Brunon mówi coś po kaszubsku. Franciszek odpowiada, obaj serdecznie się śmieją. Dziś to zwyczajna scena. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu bycie Kaszubą nie było tak proste. Ich wspomnienia pokazują, jak długo wojna wpływała na rzeczywistość.

- Po II wojnie światowej wielu Kaszubów ukrywało swój język i tożsamość. Rodzice chronili dzieci przed stygmatyzacją, bo za kaszubskie pochodzenie można było zapłacić wykluczeniem i zamknięciem drogi do awansu.
- Franciszek i Brunon wspominają dzieciństwo pełne prostych zabaw, ale też wojennych cieni. W domach wracały rozmowy o okupacji, volksliście i Piaśnicy, choć sąsiedzi po wojnie potrafili żyć obok siebie.
- Dziś kaszubski przeżywa renesans. Uczą się go tysiące dzieci, słychać go na koncertach i stadionach, a sami Kaszubi są przekonani, że ich język już nie zniknie.
- Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka". Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.
Kilkuletni Franio nie bardzo rozumie, co mówi do niego starsze rodzeństwo. Język ten brzmi jakoś dziwnie, obco. Dlaczego tak samo zwracają się do niego także rodzice, a między sobą wszyscy rozmawiają inaczej? Czuje się trochę wykluczony.
Po latach zda sobie sprawę, że – unikając kaszubskiego – bliscy chcieli go, najmłodszego, chronić. Bycie Kaszubą po wojnie nie jest łatwe.
Na Pomorzu granica między ofiarą a podejrzanym często zacierała się już w chwili podpisania volkslisty lub przymusowego wcielenia do Wehrmachtu. W latach 50. i później wielu Kaszubów żyło z piętnem domniemanej kolaboracji. Historycy od lat wskazują, że za tymi decyzjami częściej stały właśnie wspomniany przymus i walka o przetrwanie niż świadomy wybór III Rzeszy.
Przyjemne 20 stopni
Z Franciszkiem Górskim i Brunonem Król spotykamy się w Gdyni, w oddziale Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego przy ul. Słowackiego. Pogoda dopisuje, więc siadamy na krzesłach w ogrodzie na tyłach kamienicy. Przyjemne 20 st. C i słońce ogrzewające nas delikatnie.
Brunon ma ponad 80 lat i wciąż mieszka tam, gdzie się urodził – w Wejherowie. Zupełnie nie widać po nim wieku. Porusza się zwinnie i dość żwawo. Franciszek jest młodszy, urodzony w 1959 r., całe życie kręcił się między Wielkim Kackiem (jedna z gdyńskich dzielnic), Warszawą i rowerowymi trasami przez pół Europy.
Brunon urodził się już w kaszubskim domu, gdzie innego języka po prostu nie ma.
– W domu mówiło się po kaszubsku i tylko po kaszubsku.
Problem zaczął się dopiero, gdy przekroczył próg szkoły. – Mówienie po kaszubsku nie było mile widziane. Mogłeś nawet dostać za to „po łapach".
Na wsi, gdzie się wychowywał, kaszubski był językiem wszystkich dzieci bez wyjątku.
A to oznaczało nie tylko trudności na klasówkach. – Na Kaszubach wszystkie stanowiska, nawet te w szkole, nie były sprawowane przez Kaszubów – tłumaczy Brunon i przywołuje logikę okupacyjną, która ciągnęła się długo w PRL-u.
Po wojnie stanowiska obsadzali przyjezdni. Wykształceni, często rzeczywiście zdolni ludzie z Wilna, Lwowa, Stanisławowa, ale nie miejscowi.
– Żaden Kaszuba za tamtych czasów nie był dyrektorem.
A kiedy sam Brunon w 1970 r. dostał wreszcie stanowisko kierownicze, usłyszał od kuzyna: „Jak to się stało, że zostałeś naczelnikiem?".
W szkołach mechanizm był identyczny – nie było dyrektorów, tylko kierownicy szkół, bo dyrektorem Kaszuba zostać nie mógł. Brunon pamięta konkretnego człowieka z dzieciństwa: zasłużonego dla Wielkiego Kacka nauczyciela, którego władza nie wiedziała, jak potraktować, więc po prostu zostawiła go na niższym stanowisku do emerytury, bo nie należał do partii.
Cisza w jednym domu
O „chronieniu" Franciszka przed kaszubskim w domu się potem nie rozmawiało. Nigdy o to nie dopytywał. Po prostu nauczył się tego języka sam.
Jeśli w domu i szkole napięcie było ciche, to w wojsku przybierało już otwartą formę.
Franciszek wspomina służbę w czasie stanu wojennego. – Jeden dialog zapadł mi dość mocno w pamięć: „Skąd jesteś? A, z Gdyni. To ty Kaszub, tak?".
Może Cię zainteresować: „Polska od środka”. Bogdan Bracha o ludowej kulturze tradycyjnej
Takie zdanie nigdy nie było komplementem. – Nie wstydziłem się bycia Kaszubą. Mogli sobie myśleć cokolwiek.
Mężczyzna porównuje to do znanego uczucia strachu przed mówieniem po polsku za granicą – tej samej nieśmiałości, tylko przeniesionej o jeden poziom niżej, na własne podwórko.
Obaj nasi rozmówcy zgodnie odrzucają obraz Kaszubów jako zamkniętej, wrogiej reszcie świata wspólnoty.
– Niektórzy myślą, że Kaszubi to jakaś sekta, izolują się i tak dalej, a tak nie jest – podkreśla Franciszek. – Myśmy żyli na podwórku. Tam były rodziny niemieckie, Rosjanie, Żydzi... Wszyscy bawili się razem.
Dobrym przykładem złożoności tamtej sytuacji są listy narodowościowe z czasów okupacji, o których wspomina mimochodem – jego matka miała podpisaną trzecią grupę volkslisty. Okupacyjne władze niemieckie uznały ją za osobę pochodzenia niemieckiego lub nadającą się do zgermanizowania. W przypadku wielu Kaszubów podpisanie trzeciej grupy było wymuszone i nie oznaczało poparcia dla III Rzeszy.
Ojciec przez całą okupację uznawany był za Polaka. Nie przełożyło się to później na sąsiedzkie urazy. – Wojna się skończyła i wszyscy sobie podali ręce – mówi Franciszek.
Cień wojny przy mieleniu kawy
Wojna zresztą nigdy nie znika z tła naszej rozmowy. Wraca w pozornie błahych tematach, jak chociażby wieczorne wizyty sąsiadów. Franciszek, jako najmłodszy w rodzinie, miał w takich sytuacjach jedno zadanie.
– Jak przychodzili goście, wtedy trzeba było mielić kawę. Ja siedziałem przy piecu i cały czas kręciłem kawę, a oni rozmawiali. O czym? O wojnie.
To był w gruncie rzeczy przywilej – dzieci zwykle do pokoju z dorosłymi nie wchodziły.
Brunon nie pamięta dziadków. Matka była mała, gdy jej rodzice zmarli, podobnie po stronie ojca. Jego za to pamięta doskonale: kowal, prowadził własną kuźnię, 19 września 1939 r. trafił na hitlerowską listę i został zamknięty, uciekł, złapano go ponownie, w końcu pracował przymusowo przy produkcji części do samolotów w Rumi, dojeżdżając tam codziennie z domu.
Ojciec nigdy później o tym nie wspominał.
Do tej samej wojennej warstwy pamięci należy Piaśnica – miejsce niedaleko Wejherowa, gdzie Niemcy rozstrzelali kilkanaście tysięcy osób, w większości kaszubską inteligencję. Dziś stoi tam muzeum. Brunon mówi o tym jak o fakcie z sąsiedztwa. Wychował się około 40 km dalej.
Palant i piłka ze świńskiego pęcherza
Ale koniec smutków. Nie mogę nie zapytać o dzieciństwo. Panowie ożywiają się natychmiast, przerywają sobie nawzajem, dopowiadają szczegóły i żartują po kaszubsku.
– Za naszych czasów nie było placów zabaw. Za to mieliśmy całe podwórko i wyobraźnię. Grało się w palanta – to jest coś jak bejsbol – organizowało się podchody, skakało z drzewa na drzewo, bo po ziemi nie wolno było stąpać w umownej zasadzie zabawy.
Rowerów też nie było pod dostatkiem, więc w ruch szło wszystko, co się toczyło: – Jak było jakieś stare koło, bez szprych albo coś, to wkładało się do niego patyk i goniło się z nim po całej ulicy.
Grano też w guziki o pieniądze, a raczej o coś, co pieniądze udawało, oraz – później, w czasach świetności Wyścigu Pokoju – w kapsle: rysowało się cały tor, z zakrętami, i pstrykało się krążkami po wyznaczonej trasie.
Piłka ze sklepu bywała luksusem, więc robiono ją samemu z... pęcherza zabitej świni. – Była dość lekka. Albo ewentualnie szyto ją ze szmat, choć te były droższe.
Świnie i krowy trzymano w niemal każdym gospodarstwie, a obowiązki gospodarskie rozdzielano między dzieci. Brunon, jako najmłodszy, musiał zajmować się tymi drugimi, podczas gdy starsze rodzeństwo garnęło się do innych zajęć.
Brzadowa zupa i śledź z cebulą
Jakie są kaszubskie smaki? Brunon przywołuje święta. Wigilia w jego domu nie miała nic wspólnego z dzisiejszym rytuałem 12 potraw.
– Brzadowa zupa – czyli gotowana z suszonych owoców, bo świeżych w grudniu nikt nie miał. Nic innego nie było. No i oczywiście ryby... Zależnie od tego, na co kogo było stać, to lądowało na stole.
Czasem były to trzy lub cztery dania i wszyscy zadowoleni.
Na co dzień gościom serwowano to, co było pod ręką.
– Piątkowe jedzenie wyniesione z domu, gdzie cały czas jeszcze tak robimy, to ziemniaki z kwaśnym mlekiem i do tego śledź z cebulą – mówi Brunon, dodając kaszubską nazwę tego dania: pulki.
A w kubku kawa zbożowa, która stała cały czas na kuchence.
Ulubioną rybą Brunona pozostaje śledź w różnych postaciach, łącznie z wersją pieczoną.
Kaszubi lubią gości. W domu zawsze jest coś dla nich. A to ciasto, a to placki ziemniaczane. Na wsiach położonych dalej od miasta gościnność bywa jeszcze bardziej rozrzutna.
Paradoks
Mimo wszystkich trudnych powojennych doświadczeń Franciszek i Brunon z nadzieją patrzą na przyszłość języka kaszubskiego. Ten drugi dostrzega w tym pewien paradoks: kiedyś mówiło się po kaszubsku bez wysiłku, bo mówili tak wszyscy dookoła; dziś, żeby język przetrwał w szkołach, trzeba jeszcze płacić ze środków Unii Europejskiej, żeby te klasy istniały. A jednak działa to lepiej niż ktokolwiek się spodziewał.
– W całym Pomorskiem kaszubskiego uczy się ponad 25 tys. dzieci, w tym również te ukraińskie i białoruskie, które osiadły w regionie.
Franciszek od 17 lat śpiewa i występuje w Zespole Pieśni i Tańca Gdynia, kontynuującym tradycję słynnego zespołu Dalmor. Chór jeździł z występami między innymi do Chin.
Kaszubski żyje też na trybunach: regularnie odbywają się mecze kaszubskie Arki Gdynia, na które zawodników wyprowadzają dzieci ubrane w stroje ludowe, a stadion śpiewa, obok hymnu klubu, także hymn kaszubski.
Niedawno w mieście odbył się też Światowy Zjazd Kaszubów.
Tylko inny ton
Jaka więc przyszłość czeka kaszubski?
– Kaszubski nie zginie, nie ma takiej możliwości – przyznają zgodnie Franciszek i Brunon. Po czym dodają kilka zdań w swoim języku i wybuchają serdecznym śmiechem. Niewiele z tego rozumiem, ale po uścisku dłoni i błysku w ich oczach wnioskuję, że są zadowoleni z naszego spotkania.
Słońce cały czas przyjemnie grzeje mnie w ramiona. To gdyńskie podwórko na pewno słyszało już wiele interesujących rozmów Kaszubów. Na przestrzeni lat zmieniał się tylko ton ich głosu. Teraz – bez cienia wątpliwości – mogą mówić głośno i wyraźnie. Nikt ich już nie uderzy „po łapach".
