

Może właśnie dlatego każdego roku o godzinie 17 zamiera Warszawa. Nie dlatego, że wszyscy jednakowo oceniają decyzję o wybuchu Powstania. Nie dlatego, że wszyscy zgadzają się z historykami czy publicystami. Zatrzymuje się dlatego, że przez tę jedną minutę kolejne pokolenia podają sobie tę samą niewidzialną pałeczkę pamięci. A dopóki trwa ta sztafeta, dopóty Powstanie Warszawskie pozostaje częścią naszej współczesności, a nie tylko zamkniętym rozdziałem historii.

Źródło: Zero.pl
Andrzej Matowski
Andrzej MatowskiHistoryk, autor strony "II wojna światowa w kolorze". W Zero.pl najczęściej patrzę na współczesne wydarzenia z perspektywy historycznej - autor zewnętrzny