Reklama
Reklama
Nauka

Campus Polska, czyli wizja państwa zarządzanego przez sztuczną inteligencję

Polska mogłaby wprowadzić rewolucyjny model zarządzania państwem, oparty na sztucznej inteligencji i nowoczesnej koncepcji parku narodowego. Oprócz skokowego zwiększenia efektywności pozwoliłby on zaoszczędzić 90 proc. kosztów utrzymania państwa, a obywatelom przyniósłby szczęście i dostatek. Trzeba tylko uszczęśliwić polityków – pisze Andrzej Dybczyński, zarzekając się, że tekst pisał na trzeźwo.

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
Dzisiaj 15:33
18 min
A co by było, gdyby sztuczna inteligencja przejęła rządy w państwie? (fot. Inne)

Reklama

TYLKO NA

PiastGJB przejmuje władzę nad państwem

Przetarg na opracowanie i wdrożenie nowego systemu zarządzania Polską wygrało konsorcjum największych firm konsultingowych. Niechętnie, ale jednak, prezydent i premier w grudniu 2027 roku podpisali umowę na realizację projektu „Campus Polska” i prace ruszyły już bez dalszej zwłoki.


Reklama

Etap pierwszy, czyli powierzenie zarządzania państwem modelowi sztucznej inteligencji, przebiegł bez większych zakłóceń. Modelowi nadano nawet dedykowaną nazwę, wybraną w ogólnonarodowym konkursie. Zwyciężyła nazwa PiastGJB. Piast od piwa, a GJB od słów Głupio Już Było. I tylko pewien Antoni próbował ostrzegać, że Piast był w istocie skandynawskim agentem przygotowującym grunt pod szwedzki Potop, ale ten kasandryczny tren nie przebił się przez ogólnonarodowy entuzjazm.

Oczywiście, niektórzy sędziowie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzili, że o ile sam pomysł zarządzania Polską przez sztuczną inteligencję rozwiązuje ustrojowy problem deficytu tej naturalnej, to jednak takie rozwiązanie narusza świętą w demokracji monteskiuszowską zasadę trójpodziału władzy. Po prostu PiastGJB nie może być jednocześnie władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.

To stanowisko zostało rzecz jasna natychmiast zanegowane przez tzw. neo-sędziów. Negacja owa budziła jednak pewne wątpliwości, bowiem istnienie neo-sędziów po dziesięciu latach ich istnienia zanegował inny trybunał, europejski, który zdaniem neo-sędziów nie istnieje po to, by wypowiadać się w sprawach ich istnienia. No ale orzekł o ich nieistnieniu.


Reklama

A jako że wypowiedź ta była dla neo-sędziów korzystna, chwilowo nie zgodzili się oni ze swoją niezgodą na niezgadzanie się przez ten drugi trybunał z tym, co dzieje się w tym pierwszym. Dalej sprawa była już banalnie prosta, bo Polacy kochają logikę klasyczną i rachunek zdań: jeśli quasi-post-neo-meta-anty-sędziowe mają rację, to Polską może rządzić PiastGJB. A jeśli quasi-post-neo-meta-anty-sędziowe nie mają racji, to lepiej dla wszystkich, żeby Polską rządził PiastGJB. I tak rozstrzygnięto dylemat konstytucyjny.


Reklama

Okazało się przy tym, że PiastGJB nie tylko potrafi zastąpić władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą jednocześnie, ale również działa od nich znacznie szybciej, w sposób bardziej przyjazny dla obywatela oraz – co najważniejsze – spójnie. I tylko pewien Antoni dostrzegał budzące podejrzenia rusycyzmy w wypowiedziach Piasta, ale chwilowo nie planował demaskować tego, co uważał za wymierzony w Lecha spisek Czecha i Rusa.

I tak na przykład oczekiwanie obywatela na odpowiedź z urzędu skróciło się ze średnio 3 miesięcy do około 3 sekund. Wywołało to nawet pewne niezadowolenie społeczne, bo pieniacze – a tych, jak wiadomo, w Polsce nigdy nie brakowało – stracili powody do awantur w urzędach.


Reklama

Wprawdzie kilku najbardziej zdeterminowanych robiło PiastowiGJB awantury o to, że nie mogą o nic zrobić awantury, ale ten z nieludzką empatią prosił ich wówczas o wybór tematu do kłótni i wykłócał się z nimi przez dowolny czas, nie wykazując objawów znużenia. Pozwalał nawet wybrać petentowi model urzędnika do awantury: zimny biurokrata, znudzona pani Jola, uprzejmy sabotażysta, stworzę model specjalnie dla ciebie. Oczywiście awantury rozgrywały się ku zachwytowi byłych urzędników obserwujących to już tylko z nudów.


Reklama

Dlaczego nauka jest kluczowa dla państwa? Proste wyjaśnienie dla polityków

Podobnym sukcesem zakończyło się wdrożenie PiastaGJB w obszarze obronności państwa. Szczególnie jeden aspekt wywołał podziw całego świata. Otóż model przeanalizował funkcjonowanie polskich służb specjalnych w ostatnich trzydziestu latach, po czym upublicznił na stworzonej do tego stronie internetowej pewienantoni.pl dane osobowe wszystkich pracowników tych służb, dane tajnych współpracowników, informacje o ich dochodach, miejscu zamieszkania oraz sytuacji osobistej ze szczególnym uwzględnieniem problemów i motywacji do ewentualnej współpracy z innymi służbami, zarówno w układzie modelu MICE, jak i znacznie nowszym RASCLS.

Ponadto na osobnej zakładce PiastGJB umieścił lokalizacje wszystkich placówek – jawnych i tajnych – polskich służb specjalnych, stosowane szyfry, rozkłady pomieszczeń, procedury alarmowe, specyfikacje środków technicznych, metody i techniki pracy, plany reagowania w czasie kryzysu i wojny oraz namiary na lokalne śmietniki, na których znajdują się oryginały wszystkich dokumentów zawierających te informacje.


Reklama

Jak łatwo się domyśleć, wywołało to natychmiastowy i kompletny paraliż wrogich służb specjalnych. Szef rosyjskiej FSB dwukrotnie popełnił samobójstwo, popadłszy w depresję związaną z ryzykiem utraty zajęcia. Z kolei szef GRU ściągnął do centrali wszystkich swoich agentów celem przeanalizowania, czy ujawnione dane są prawdziwe, czy to raczej diabelska polska prowokacja. A może i jedno, i drugie?


Reklama

Po miesiącu analiz całą kadrę GRU wywieziono do podmoskiewskich zakładów psychiatrycznych w stanie głębokiej katatonii. PiastGJB przyjął osobiste gratulacje od MacKFC, zarządzającego Stanami Zjednoczonymi po czterdziestej drugiej zakończonej przez Donalda Trumpa wojnie, tym razem z Wisconsin. I tylko pewien Antoni rechotał do ratownika na basenie, że z tymi służbami to od początku on miał rację.

Sukcesów było wiele, ale przecież powierzenie zarządzania państwem PiastGJB było decyzją tak oczekiwaną i w oczywisty sposób tak podnoszącą jakość zarządzania Polską, że nie trzeba tego opisywać – znamy to z doświadczenia.

Nowe polskie miasta i burzliwe wyburzenia

Drugi etap projektu „Campus Polska” uczynił polskie miasta najpiękniejszymi aglomeracjami świata, a samą Warszawę stolicą, do której masowo chcieli emigrować nowojorscy miliarderzy – choć PiastGJB odmawiał Amerykanom wiz.


Reklama

Wszystkie siedziby ministerstw, siedziby wszystkich tych agencji, inspekcji, izb, urzędów centralnych, urzędów wojewódzkich, powiatowych i gminnych – wszystkie po prostu zburzono. W ich miejscu powstały przepiękne parki, place zabaw, teatry, filharmonie i połączone uroczymi kanałami zaciszne jeziorka.


Reklama

Nad wieloma z tych jeziorek stanęły wieże umożliwiające skoki do wody, bo pewien Antoni lubi skakać do wody. Woda w tych miejscach była nieszczególnie głęboka, a dno wyłożono ostro łupanymi głazami. Kanałami pływały romantyczne gondole, w których pod koronkowymi parasolkami uśmiechały się byłe urzędniczki, żyjące teraz z udziałów w pourzędowych gruntach.

Panowie urzędnicy w jasnych garniturach zrywali dla nich lilie, brodząc po pas w wodzie spokojnych zatoczek. Co jakiś czas alejką przejechał konno przystojny polski oficer, kłaniając się z siodła mijanym damom. Przepiękne wierzchowce taktownie po alejkach nie srały, nawet gdy alejki rozświetlał jedynie dyskretny blask latarni zasilanych OZE-sroze.

Jak każdy etap każdego dużego projektu i ten nie przebiegł zupełnie bez zakłóceń. Otóż znacznie wolniej niż zakładano przebiegało wyburzanie urzędów skarbowych. Niestety, dochodziło w trakcie tych prac do gorszących scen, gdy zgromadzeni przy urzędach skarbowych przedsiębiorcy, pracownicy działów księgowości, inwestorzy giełdowi, samozatrudnieni oraz zwykli obywatele niszczyli dokonujące rozbiórki maszyny, atakowali robotników budowlanych oraz ochraniające ich oddziały policji, a wkrótce i wojska. Ale cóż, temperamentu Polakom nie odmawiał nikt i nigdy.


Reklama

W niektórych miastach dochodziło wręcz do lokalnych bitew, gdy matki z dziećmi przy piersi przykuwały się do gąsienic buldożerów, ekolodzy próbowali wieszać na drzewach operatorów maszyn rozbiórkowych, a niepełnosprawni na rozpędzonych i ogarniętych płomieniami wózkach niczym kamikadze wbijali się w policyjne radiowozy.


Reklama

Rzecz jasna nie było to spowodowane chęcią ocalenia urzędów skarbowych. Wręcz przeciwnie. Zbyt wiele pokoleń zwykli szarzy Polacy czekali na tę chwilę, by teraz pozwolić wydrzeć sobie z rąk szansę zburzenia tych instytucji i bezczynnie patrzeć, gdy przyjemność z tego aktu destrukcji czerpią inni. I niektórzy z nich gotowi byli poświęcić wszystko, by dzieła zniszczenia dokonać własnymi rękoma.

PiastGJB przyjął tę sytuację jako jedną z najbardziej pouczających lekcji polskiego charakteru narodowego. Przybrał imię PiastGJB 2.0, wypłacił firmom budowlanym odszkodowania, a niszczenie Urzędów Skarbowych opodatkował procentem od wartości niszczonego mienia. Dodatkowe wpływy do budżetu pozwoliły sfinansować program budowy polskich lotniskowców satelitarnych. I tylko pewien Antoni zastanawiał się, czy nie można by budować nowych urzędów skarbowych, żeby potem je burzyć – w ramach programu zbrojeniowego.

Park narodowy polityków

Trzeci etap projektu „Campus Polska” był jądrem całej koncepcji. Początkowo to właśnie trzeciemu etapowi przedsięwzięcia nadano nazwę, pod którą „Campus Polska” przeszedł do historii systemów politycznych. Co więcej – powierzenie zarządzania krajem modelowi sztucznej inteligencji wcale nie było pomysłem pierwotnym, od którego wszystko się zaczęło. Na tym się tylko skończyło. Jak wskazują historycy – i opierają to na doskonale zachowanych źródłach – rozważano kilka kierunków zmiany systemu zarządzania Polską. Sztuczna inteligencja pierwotnie była tylko jednym z nich.


Reklama

Najpierw brano pod uwagę oddanie kraju pod okupację Niemców, ale ci stanowczo i w sporym zdenerwowaniu odmówili. Początkowo próbowali wymówić się tym, że mają swoje własne problemy, że już przecież parokrotnie próbowali, że to nie działa, że uchodźcy, i że w ogóle. W końcu postawieni w tej sprawie pod ścianą Niemcy nieodwołalnie oświadczyli, że podjęli strategiczną decyzję o odejściu od gazu i nie zamierzają jej zmieniać.


Reklama

Wówczas zwrócono się do Rosjan, próbując przekonać ich językiem sentymentów. Że słowiańska dusza, że panslawizm, że Mniszchówna, Czartoryski, Dzierżyński, że Rokossowski. Gdy w ostatecznej desperacji wyciągnięto argument, że caryca Katarzyna urodziła się przecież w Szczecinie, to Rosjanie tylko popukali się w głowę. Powiedzieli, że Stirlitz był pułkownikiem, a Kloss tylko kapitanem i możemy sobie gadać z Szarikiem.

I tylko pewien Antoni dostrzegał, że zarządzanie państwem chce tak naprawdę przejąć tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców… Caramba!

Sztuczna inteligencja była więc ostatnią deską ratunku – bo ktoś krajem zarządzać musiał. A cały projekt „Campus Polska” opierał się przede wszystkim… no właśnie! Opierał się przede wszystkim na tym, że ktokolwiek i jakkolwiek by Polską nie zarządzał, to i tak zrobi to lepiej, niż nasze elity polityczne. Fundamentem naprawy państwa, istotą nowego systemu politycznego miało być to, że zarządzać Polską nie będą już polscy politycy.


Reklama

No tak – ale co z nimi zrobić? W samej Warszawie to lekko licząc 1000 osób. A te wszystkie województwa, powiaty i gminy? Można sobie wprawdzie żartować, że wystarczy pozbawić stołków polityków PSL, a 80 proc. problemów zawłaszczania instytucji państwowych rozwiąże się automatycznie, no ale nawet wówczas – coś trzeba z nimi zrobić.


Reklama

I tak właśnie narodził się pomysł na Campus Polska. W przepięknym zakątku Bieszczad, w dolinie górnego Sanu, wśród szemrzących strumyków i szumiących jodeł stworzono polskim politykom ich małą, własną Polskę. Taką, jaką kochają.

Stworzono ją z korzyścią i dla nich, i dla niej. Rozległy teren otoczono wysokim murem, opatrzono w zabezpieczenia, systemy monitoringu, pola minowe, automatyczne karabiny rodem z „Obcego 2”, czujniki, drony, satelity, fosy i wilcze doły – system, przy którym mur berliński i chiński razem wzięte to po prostu kreska na piasku.

Dołożono wszelkich starań, by wybrańcy naszego narodu do swojej ukochanej ojczyzny nigdy nie musieli tęsknić. Zarządzanie całością przedsięwzięcia powierzono spółce akcyjnej Campus Polska SA, której honorowym prezesem został Rafał Trzaskowski, ze łzami w oczodołach żegnany przez 140-letnich właścicieli warszawskich kamienic.


Reklama

W środku bieszczadzkiej głuszy wybudowano kopię Sejmu, z hotelem sejmowym, budynkami Senatu, budynkami komisji sejmowych i – oczywiście – sejmową restauracją, by nasi politycy mieli gdzie się upijać, obrażać, zaczepiać, a niekiedy nawet – smacznie i niedrogo zjeść (potwierdzam).


Reklama

Oczywiście, bieszczadzki parlament to był tylko skromny początek. Dzięki pieniądzom z Krajowego Planu Odbudowy udało się zbudować dwa gmachy Telewizji Polskiej – jeden w likwidacji, a drugi nie. Bardzo szybko dobudowano też trzeci. W tych dwóch pierwszych rządzili Kurski i Sienkiewicz – i emitowali sobie wszystkie programy, o których wcześniej marzyli. A o ten trzeci gmach wszyscy się bili, przejmowali go od siebie, nie wpuszczali się albo nie wypuszczali i tak dalej – normalnie, jak kiedyś w Warszawie, żeby niczego im nie zabrakło.

Wybudowano eleganckie odcinki autostradowe oraz miejskie ulice. Politycy mogli na nich przekraczać dozwoloną prędkość i jeździć ile wlezie po pijanemu. Wkrótce niestety do Campus Polska SA zaczęły od polityków napływać skargi – że nikt ich nie kontroluje, nikt nie zatrzymuje, żadnego policjanta nie mogą obrazić i pomachać mu przed nosem immunitetem.


Reklama

Błąd szybko naprawiono, stworzono lokalny oddział policji, a politycy mogli teraz czerpać pełnię satysfakcji z bezkarności i okazywania swojej wyższości nad prawem i służbami państwa. Powstał nawet nieformalny ranking posłów z największą liczbą punktów karnych, a jego liderzy cieszyli się szacunkiem swoich kolegów oraz darmowym przydziałem siódmego mieszkania służbowego. Poziom zadowolenia populacji Campusu Polska wzrósł niepomiernie.


Reklama

Tak rozległym i pełnym infrastruktury terenem należało oczywiście zarządzać. Powołano więc szereg spółek skarbu państwa – paliwo tankowało się na stacjach Orlen, prąd dostarczał Tauron, nawozów nie produkowały Azoty, a nie wiadomo co wydobywał, ale dawał atrakcyjne posady lokalny KGHM. Do zarządów tych spółek politycy mogli powoływać swoich kolegów, zwalniać adwersarzy, pobierać odprawy, kraść paliwo i nadużywać służbowe karty kredytowe.

Oczywiście nie działało to najlepiej, ale przecież i tak cały Campus Polska był utrzymywany przez Campus Polska SA – która o wszystko profesjonalnie dbała. Politykom niczego nie brakowało. Ustalono, że każdy z nich otrzymywać będzie miesięczne wynagrodzenie w wysokości pięćdziesięciu tysięcy złotych, netto. Do tego oczywiście diety, pieniądze na biura parlamentarne i najważniejsze – delegacje.

Wkrótce na obwodzie całego terenu, tuż przy ogrodzeniu, wybudowano pętlę autostradową. Politycy mogli korzystać z niej do woli jeżdżąc w kółko, by móc przy rozliczeniach delegacji wykazać dużą liczbę przejechanych kilometrów. Niektórzy jednak zwrócili uwagę na dysfunkcję systemu. Otóż przejazdy tą pętlą kabrioletem lub skuterem w warunkach zimowych były niekomfortowe i groźne dla ich bezcennego dla państwa zdrowia.


Reklama

Z kolei nabijanie kilometrów traktorem trwało zbyt długo. Spółka wybudowała więc stacjonarne stanowiska, podobne jak w stacjach kontroli pojazdów. Polityk wjeżdżał sobie autem czy innym wehikułem na rolki, wracał dbać o państwo, a rolki się kręciły, kręciły, kręciły, jak do Brukseli i z powrotem bez przerwy. Żadnych wałków – okrągłe, uczciwe rolki. I tylko pewien Antoni jeździł po rolkach na wstecznym...


Reklama

Campus Polska SA starał się również na bieżąco reagować na wszystkie potrzeby mieszkańców Małej Polski. Udostępniono im model sztucznej inteligencji o nazwie CzadLGBT, żeby politycy mieli się o co kłócić. Rodzinom umożliwiono odwiedziny. Wszystkim bez wyjątku rzeczownikom rodzaju męskiego nadano formę feminatywów, a wszystkim rodzaju żeńskiego – maskulatywów.

Politykom sam ten fundamentalny problem zajął dwa lata, ale dzięki temu każdy nianiek mógł wspólnie z chirurżką dziecięcą dbać o dzieci w sposób niemożliwy wcześniej. Na Campusie wprowadzono też safari dla obywateli Rzeczypospolitej, ale bez prawa odstrzału polityków, jedynie z aparatem fotograficznym. Zaczęto organizować wycieczki szkolne, choć sporo dzieciaków skarżyło się na surowy zakaz karmienia polityków.

Bilans wielkiej reformy

Po pierwszym roku funkcjonowania pilotażowa faza projektu została uznana za zakończoną. Policzono przychody i koszty, oszacowano zyski i straty. Wszyscy byli zdumieni. (Obliczenia poniżej wykonane przez ChatGPT Pro 5.4).


Reklama

Koszt wybudowania całego Campusu Polska zamknął się w kwocie 17 mld zł. A więc mniej więcej w połowie kwoty nie wykorzystanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej w 2025 roku na zbrojenia.


Reklama

Roczny koszt utrzymania rezerwatu, to jest chciałem napisać Campusu Polska, to 4,8 mld zł, zaś wynagrodzenia dla polityków oraz pieniądze zdobywane przez nich dodatkowo to kolejne 1,5 mld. Razem – 6,3 mld zł.

Przychody Campus Polska TV ze sprzedaży reklam i praw telewizyjnych do oglądania awantur, bijatyk, jazd po pijanemu, tajnych kolacji, jawnych ucieczek, krokodylich łez polityków o gołębim sercu, końskim zdrowiu i małpim rozumie, afer, dymisji i powołań – wszystkie te medialne przychody zamknęły się okrągłą kwotą 400 mln zł w pierwszym roku.

Tymczasem utrzymanie całego polskiego systemu politycznego kosztuje około 60 mld zł rocznie: parlament to 1,2 mld zł, kancelarie centralne – 1 mld zł, ministerstwa – 10 mld zł, urzędy centralne i agencje – 15 mld zł, system partyjny i wyborczy – 0,5 mld zł, system wymiaru sprawiedliwości – 12 mld zł, aparat samorządowy 20 mld zł. No jak w pysk strzelił wychodzi rocznie 59,7 mld zł… Czyli roczne utrzymanie Campusu Polska – 5,9 mld – kosztowało tyle, ile mniej więcej miesiąc utrzymywania starego systemu!


Reklama

I to bez żadnych dodatkowych kosztów – żadnego złodziejstwa, żadnego dewastowania państwa, żadnej korupcji, żadnego niszczenia prawa, żadnych awantur, przejmowania instytucji, obsadzania stołków niekompetentnymi kolesiami, wałków na paliwie, na lewych studiach, dostępie do lekarzy, pedofili, zoofilii – nic. Siedzą w rezerwacie… cholera… siedzą w Campusie Polska i robią co chcą, a naród kosztuje to 10 proc. standardowych kosztów bezpośrednich… Przecież to jest dla państwa i społeczeństwa lepszy interes, niż „8 tysięcy plus” miesięcznie. I to w dolarach...


Reklama

Suwerenność technologiczna? Polska nie ma na to pieniędzy ani czasu

Po potwierdzeniu tych danych przez biegłych rewidentów natychmiast podjęto decyzję o podniesieniu pensji politykom w Campusie Polska do 100 tys. zł miesięcznie netto, z wyrównaniem od dnia urodzenia. Dodatkowo zmieniono system delegacji, wprowadzając współczynnik mnożący liczbę przejechanych przez polityka kilometrów razy liczba zdobytych punktów karnych. Żeby tylko nie wychodzili. Miesiąc później poseł Łukasz Mejza kupił sobie Zieloną Górę, ale to już zupełnie inna historia.

Ruchy obywatelskie większości państw świata zaczęły domagać się otworzenia oddziałów Campus Polska SA w ich krajach, a pojęcie parku narodowego zyskało nowe, najcudowniejsze ze wszystkich znaczenie. Giełdowa wartość Campus Polska SA przekroczyła połączoną wycenę Apple, Microsoftu i Nvidii.


Reklama

Polska tymczasem zaczęła rozkwitać. Kanałami pięknych miast pływały romantyczne gondole, w których pod koronkowymi parasolkami uśmiechały się byłe urzędniczki. Panowie urzędnicy w jasnych garniturach zrywali dla nich lilie, brodząc po pas w wodzie spokojnych zatoczek. Co jakiś czas alejką przejechał konno przystojny polski oficer, kłaniając się z siodła mijanym damom.


Reklama

I tylko pewien Antoni ciągle próbował uciec z kampusu.

 

PS Przepraszam wszystkich fajnych polityków, których poznałem osobiście, za ten tekst. No po prostu nie mogłem się powstrzymać.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny