Od momentu zwycięstwa Karola Nawrockiego na polskiej prawicy co jakiś czas pojawiają się głosy mówiące o momencie konstytucyjnym, który ma nadejść po wyborach parlamentarnych w 2027 r.
Ambicję zaprojektowania nowej ustawy zasadniczej zgłasza również współpracujący z Mateuszem Morawieckim Krzysztof Szczucki, autor niedawno wydanej książki „Tyrania praworządności. O potrzebie nowej konstytucji”. Sam prezydent wyznaczył na rok 2030 datę, kiedy państwo powinno przyjąć nową ustawę zasadniczą.
Zabraknie szabel
Jednak to, co jeszcze niedawno wydawało się nadmiarem ambicji, na ten moment jawi się jako pobożne życzenie. Patrząc na średnią sondażową z ostatniego półrocza, Donald Tusk ma większe szanse na zwycięstwo w następnych wyborach niż prawica na zdobycie większości umożliwiającej uchwalenie nowej konstytucji.
Cała ta debata przypomina nieco fragment czwartej księgi „Pana Tadeusza”. Sędzia Soplica, dobry patriota, ale i porywczy człowiek, reagując na możliwe powstanie na Litwie, stwierdza:
Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele – i jakoś to będzie!
I tak jak z tamtym powstaniem w „Panu Tadeuszu”, tak i z pomysłu na nową konstytucję zostanie niewiele. Zabraknie prawicy szabel.
Refleksja nad ustrojem jest ważna, ale ma dziś charakter seminaryjny, nie polityczny. Problemem nie jest bowiem sam brak projektu konstytucji, lecz brak układu politycznego i elit, które byłyby zdolne wprowadzić swoje zamiary w życie.
Rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja jest dobrym pretekstem, aby przypomnieć nie tyle, czym była – bo to przecież wiedza szkolna – ile to, jak w ogóle możliwe było jej uchwalenie.
Wbrew stereotypowym wyobrażeniom nie była nagłą polityczną ruchawką kilku reformatorów dogadanych z królem, lecz finałem długiego procesu odbudowy polskiej zdolności do samodzielnego myślenia o państwie.
Rok 1791 nie wziął się znikąd. Zanim uchwalono pierwszą w Europie nowoczesną konstytucję, trzeba było najpierw wychować ludzi zdolnych ją napisać i uchwalić.
Niepokojąca analogia
Cofnijmy się do XVIII w.
Stronnictwa magnackie są na usługach obcych mocarstw, częstokroć przedkładają interes swojej partii nad dobro publiczne. Brakuje Rzeczypospolitej profesjonalnej dyplomacji zdolnej skutecznie zabiegać o interesy państwa.
Dzień Flagi, tylko jakiej flagi? Od 30 lat trwa dyskusja o zmianie polskich symboli
Niewydolny ustrój, na czele z Sejmem i wymiarem sprawiedliwości, sprawia wrażenie groteskowego teatru. Skłócone społeczeństwo rozrywane jest przez dwie przeciwstawne siły – pęd ku Zachodowi z jednej strony oraz potrzebę obrony tradycji z drugiej.
Na tle tego niewesołego obrazka pojawia się jednak w końcu przebudzenie narodowe nowego pokolenia, które chciało zupełnie innej Polski.
Analogia między czasami saskimi a III RP ma oczywiście wiele słabości. Polska nie należy dziś, jak wówczas, do rosyjskiego protektoratu; nadrobiliśmy również cywilizacyjne zapóźnienie, modernizujemy armię, a nasz system polityczny – w porównaniu z tym sprzed trzech wieków – jest znacznie wydolniejszy. Jednak inteligentny czytelnik zauważy w powyższym akapicie szczegóły, które niepokojąco pasują także do dzisiejszej Polski.
To już się wydarzyło
Zmiany nie dokonały się z dnia na dzień. W 1740 roku Stanisław Konarski zakłada Collegium Nobilium – elitarną szkołę dla synów magnaterii i szlachty. Nie chodziło o prestiżową placówkę z lepszą łaciną, lecz o projekt polityczny: wychowanie obywatela zdolnego myśleć kategoriami Rzeczypospolitej, a nie wyłącznie własnego interesu.
Konarski rozumiał prostą rzecz – państwo jest źle urządzone i należy zmienić jego ustrój. Nie da się jednak dokonać tej zmiany w sytuacji, w której większość parlamentu utraciła instynkt państwowy. Potrzebna była stopniowa wymiana elit.
Jego reforma szybko zaczęła promieniować szerzej. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XVIII wieku podobne zmiany zaczęli wdrażać jezuici w swoich szkołach. W 1765 roku powstała Szkoła Rycerska, mająca formować nowoczesne kadry państwowe i wojskowe. W 1773 roku utworzono Komisję Edukacji Narodowej – pierwszy w Europie nowoczesny urząd państwowy zajmujący się systemem oświaty.
1740, 1765, 1773, 1791 – to nie była seria przypadkowych reform, lecz konsekwentna próba odbudowy elit politycznych. Najpierw wychowanie ludzi zdolnych myśleć kategoriami państwa, dopiero potem reforma ustroju.
Jak pokazuje Richard Butterwick w książce „Światło i płomień. Odrodzenie i zniszczenie Rzeczypospolitej (1733–1795)”, była to polska droga do nowoczesności – nie kopiowanie Paryża ani Londynu, lecz własna rewolucja przeprowadzona na rodzimych zasadach. Reformatorzy nie chcieli zniszczyć republikańskiego etosu szlachty, lecz go uratować. Nie walczyli z tradycją, lecz z jej karykaturą.
Konstytucja 3 maja była więc rewolucją, ale nie z importu i nie z kserokopiarki. Była próbą pogodzenia wolności z państwowością, republikańskiej tradycji z nowoczesnym państwem.
Przebudzenie
Wróćmy do 2026 r.
Żyjemy w czasach pełzającego przesilenia politycznego. Jakub Dymek w świeżo wydanej książce „Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska” pisze we wstępie o trzech nagłych zmianach, jakie dokonały się w społeczeństwie. Obserwujemy trzy rewolucje – godności, aspiracji i ambicji. Polska jest już Zachodem i chce wymyślić się na nowo.
Osiągnęliśmy względny dobrobyt, sami więc podnosimy sobie poprzeczkę. Oczekujemy wielkiej armii, energii atomowej i podmiotowej polityki zagranicznej. Niewiele wskazuje na to, że POPiS będzie w stanie adekwatnie odpowiedzieć na te ambicje – to przekonanie zdaje się zyskiwać coraz większą popularność.
Symboliczną manifestacją tej zmiany jest ruch społeczny, jaki wytworzył się wokół CPK. Wielkie lotnisko wraz z systemem połączeń kolejowych to nie tylko bodziec dla rozwoju całej gospodarki, ale także symbol nowej podmiotowości. Projekt ten w wyobraźni jego gorących zwolenników ma być aktem założycielskim bardziej ambitnej polityki, która nadąży za oczekiwaniami Polaków.
Stare podziały polityczne nadal są hegemoniczne, lecz przestają organizować naszą polityczną wyobraźnię. Widać gdzieniegdzie zapał do – parafrazując Stanisława Augusta Poniatowskiego – „nowego świata polskiego tworzenia”.
Nie wystarczy jednak sama ambicja społeczna. Nie wystarczy także sam projekt nowej konstytucji. Bez elit zdolnych myśleć kategoriami państwa każda reforma ustrojowa pozostanie jedynie publicystycznym marzeniem.
Collegium Nobilium 2.0?
Do rangi symbolu urosło w Polsce Collegium Humanum. Politycy, którzy chcieli nadrobić wykształcenie wyższe, kupowali na tej uczelni dyplomy. Wykształcenie wyższe jako rodzaj dekoracji, która dobrze wygląda i zapewnia polityczne profity, lecz nie przedstawia większej wartości – taki obraz akademii wyłania się z tej afery.
Zresztą trudno się temu dziwić. Uniwersytet funkcjonuje dziś przecież jako wyższa szkoła zawodowa dla mas, przygotowująca studentów raczej do klepania tabelek w Excelu i pracy w międzynarodowej korporacji niż do potrzebnej pracy na rzecz społeczeństwa i państwa.
Z jednej strony mamy więc Collegium Nobilium – szkołę, która kształtowała odpowiedzialne elity. Z drugiej Collegium Humanum – symbol dyplomu jako towaru, cwaniactwa i awansu na skróty. Nazwy podobne, sens dokładnie odwrotny.
Od Collegium Nobilium do Collegium Humanum – tak wygląda ironiczna historia kształcenia polskich elit.
W programie Ruchu Narodowego z 2016 roku znalazł się pomysł powołania „Szkoły Kadr Politycznych” – elitarnej, państwowej instytucji mającej służyć transmisji doświadczenia między pokoleniami ludzi zaangażowanych w życie publiczne.
Czytamy w tym programie:
Słabość współczesnej polskiej polityki wynika nie tylko z wad instytucji, lecz przede wszystkim ze słabości duchowej i umysłowej kadr politycznych. Budowa nowej elity nie jest kwestią gwałtownej zmiany kadrowej, lecz długotrwałego procesu formacji, budowania etosu i społecznego zaufania.
Minęło dziesięć lat od napisania tego tekstu, a nadal uderza on swoją aktualnością.
Pobrzmiewa w tym pomyśle dalekie echo rewolucji zapoczątkowanej przez Stanisława Konarskiego w XVIII w. Rewolucji, którą należy dziś powtórzyć.

