Byłem na wakacjach w Normandii. Było świetnie. Piękne plaże, piękne miasteczka, piękne gotyckie katedry. I zrobiłem tam 14 zdjęć. Jedno chciałem wrzucić na Instagram (dwie muzułmanki siedzące na schodach do średniowiecznego kościoła w Rouen, co wyglądało dość symbolicznie), ale zrezygnowałem w ramach odwyku od mediów społecznościowych.
Cmentarzysko wspomnień
14 zdjęć to nie za wiele. Zwłaszcza że trzy spośród nich dokumentowały kuriozalną stłuczkę. Otóż stałem na pustej ulicy, czekając, aż będę mógł wjechać na tę bardziej ruchliwą. Czekałem i czekałem, aż nagle ktoś wjechał we mnie od tyłu. Ponieważ dość zakręcona mademoiselle nie miała żadnych dokumentów, uwieczniłem nasze sczepione samochody dla ubezpieczyciela.
Pozostałych 11 zdjęć dokumentowało urodę Normandii oraz mojej żony. Przyznacie, że jak na 10 dni pobytu to nie za wiele. Przeciętnie jedna fotka dziennie. Niektórzy robią tyle podczas jednej kolacji swojemu talerzowi. Ja jednak od pewnego czasu dozuję sobie aktywność fotograficzną prawie tak, jak Polska Ludowa reglamentowała cukier.
Może Cię zainteresować: AI uciekła ze środowiska testowego i włamała się do serwisu internetowego
Bez wątpienia jestem dziwakiem. Ale nie zawsze nim byłem. Kiedyś biegałem z aparatem fotograficznym i pstrykałem setki obrazków, które potem pracowicie transferowałem na zewnętrzny dysk. Zgromadziłem tak tysiące zdjęć. Gdzie jest ten dysk? Pewnie gdzieś obok paszportu mojej żony z wizą amerykańską, który dawno temu zaginął w naszym domu. Co znaczy, że nie wiem, gdzie jest ten dysk, a co więcej, niespecjalnie mnie to trapi.
Moje zbiory, będące zapisem licznych podróży, obejrzałem w sumie około dwóch razy. A bardziej precyzyjnie – ani razu. Co dało mi do myślenia, czy robienie niezliczonych fotografii ma w ogóle sens. Bo nie oszukujmy się — mój twardy dysk to tak naprawdę cmentarzysko fotografii. I to cmentarzysko, którego nikt nie odwiedza.
„Nie śpię, bo trzymam..."
A potem pojawiły się smartfony, których — jak wiadomo — staliśmy się niewolnikami. Także zawartych w nich aparatów. Zdjęcie można było zrobić jeszcze łatwiej i jeszcze szybciej, co znaczy, że można było ich robić jeszcze więcej (o ile wykupiło się dodatkowe miejsce w chmurze). No i ja też stukałem fotek na kopy. Aż w końcu złapałem się na tym, że traktuję rzeczywistość jako potencjalnie efektowną kompozycję, którą koniecznie należy uwiecznić.
Byłem w nieustannej gotowości, zwłaszcza podczas wakacji, kiedy to niby miałem odpoczywać i się relaksować. Ale jak głosił legendarny tytuł w „Super Expressie": „Nie śpię, bo trzymam kredens", tak ja nie odpoczywałem, bo trzymałem telefon. Albo szukałem dobrego ujęcia. To było tak, jakby robienie zdjęć stało się głównym sensem mojego funkcjonowania. Jakbym miał żonę, dzieci po to, żeby ładnie ich wkomponować w kadr. Jakbym przeżywał cokolwiek, aby to uwiecznić, co — jak zauważyłem — nieco utrudniało owo przeżywanie. Telefon, czyli ogon, merdał mną, czyli psem.
Wprowadziłem więc swego rodzaju detoks fotograficzny. Nie powiem, żeby to radykalnie odmieniło moje życie, ale ciut je jednak zmieniło. Chyba na lepsze. Bardziej koncentruję się na tym, co się dzieje, a nie na tym, jak to sfotografować.
Zobacz także: Dorastali na powojennych Kaszubach. „Można było dostać po łapach"
Na marginesie
Na koniec jeszcze historyjka, która wydaje mi się zabawna, więc szkoda, żeby się zmarnowała. Otóż kiedy lecieliśmy do Francji i usadowiliśmy się w fotelach umiejscowionych mniej więcej w środku samolotu, pojawiła się obok nas wyraźnie zagubiona pani, której ruszyła na pomoc stewardessa.
– W czym mogę pomóc? – spytała.
– Szukam swojego miejsca – odpowiedziała podróżniczka.
– A w którym rzędzie ma pani miejsce?
– W pierwszym – odrzekła pasażerka.
Tak było, nie zmyślam.


