W międzywojniu upowszechniły się strajki okupacyjne, zwane strajkami polskimi. Strajki i wystąpienia robotnicze czy chłopskie były zwykle krwawo tłumione. Charakterystyczne dla ruchu strajkowego okresu 1918–1939 były strajki solidarnościowe, czyli takie, w których załoga jednego zakładu pracy przerywa pracę, aby wesprzeć pracowników innej grupy zawodowej.
Siła solidarności
Strajkiem solidarnościowym rozpoczęła się rewolucja Solidarności. Można powiedzieć, że kraj stanął, bo zwolniono z pracy Annę Walentynowicz, skromną suwnicową. W Wielkiej Brytanii największy na wyspach związek zawodowy powstał w wyniku strajku, który ogarnął cały kraj, wywołany zwolnieniem jednego konduktora.
O sile ruchu pracowniczego decyduje właśnie zdolność do strajkowania nie tylko w walce o własne interesy danej załogi, ale o szersze cele i na znak solidarności z innymi.
Obecnie polskie prawo zabrania strajku solidarnościowego, a sam strajk bardzo utrudniają przepisy. Oczywiście nie tylko przepisy ograniczają walkę ludzi pracy o swe prawa.
Prawdę powiedziawszy, kiedy strajk jest zwycięski, nikt się nie ogląda na regulacje i żelaznym punktem porozumień po zwycięskim strajku jest wykluczenie represjonowania pracowników, którzy jakieś tam przepisy antystrajkowe złamali.
Polskie prawo jest bezsilne
Problem leży w fakcie, że robotników, ludzi pracy, omamiła liberalna i narodowa ideologia. Wmawia się ludziom, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, że należą do klasy średniej albo wkrótce się w niej znajdą. Albo że winnymi ich krzywd i cierpień są obcokrajowcy, a nie rządząca elita.
Dino strzela sobie w stopę. Kryzys wizerunkowy narasta, spółka nie robi nic
W niemieckiej fabryce w Gnieźnie odbył się strajk o podłożu ekonomicznym. Prosperująca firma zagraniczna płaci niewiele więcej niż wynosi płaca minimalna. Niemcy zatrudnili kancelarię prawną, która specjalizuje się w zwalczaniu związków zawodowych.
Zwolniono przewodniczącego związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, który strajk zorganizował. Zakończył się on umiarkowanym sukcesem. Ale mimo decyzji sądu o przywróceniu przywódcy strajku do pracy firma woli płacić grzywny – zresztą śmiesznie małe – niż wpuścić do zakładu lidera związkowego.
Obcy kapitał, w tym wypadku niemiecki, nic sobie nie robi z przepisów polskiego prawa i wyroków polskich sądów. Pamiętam czasy, kiedy załoga wprowadziłaby swego lidera do zakładu. Dziś ludzie się boją.
Przepis, który nie dopuszcza strajku solidarnościowego, ma charakter wybitnie klasowy. Gdziekolwiek wybucha strajk, przyjeżdżają całe autokary związkowców z innych zakładów ze wsparciem – oczywiście symbolicznym. Gdyby było prawo, żeby strajkować na znak solidarności, ludzie pracy poczuliby swą siłę. A tego się właśnie władza boi.
Czerwony sztandar
W międzywojniu zbuntowani robotnicy ginęli od kul policji. Ginęli też demonstrujący bezrobotni, a także chłopi. A ówczesny minister Sławoj Składkowski wypowiedział owo słynne zdanie:
Policja strzela i strzelać będzie. Historia ruchu robotniczego pełna jest opowieści o „krwawym tłumieniu wystąpień robotniczych”.
Mimo że dziś robotnicy nie przymierają już głodem, powodów do strajkowania nie brakuje, a poziom wyzysku wcale nie jest mniejszy. Wystarczy policzyć, ile zarabiają na nas firmy, właściciele. Kiedy strajk wybucha, dowiadujemy się, jak żałośnie mało nam płacą.
Tak zwana władza ludowa też się bała wystąpień robotniczych i ze strachu do robotników strzelała. A zamoczony we krwi ofiary tego strzelania materiał, zawieszony na kiju, stał się naszym czerwonym, PPS-owskim sztandarem. A nasz sztandar płynie ponad trony. Wtedy walczyliśmy o wolne soboty i o pluralizm związkowy.
Robotnika Maćka poznałem w stanie wojennym, w karnej, nieogrzewanej celi. Zamknęli go za strajk w PKS-ie. Po wyjściu spiknęliśmy się i wspólnie z innymi przedstawicielami lewicy podziemnej zorganizowaliśmy niezależny pochód pierwszomajowy. Maciek wyszedł pierwszy z katedry św. Jana z obrazkiem Matki Boskiej nad głową, a za nim poszły tysiące demonstrantów. Skandowaliśmy: „1 maja, nasze święto”.
ZOMO nie było, bo nasza grupa nie była zinfiltrowana przez SB. Po kilku dniach zatrzymano mnie i internowano w Białołęce. Zostaliśmy zidentyfikowani jako organizatorzy pochodu ze zdjęć z helikoptera. Wołali na nas, organizatorów alternatywnych obchodów Święta Pracy, „majowe dzieci”.
Sporadyczne strajki
Od tamtego 1982 roku biorę udział w mniej lub bardziej masowych pochodach pierwszomajowych, żeby nawiązać do czasów, kiedy tego dnia robotnicy szli często pod policyjne kule, aby zaznaczyć swą solidarność z resztą świata pracy. W 1923 roku strajkowało 7451 zakładów, 849 tys. robotników. Dziś strajki są sporadyczne.
Trójmorze i inwestycje. Czy Europa Środkowa stanie się nowym silnikiem wzrostu?
Z powodu antypracowniczych ustaw oraz dlatego, że ideologia głównego nurtu wymazała z naszego języka słowo „robotnik”, choć pamiętam, że to właśnie robotnicy wywalczyli nam demokrację. Demokrację, w której nie uczestniczą w parlamencie – nie ma ich przedstawicieli. Są ci, co układają antyzwiązkowe, antypracownicze prawo.
W latach 90. na naszych lewicowych pochodach skandowaliśmy:
Rewolta, rewolta, rewolta robotnicza – to nasza odpowiedź na plan Balcerowicza.
Nie udało się, ale młodzi, którzy teraz pójdą w pochodzie, mniej się boją. 1 maja w Warszawie demonstrować będziemy pod hasłem walki o prawo do strajku. O taką zmianę przepisów, abyśmy znowu mieli to prawo.
Przyjadą też robotnicy, którzy mają już za sobą pierwsze doświadczenia strajkowe z Paroca, Solarisa, Jeremiasa i Valeo. No i z Dino.

