– Rodziny podejmują wręcz nadludzki wysiłek, jeżdżąc po całej Rosji i szukając uprowadzonych dzieci – podkreślił w rozmowie z Zero.pl Jan Piekło, były ambasador RP w Ukrainie. Dyplomata opowiadał o procederze uprowadzania małoletnich przez Federację Rosyjską, a także o tym, jakie kraj kierowany przez Władimira Putina ma wobec nich plany.

Olga Erenc, Zero.pl: Panie ambasadorze, co się dzieje z uprowadzonymi przez Rosję ukraińskimi dziećmi?
Jan Piekło, były ambasador RP w Ukrainie: Proces uprowadzania ukraińskich dzieci rozpoczął się już w 2014 r., gdy zaczęła tworzyć się Republika Doniecka. Później, po rosyjskiej agresji w 2022 r., proceder ten zaczął przybierać na sile. Największy dramat był w Mariupolu. Dzieci oddawano albo rosyjskim rodzinom na wychowanie, albo do placówek wychowawczych. Wraz z upływem czasu rosyjska metodologia w tej kwestii była doskonalona.
Na czym ona polega?
Federacja Rosyjska stworzyła całą maszynę państwową, która umożliwia porywanie ukraińskich dzieci. Istnieją specjalne obozy filtracyjne, w których są wybierane. Dokładnie tak, jak robili to Niemcy podczas II wojny światowej.
W jaki sposób przeprowadzany jest ten proceder?
Na oficjalnych ukraińskich stronach internetowych takich jak „Dzieci wojny” (ang. „Children of War”), czy „Sprowadźmy dzieci z powrotem” (ang. „Bring Kids Back” – red.) – ta ostatnia będąca inicjatywą prezydenta Wołodymyra Zełenskiego – można prześledzić losy dzieci, które zostały uprowadzone, ale wróciły do swoich rodzin. Warto dodać, że nie były to tylko małe dzieci, ale i nastolatki w wieku 14, 15 czy 16 lat. Przewożono je, np. do okupowanego Doniecka, i często wyrabiano im nowe, rosyjskie dokumenty, zmuszając do przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa i umieszczając w nowej rodzinie.
Co robią ukraińskie rodziny, żeby je odnaleźć?
Ich prawdziwi rodzice bardzo często mieli z tym trudności. Wiadomo, że mężczyźni z tych rodzin albo są na froncie, albo już nie żyją, zatem najczęściej cała akcja spoczywa w rękach dzielnych kobiet z rodziny: matek, cioć, babć. To właśnie babcie wykazują się niezwykłym hartem ducha i wolą walki o swoje wnuczki.
Niewątpliwie na korzyść tych bohaterskich babć działa fakt, że zazwyczaj doskonale posługują się językiem rosyjskim, często mają też jakieś kontakty w Rosji. Słyszałem też opowieść – nie umiem zweryfikować, na ile była prawdziwa – że w jednej z takich wypraw po uprowadzone dziecko brał także udział pies, który miał przy smyczy ukraińską flagę, w takim „stroju” przewędrował całą Rosję i szczęśliwie wrócił z odnalezionym dzieckiem do Ukrainy.
Brzmi to jak scena z filmu. A jak taka akcja ratunkowo-poszukiwawcza wygląda?
Ukraińscy znajomi opowiadali mi, że matki czy babcie, podejmują wręcz nadludzki wysiłek, jeżdżąc po całej Rosji i szukając tych dzieci. Zazwyczaj najpierw jednak udają się na Białoruś, bo o wiele trudniej jest im się przedostać przez linię frontu do Rosji – to wielkie ryzyko i szanse na sukces są mniejsze. Nie zapominajmy, że mimo wszystko, formalnie, Białoruś nie jest w stanie wojny z Ukrainą i zawsze był między tymi krajami przepływ ludności i towarów. Jest jeszcze Królewiec, dawniej zwany Kaliningradem. Niewykluczone, że tam też te rodziny się przeprawiają.
Gdzie zazwyczaj odnajdywane są porwane ukraińskie dzieci?
Te rodziny nierzadko znajdowały swoje pociechy, oczywiście przy pomocy łapówek, na dalekim wschodzie – na Syberii, czy na Kamczatce. Tu warto dodać, że w wielu opowieściach, które słyszałem, przewijał się wątek pomocnych ludzi na dalekim wschodzie Rosji. Być może to przekonanie, że tym babciom czy matkom należy pomagać, wynika z faktu, że żyjący tam ludzie sami doświadczyli tępienia swojej tożsamości etnicznej i narodowej przez Rosjan. Najtrudniejszy był moment, kiedy dziecko zostanie odnalezione, ale trzeba zdobyć odpowiednie papiery i mieć właściwe koneksje, żeby móc je z powrotem zabrać ze sobą.
Czy państwo ukraińskie pomaga w takich sytuacjach?
Istnieje domniemanie, że wywiad ukraiński też próbuje zorganizować jakąś pomoc w tym zakresie i organizuje tzw. kanały przerzutowe, żeby te dzieci mogły wracać.
Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych – Melania Trump – napisała w 2025 r. list do Władimira Putina, w którym zaapelowała o ochronę dzieci podczas wojny w Ukrainie. Co prawda bezpośrednio nie wspomniała tam o dzieciach ukraińskich, list dotyczył wszystkich dzieci. Biały Dom ogłosił w lutym tego roku, że z inicjatywy Pierwszej Damy trzeci raz doszło do zjednoczenia rodzin rozdzielonych przez ten konflikt. Co pan sądzi o tej akcji?
To bardzo ważne, że Melania Trump zajmuje się tym tematem. Na początku marca tego roku odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ, któremu przewodziła właśnie Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych. Faktem jest, że ona sama, jako osoba pochodzą z byłej Jugosławii, ze Słowenii, musiała zetknąć się z horrorem wojny na Bałkanach oraz porywaniem dzieci, bo tam także do tego dochodziło. Skala zjawiska nie była może ogromna, ale także prowadzone były próby indoktrynacji dzieci i młodzieży, robili to przede wszystkim Serbowie.
Idąc tym tropem, może dobra byłaby trójstronna współpraca pomiędzy Pierwszą Damą Polski Martą Nawrocką oraz jej amerykańską i ukraińską odpowiedniczką – Melanią Trump i Ołeną Zełenską – właśnie w kontekście uprowadzonych ukraińskich dzieci?
Co robią z tym problemem organizacje międzynarodowe?
Według Konwencji ONZ z 1948 r. przymusowe przekazywanie dzieci z jednej grupy etnicznej do innej grupie etnicznej to akt ludobójstwa. Mowa tu o Konwencji ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa.
Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał w 2023 r. nakazy aresztowania dla Władimira Putina oraz pełnomocniczki praw dziecka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej, Marii Lwowej-Biełowej (nakazy te zostały wydane na podstawie przepisów Rzymskiego Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego o m.in. bezprawnej deportacji lub przewożeniu dzieci – red.).
Pociągnięcie do odpowiedzialności Putina i Lwowej-Biełowej może jednak trochę potrwać, znając tempo działania takich instytucji. Co można jeszcze zrobić?
Najważniejsze jest to, żeby nie skończyło się to tak, że te akta będą sobie w Hadze tylko leżeć. Należałoby wciąż nagłaśniać akcje poszukiwania dzieci. Uważam, że np. Unia Europejska powinna w bardziej sprawczy sposób zająć się tym zagadnieniem. Wymagałoby to dobrej organizacji i proaktywnego inicjatora. Niestety, nie widzę takiej woli w Brukseli – widzę natomiast, że część unijnych krajów chciałoby z powrotem robić z Rosją interesy. Wiem, że niektórzy europosłowie działają w tym zakresie pojedynczo. Ich wysiłki nie są jednak odpowiednio skoordynowane, w konsekwencji skala tych przedsięwzięć jest za mała.
Myślę też, że wyprodukowanie filmu opowiadającego opartą na faktach historię uprowadzonego przez Rosję ukraińskiego dziecka pomogłoby zmobilizować większą część opinii publicznej, a w konsekwencji i polityków, do działania.
Może to naiwne pytanie, ale i tak je zadam, bo motyw każdej zbrodni jest istotny. Dlaczego Rosja to robi?
Linia obrony Rosji jest taka, że tak naprawdę te działania mają na celu ocalenie dzieci przed wojną, że jest to pomaganie, dawanie im opieki, bo np. zostały osierocone w trakcie działań militarnych. Ironią losu jest to, że ścigana przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze Maria Lwowa-Biełowa jest przecież rosyjską rzeczniczką praw dziecka.
Należy mieć także na uwadze, że Federacja Rosyjska ma ogromne problemy demograficzne. Zapewne były robione badania na potrzeby rodzin, które w ramach patriotycznego obowiązku chcą przyjąć ukraińskie dziecko, by następnie wychować je w duchu rosyjskiej ideologii. Ponadto w Rosji potrzebne są ręce do pracy, a taki np. 14-letni Ukrainiec może już iść do pracy i ulżyć nowym rodzicom w trudach codziennego życia. Koncepcja Rosjan polega też m.in. na tym, żeby te dzieci (w tym przypadku chłopcy), jak osiągną wiek poborowy, zostaną wykorzystane jako „mięso armatnie”. To są rzeczy przerażające, trudno w to uwierzyć, ale to się dzieje teraz.
A jaki jest w tym element realizacji doktryny panslawizmu pod przywództwem „Wielkiej Rosji”? Słyszymy w rosyjskiej propagandzie narracje o „bratnich narodach” i obronie „słowiańskiej cywilizacji”.
Jest to główny element tych działań. Wystarczy sięgnąć do pism Aleksandra Dugina, głównego ideologa „Wielkiej Rosji”, żeby się o tym przekonać. Ten nieszczęsny program jest po to, żeby Ukraińcy zrozumieli, że są jednak Rosjanami, żeby przestali kultywować swoją odrębność narodową.
Zjawisko uprowadzania dzieci z terenu innego państwa lub z terenów zamieszkałych przez poszczególne grupy etniczne nie jest nowe. Jakie znamy przykłady tego procederu z historii?
Uprowadzenie dzieci w celu ich późniejszej indoktrynacji oraz, w konsekwencji, zrobienie z nich narzędzia, które często miało się następnie obrócić nawet przeciw własnym rodzicom – to nie jest nowy temat. Ten schemat, niestety, powtarzał się w historii ludzkiej cywilizacji.
Pierwszy taki przypadek z przeszłości, który przychodzi mi do głowy, miał miejsce w Imperium Osmańskim. Turcy, często przy pomocy Tatarów, porywali dzieci i kobiety w jasyr (niewolę – red.). Te porwane dzieci stawały się potem elitą tureckiego wojska, tzw. janczarami, którzy następnie walczyli np. przeciw Janowi III Sobieskiemu pod Wiedniem. Turcy używali tej taktyki także podczas ludobójstwa Ormian, którego dokonali na początku XX wieku.
Należy też wspomnieć o Chinach zabierających tybetańskie dzieci oraz te pochodzące z plemienia Ujgurów, o Boko Haram w Nigerii czy o Państwie Islamskim (ISIS – red.), które porywało dzieci Jazydów w celu szkolenia ich na żołnierzy, zdolnych do np. zamachów samobójczych.
Kraje zachodnie także mają te praktyki na sumieniu…
W Australii, w ramach rasistowskiej polityki „White Australia” (obowiązującej od 1901 r. do 1973 r. – red.), odbierano dzieci z rodzin aborygeńskich lub mieszanych rasowo i albo oddawano je białym rodzicom, albo umieszczano je w specjalnych przeznaczonych do tego instytucjach, żeby zrobić z nich „dobrych obywateli”. Te dzieci nazwane były potem „ukradzionym pokoleniem” (ang. „stolen generation” – red). Kraje takie jak Wielka Brytania, Włochy, Portugalia i Hiszpania uprawiały ten sam proceder. Ponadto Kanada i Stany Zjednoczone robiły podobnie w stosunku do Indian, a Szwajcaria w stosunku do Romów. I oczywiście Niemcy, którzy zabierali polskie dzieci podczas II wojny światowej – mowa tu oczywiście o „dzieciach Zamojszczyzny”.
Niemcy porywali polskie dzieci spełniające aryjskie kryteria „Rasy Panów”. Jak to wtedy wyglądało?
Niemcy zabierali te dzieci najpierw do obozów, gdzie lekarz, specjalnie przeszkolony z doktryny rasistowskiej, dokonywał selekcji, które z porwanych dzieci nadają się do tzw. „aryzacji” – czyli do tego, żeby przekazać je niemieckiej rodzinie na wychowanie. Ocenia się, że po wojnie wróciło zaledwie 800 dzieci. Podczas procesów w Norymberdze ten motyw pojawił się jako element egzekwowania planu ludobójstwa. Nie znamy dokładnej liczby uprowadzonych w ten sposób polskich dzieci, jest ona szacowana na jakieś 200 tys.
Fakt, że ten proceder był obecny w przeszłości i nadal powraca, niezbyt dobrze świadczy o ludzkości. Zresztą tak jak samo zjawisko wojny. Skutki takich działań mogą być nieodwracalne.
Inżynieria społeczna zawsze była częścią społeczeństw. Jeśli chodzi o skutki uprowadzania dzieci w przeszłości, to nie da się cofnąć rzeki z powrotem w koryto. Co do Rosji, jestem jednak przekonany, że ten kraj jest na skraju upadku i że ukraińskie dzieci wrócą – w większości – do domu.
