Obrona słowa pisanego to niewdzięczne zadanie w czasach, gdy Jacek Dukaj, nasz najwybitniejszy obok Lema pisarz-filozof, zapowiada nastanie epoki „po piśmie”. Nastolatki komunikują się przy pomocy głosówek oraz reelsów na Insta, a kokieteryjna deklaracja „Nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka” doprowadziła do prawdziwej demokalipsy, tj. najniższego współczynnika dzietności (1,16) w historii kraju.
Również euforia, jaka wybucha co roku w kwietniu, po opublikowaniu kolejnego raportu Biblioteki Narodowej „Stan czytelnictwa książek” z którego wynika, że co najmniej jedną książkę przeczytała w minionym roku mniej niż połowa Polaków, to nie jest najlepszy sygnał dla potentatów, którzy chcieliby zainwestować w sieć księgarń w nadziei szybkiego zwrotu.
Tyle że historia (również kultury) to długie trwanie. Jacy będą Polacy za dwieście lat, nie wiemy (a kusił, kusił wiedzą w tej kwestii sam szatan w „Dziadach”!). Na pewno będą uformowani przez niewyobrażalne dla nas doświadczenia, ciśnienia i wzory. My i nasi współcześni ciągle jeszcze jesteśmy ukształtowani przez autorów – zarówno zapomnianych, sprzed stuleci, jak i bestsellerowych.
Dlaczego Polska powinna świętować koronację Bolesława Chrobrego zamiast majówki
Inna rzecz, że wcale niekoniecznie są to te poetki i ci eseiści, którzy umieszczani są w tym lub innym, stale zresztą zmieniającym się kanonie lektur. I nie piszę tego, by epatować anarchicznym duchem: to już było, to już 103 lata, jak futuryści zapowiadali w manifeście „Będźemy zwoźić taczkami z placuw skweruw i ulic ńeświeże mumje mickiewiczuf i słowackih”.
Oni zwozili, a czasem ich zwozili (jak Bruno Jasieńskiego, cudowne dziecko polskiego futuryzmu, rozstrzelanego pod Moskwą w czas wielkiej czystki). Mniejsza z tym, dobra kultura jest jak „wieczna zupa”, czyli pot-au-feu ze średniowiecznej karczmy (albo targu rybnego w Bangkoku): od lat utrzymywana jest w stanie wrzenia, bakterie się nie zalęgną, grunt, żeby dorzucać mięsa, ziemniaków, jarzyn, i dolewać – wody, a jeszcze lepiej piwa.
Suchary Potockiego
Na małym ogniu bulgoczą, niczym w piekle za grzechy (a nie ma pisarza, który nie zgrzeszyłby pychą) Słowacki i Remigiusz Mróz, Masłowska i Biernat z Lublina, Łukasz Orbitowski i Konstancja Benisławska, poetka czasów saskich. Fabian Birkowski (spec od kazań) i Jasnorzewska, Tytus Czyżewski i Tokarczuk, Marian Falski (ten od elementarza naszych rodziców) i Jan Potocki (scenarzysta Wojciecha Hasa, znany poza tym z zakładania lóż masońskich, podróży po Maroku i Mandżurii, latania balonem, uprawiania algebry i popełnienia najbardziej spektakularnego samobójstwa w historii literatury polskiej – srebrną kulą, sporządzoną z pracowicie polerowanej gałki od cukiernicy). Kotłują się, bulgocą i roztaczają wonne aromaty.
Czego więcej w naszej misce? Sucharów Wacława Potockiego czy jeremiad anonimowego autora „Rozmowy mistrza Polikarpa ze Śmiercią”? Prozy wojennej Buczkowskiego, od której kłuje w podniebienie, jakby ktoś podał nam sałatkę z ostu, czy mamałygi, jaką są powieści Orzeszkowej? Żylasty Herbert, rozgotowany na miękko Białoszewski... Tak, Horubały tu brakuje, jak łyżki pieprzu cayenne.
Wielu chciałoby gotować ten bulion wedle przepisu – i temu służą stanowiące kość niezgody zestawy lektur, kanony edukacyjne. Czy lista książek do omówienia na polskim ma być układana przez samych uczniów? Rozkoszna pajdokracja, której wynikiem może być jednak wyłącznie kolejny dodruk „Rodziny Monet” i innych young adult fiction, pisanych przez sztuczną półinteligencję. Nawet Harry Potter może się okazać za długi, za nudny i za dziaderski.
Czy może ma zawierać te same książki, które czytali pra i prapra? To oznacza, że przez kolejne lata wałkowany będzie „Antek” – nowela, owszem, w brutalny sposób pokazująca, jak nie powinno być, a bywało, na wsi mazowieckiej w piętnaście lat po powstaniu i uwłaszczeniu, kompletnie jednak niezrozumiała nie tylko dla dzieciaków z deweloperskich osiedli, ale i dla młodych z farmerskich czy dotacyjnych wiosek (tych ostatnich nieźle opisuje proza Łukasza Barysa, ur. 1997), dla ich rodziców i nauczycieli też nie. I nawet lekki akcent gore, jakim jest Rozalka w piecu chlebowym, noweli tej nie pomoże.
Zostawmy to. Na szczęście pot-au-feu, jakim jest literatura polska, gotuje się bez względu na kanony i ministrów, a pisarze źle widziani – wszystko jedno, czy za pornografię, czy za antykomunizm, czy za przychylność dla lekkich dragów – i tak trafią do czytelników. I tylko to się liczy: którzy trafili? Którzy ukształtowali nas, choćby niezauważalnie – tak, jak ząbek imbiru czy czosnku, bez którego zupa dyniowa nie byłaby idealnym daniem na halloweenową jesień?
„Mumje mickiewiczuf” może i próbowali zwozić na taczkach, ale sam Mickiewicz, z tych podręcznikowych, zostaje na podium. „My z niego wszyscy” napisał Krasiński w liście do Adama Sołtana, dowiedziawszy się o kolejnej, najsłynniejszej w literaturze polskiej ofierze szalejącej w Stambule epidemii cholery, i ten cytat się sprawdza.
I to nie tylko dlatego, że jeszcze kilka lat temu każdy absolwent VII klasy szkoły podstawowej musiał mieć wykute pierwsze 32 wersy inwokacji, przez co bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała sprawiały, że wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna.
Przemiany Adama
Ta inwokacja ma zresztą więcej haczyków i sekretów, niż wydaje się znudzonej pani od polskiego: do dziś nie wiadomo dokładnie, czym jest (a tym bardziej czym był za czasów Napoleona) świerzop, „dzięcielina pała” to po prostu informacja o kwitnieniu koniczyny podana w dźwięcznym trybie oznajmującym, a nie ryzykowny tytuł tygodnika erotycznego.
Zaś fakt, że arcypoemat polski zaczyna się od apostrofy do Litwy po dziś dzień konfunduje narodowców. Ale mniejsza o inwokację: Mickiewicz po prostu był w stanie się przemienić. Nie to, że trzy razy, jak księżyc złoty, lecz kilkanaście – i za każdym razem był o kilka kroków przed konkurentami. Młody klasyk, którego „Oda do młodości” jest jak libretto „Czarodziejskiego fletu”: jasna, klasyczna i masońska jak się patrzy. Młody romantyk, któremu w głowie tylko rusałki, Karusie, a w kilka lat później – wesołe igraszki na krymskiej plaży („Daj mi pierś ucałować – Dobranoc, zapięta.”).
Powstaniec, co do powstania (listopadowego) nie dojechał, dramaturg, co trzy części swojego dramatu ułożył nie po kolei i pisał w kilkuletnich odstępach, Homer, który opowiedział o swoim dzieciństwie poematem jak Iliada, tylko z dodatkiem mrówek, makaronizmów i muchomorów. A wreszcie – „Liryki lozańskie” i kondensacja słowa taka, że haikai japońskie cierpią przy nich na logoreę. Tak, Mickiewicza zostawmy w spokoju, należy mu się złoto.
Zostawmy też Sienkiewicza, z tych na -icz i z tych z podium. Jedni się krzywią, drudzy powtarzają do znudzenia ten greps Gombrowicza (który chciałby być trzeci na -icz! – ale niedoczekanie) o „pierwszorzędnym pisarzu drugorzędnym” – a on i tak przeniknął do wyobraźni i języka. Tyle że nie wąsikami ruszał, jak Michał Wołodyjowski, lecz cylinder poprawiał.
Oczywiście nie ma już dziś tych erudytów, którzy zabawiali dawniej cały przedział kolejowy, ba, cały turnus podpytywaniem się o różne sienkiewiczowskie trivia: a to: „jak się nazywał koń, na którym Wołodyjowski jechał prosić Oleńkę o rękę?” (Basior, gdyby ktoś chciał wykupić tydzień w Ciechocinku), a to: „dokąd po ślubie wyjechali Krzysia i Ketling?” (do Kurlandii, jw.). Nie, detale „Trylogii” odchodzą w niepamięć, a zagonione do oglądania „Przygód Pana Michała” dzieci kręcą nosem: że film czarno-biały i za mało akcji.
Mniejsza o grzywę Basiora. Ale Henryk narzucił – czy raczej, ułatwił przyswojenie, wdrażając rzecz już w charakterze narodowym obecną – całą tę wąsatą kawalerskość, to stawianie się, to „Ze mną się nie napijesz?”, ale i „Razem, mości panowie!”. Jakby się nie śmiać: rycerskiego ducha.
Skąd mu się to wzięło, nie wiadomo, bo chociaż sam był nieznośnym snobem i przechwalał się (co wiemy za Boyem), że „babka była Ciundziewicka z domu”, to tak naprawdę pochodził, jak prawie wszyscy bawiący się w tym czasie piórem, ze skrachowanej po powstaniu rodziny drobnoszlacheckiej, a właściwie już inteligenckiej (a z domu była Cieciszowska, nie Ciundziewicka – z tym, że nie babka, a matka, Stefania).
I chociaż, zanim udrapował się w szaty wieszcza, przyjął Nobla i dworek, lubił wojażować po świecie, włącznie z Afryką, i pisać stamtąd korespondencje nie gorsze (i nie mniej pikantne) od Marcina Kydryńskiego – robił to na nutę raczej dandysa niż Kmicica.
Kontusz dla Kaszeby
Nieważne. Może to geniusz, może to metempsychoza (w sensie, że duch zbiorowy Kmiciców się weń wcielił), może to Maybelline – dość, że opowiedział nam i narzucił wizerunek szlachty i uczynił szlachcicami wszystkich, jak leci. Znane są i przytaczane ze łzą w oku historie o tym, jak to „Trylogię” czytali (na głos, tj. jeden piśmienny czytał, a reszta słuchała) chłopi podlascy i polescy.
Kaszubi. Ślązacy. Górale (i Krakowiacy też, naturalnie). Czytali – i brali za swoje, i przedzierzgali się w tych Kmiciców i Skrzetuskich. Dwóch historyków z Muzeum Historii Polski, Wojciech Kalwat i Sebastian Pawlina, na potrzeby wystawy „Duch opowieści” przewertowało wykazy osobowe legionistów Piłsudskiego oraz spisy powstańców warszawskich – i okazało się, że „Trylogia” dla jednych i drugich okazała się najlepszym źródłem pseudonimów.
Zdarzały się formacje, w których co trzeci porucznik był „Skrzetuskim”, co czwarty sierżant – „Kmicicem” (ale najlepszy jest fakt – pozostawiam go pod rozwagę zwłaszcza osobom ukrainosceptycznym – że statystycznie i tak najwięcej było Bohunów).
Sienkiewicz nie tylko narzucił nam wzorce wcale niekoniecznie toksycznej męskości rodem ze srebrnego wieku Rzeczypospolitej: zatriumfował również, narzucając język, jakim o niej mówimy. Świetne relacje i pamiętniki XVII-wieczne, których zachowały się dziesiątki, bo szlachta lubiła utrwalać swoje wspomnienia z sejmików i zajazdów – wydają się „pisane Sienkiewiczem”.
Ba, nawet parodia, krzywe zwierciadło kmicicowego świata, czyli netfliksowa Adamczycha, do której wtłoczono mnóstwo dzisiejszych, czyli anachronicznych drwin z polskich przywar, jest rewersem sienkiewiczowskiego uniwersum.
I inaczej już nie będzie. Futrzana czapa, a pod nią głowa wygolona jak na zawody MMA; „Czołem, czołem!”, i mocny uścisk dłoni, i zadzierzystość nieraz przechodząca w indorzenie, ale i upór, i przekora wobec silniejszych, wobec wszystkich, którzy usiłują narzucić swoją wolę lub swój pomysł – tak, to wszystko z Sienkiewicza.
A kto teraz? Ktoś trzeci na -icz? Słowacki? A może Zofia Nałkowska? Nie, zostawmy już tę rehabilitację autorów kanonicznych. Pomyślmy o tych znanych głównie badaczom lub smakoszom, niekoniecznie zapamiętanych ze szkoły – którzy jednak okazali się mocną przyprawą, pieprzem, imbirem – albo inaczej: ziarnkiem grochu, które ciągle trochę ugniata, które nadaje kształt naszemu posłaniu.
Galant w habicie
Pierwszy, którego mam na myśli, jest i pewnie pozostanie anonimowy: a co gorsza, Niemiec. To znaczy Niemiec o tyle, o ile można mówić w średniowieczu o narodach, czyli umiarkowanie: Borussii nie kibicował, currywurstów nie jadał.
Na pewno jednak był człowiekiem ponadprzeciętnie wykształconym, to znaczy potrafił pisać. Więcej, zajmował się tym zawodowo, skoro po śmierci swojego przełożonego, opata Piotra, przejął jego podstawowy obowiązek, czyli szczegółowe notowanie faktów z życia okolicznych wsi w księdze uposażeń klasztoru cystersów w Henrykowie, ufundowanego w 1227 roku przez księcia śląskiego Henryka Brodatego. Notował – w trosce o klasztorne dobra – dane o powodziach, nowiu i zarazach, o połowie ryb i włościańskich zabawach, i zanotował również to słynne „daj, uć ja pobruszę, a ty poczywaj”.
To znaczy dokładnie tak tego nie zapisał. Jeśli śledzić zapis w słynnej „Księdze Henrykowskiej” litera po literze, okaże się, że brzmi on „day, ut ia pobrusa, a ti poziwai”. I teraz nie wiadomo: czy „ut” to wyjątkowo niezgrabna próba zapisania staropolskiego „ać”, oznaczającego „niech”, „aby”? Czy „pobrusa” odpowiadało żywemu słowu „pobruczę” czy „pobruszę”? „Poczywaj” czy może „pożywaj”? I czy da się w tej frazie rozróżnić to, co (proto)polskie od tego, co (proto)czeskie, tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę, że słowa te miał wypowiedzieć (według kronikarza) niejaki Boguchwał, Czech z pochodzenia, któremu wnuk Henryka, książę Bolesław Wysoki, nadał wieś Brukalice?
Nieważne. Ważne, że „Daj, jak pobruszę...” można przełożyć na współczesną polszczyznę jako „Pozwól, ja będę mełł, a ty odpocznij”. I stało się to wzorcem polskiej głębokiej, emfatycznej, nawet jeśli czasem trochę „na pokaz” i zawsze irytującej feministki, galanterii. Może nie?
Drugiego wywody mało kto czytuje; fragmenty wydał przed wojną zasłużony krakowski filolog Witold Taszycki, ale kto dziś czytuje zasłużonych krakowskich filologów? Potem już nikt nie wydał choćby reprintu, można tylko próbować odcyfrowywania ortograficznych dziwów na stronie tytułowej z czasów Władysława IV na portalu Polona; a szkoda, bo to fraza smaczna:
„Wywod iedynowłasnego panstwa swiata, w ktorym pokazuie X. Woyciech Debolecki, z Koniad franciszkan, doktor Theologiey Sw. a Generał społeczności wykupywania Więzniow, ze nastarodawnieysze w Europie Krolestwo Polskie, lvbo Scythyckie, Samo tylko na świecie ma prawdziwe successory i Adama, Setha, y Iapheta, w panowaniu Światu od Boga w Raiu postanowionym y że dla tego Polaki Sarmatami zowią, a gwoli temu y to sie pokazuie, że język słowieński pierwotny iest na świecie. Niegań aż przeczytasz”.
Wąż syczał po polsku
Kto by chciał ganić wywód tak grzeczny, a już zwłaszcza że został on wydany „Za Pozwoleniem y Przywileiem Ich Krolewskieiy M[o]ści”? Tym bardziej że jego autor, ksiądz Wojciech Dębołęcki (jak zapisujemy jego nazwisko współcześnie), posiadał niemałą wiedzę i dorobek: teologię studiował w Wenecji i w Rzymie, języków uczył się całe życie (prócz roboczych, tj. niemieckiego, ruskiego i francuskiego, szczególnie upodobał sobie co rzadsze starożytne, w tym koptyjski i syryjski), w wolnych chwilach komponował lub gromadził fundusze dla wykupu więźniów z rąk pogańskich.
Przede wszystkim jednak wspierał lisowczyków, czyli najemniczą formację lekkiej jazdy, którą dziś nazwalibyśmy dywersyjno-desantową, a to dla prędkości jej poruszania się (ich oddziały jako jedne z nielicznych nie uznawały taborów, przemieszczając się, na stale zmienianych koniach, do 170 km na dobę) i możliwości destrukcyjnych.
Matki w Pikardii i Nadrenii, gdzie zapędzili się w służbie Ferdynanda II, przez kolejnych 200 lat, aż do Napoleona, straszyły dzieci nadejściem „les Kossacks polonais”; znali ich ludzie na Słowacji, tj. ówczesnych Górnych Węgrzech, gdzie zapędzili się za Gáborem Bethlenem, oraz nad Morzem Białym, gdzie prowadzili działania dywersyjne na tyłach Moscovii.
Ksiądz Dębołęcki nazywał ich „elearami” (od węgierskiego terminu elöharcos, czyli zagończyk albo harcownik) i, chociaż sam towarzyszył im jako kapelan i kronikarz przez niespełna dwa lata, szczerze ich pokochał: spod jego pióra, oprócz dzieła „Przewagi elearów polskich” wyszło z pół tuzina poematów i broszur, w których opiewał swoich konnych komandosów. Zainspirowawszy się ich dokonaniami, popełnił i ów „Wywód jedynowłasnego państwa świata”, w którym przekonująco wykazał, że Adam mówił do Ewy po polsku (a po jakiemu wąż, chciałoby się spytać?); że Set i Jafet byli pierwszymi polskimi królami, poddani Chama zaś zasiedlili ziemie od Wołgi po Dunaj; i że to Koronie Polskiej pisane jest zjednoczenie ludów Ziemi i przewodzenie im.
Niemało było od tego czasu pisarzy i polityków słodzących nam, niemało – wynoszących pod niebiosa polskie zasługi. Ale wszyscy oni są uczniami Wojciecha Dębołęckiego.
Barokowa kolęda
Piewca „elearów” dał fundament pod dumę, wyradzające się w samozachwyt lub pychę. A jej przeciwieństwo, czyli rozpacz z upadku? Tę nakreślił trzeci z naszych bohaterów. Jedni znają go jako sentymentalistę, pokolenia poznawały dzięki niemu powabne, przyznajmy, imię Justyna lub zgrzytając zębami, zastanawiały się, co tam, w chwili, gdy księżyc zaszedł i psy się uśpiły, klaszcze za borem (bóbr ogonem? Twoja stara u Rubika?).
Wielu, często nie znając nazwiska autora, śpiewa jedną z najpiękniejszych, a na pewno najbardziej barokową z polskich kolęd, gdzie sprzeczności, teologiczne coincidentia oppositorum, łączą się w cudowny sposób: Bóg się rodzi, Moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje.
I o Justynie, i o klaskaniu, i o Mocy pisał Franciszek Karpiński herbu Korab. Doktor filozofii, sekretarz Czartoryskiego, dzierżawca Suchodoliny, wielbiciel po kolei trzech, a jakże, Justyn (z żadną się ostatecznie nie ożenił), ale też autor „Żalów Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta”.
W różnych epokach zdarzało się Polakom doznawać rozpaczy z powodów politycznych i w różny sposób ją manifestowali. Zapadali się w siebie, popełniali samobójstwa, uciekali w obłęd lub pili na umór.
Pomniejszych powodów do przygnębienia nie brakowało nigdy; trzy daty, kiedy można mówić o czarnej kurtynie, o żałobie narodowej widocznej nie tylko przed lustrem, to lata porozbiorowe, czas po powstaniu styczniowym i okres wojny – najcięższy może nie zaraz po Wrześniu, lecz jesienią 1944 roku, po Warszawie i przed Jałtą, kiedy było już widać, jak wszystko było daremne. Bliżej naszych czasów można jeszcze wskazać noc jaruzelską; smutków z III RP nie wypada z tamtymi zestawiać.
Rozpacz porozbiorowa okazała się wzorcową dla wszystkich późniejszych: to wtedy łykał potłuczone szkło, by szybciej skonać, Rejtan, oszalał w Puławach Kniaźnin, Kościuszko wykrzykiwał „Finis Poloniae!”, a Stanisław Trembecki, stary niechluj, zapijał się na smutno w szlafroku. Współcześni mieli wrażenie, że nad Wisłą zagościł szatan (co nieźle pokazuje film „Diabeł” Andrzeja Żuławskiego) – a Karpiński skomponował „Żale...”.
Niby – poemat historyczny. Niby – o sytuacji sprzed dwustu z okładem lat. Ale już pierwsze dwa wersy („Ty śpisz, Zygmuncie! a twoi sąsiedzi / Do twego domu goście przyjechali!...”) dziwnie się rymują z kazaniem księdza Kamińskiego w „Panu Wołodyjowskim” („Panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz?!”). A fraza, powtarzana przez pokolenia – „Ta, co od morza aż do morza władła, / Kawałka ziemi nie ma na mogiłę!...” jasno pokazuje: nie chodziło tylko o kłopot z nieobsadzonym tronem.
Rosołek nie za rubla
Ale przecież polszczyznę – tę w języku i tę w zachowaniach – kształtowały nam i kobiety, niemyślące o politycznych przewagach. Przy czym nie myślę o Marii Dąbrowskiej, ciepło określonej przez Miłosza mianem „karliczki w berecie”, o Elżbiecie Drużbackiej, autorce „Historii księżny Elefantyny Eufraty”, ani nawet o obu naszych noblistkach.
Znacznie silniej od nich ukształtowała polszczyznę dama nad wyraz otyła, konkretna, posiadająca, jak mówiono wówczas uprzejmie, „wychowanie jedynie domowe”, co nie przeszkodziło jej u schyłku XIX wieku stać się najpoczytniejszą pisarką polską, rywalizującą nakładami z Sienkiewiczem. Jej najważniejsze dzieło miało do wybuchu I wojny światowej dwadzieścia trzy wydania: książek telefonicznych tak często nie wznawiano!
Mowa oczywiście o Lucynie Ćwierczakiewiczowej, autorce kilkunastu pozycji, wśród których prym wiodło „365 obiadów za pięć złotych” (gdy w ramach histerii rusyfikacyjnej po upadku powstania styczniowego z obiegu wycofano złotówki, pani Lucyna, nie chcąc pisać o obiadach za rubla, skróciła tytuł do „365 obiadów”). Zestaw kilkuset dań, na każdy dzień proponowane są bowiem cztery, w tym deser (na 29 października przewidziano polewkę z piwa, zrazy z kaszą, leguminę czekoladową oraz kwiczoły).
Nie były to przecież pierwsze książki kucharskie w literaturze polskiej: „Compendium ferculorum albo zebranie potraw...” Stanisława Czernieckiego ukazało się drukiem za króla Sobieskiego, kilka wydań miał „Kucharz doskonały” Wojciecha Wielądki, z którego opis zastawy stołowej ściągał sam Mickiewicz.
Nie w tym rzecz: Lucyna Ćwierczakiewiczowa towarzyszyła gigantycznej rewolucji społecznej, której na imię modernizacja i urbanizacja: miliony kobiet, którym dotąd posiłki przygotowywały służące w dworku lub które gotowały polewkę z tego, co rosło na zagonach przy chacie wiejskiej, zmuszone były stanąć nad garnkiem, szykując sobie lub rodzinie posiłki z tego, co można było dostać na straganie lub w jatkach w mieście.
Urzędniczy Lwów i Warszawa, robotnicza Łódź i Zagłębie gotują przez najbliższe pół wieku, jak im „365 obiadów” wskaże – przy okazji przejmując swego rodzaju polor i obyczaje dworku. Sama autorka wywodziła się z osiadłej w mieście od pokoleń rodziny prawników – ale zdawała sobie sprawę, za czym Polakom tęskno.
Najczęściej przypisywane jej zdanie jest, co prawda, fałszerstwem: w żadnej z jej książek nie pojawia się fraza „Weź dwie dziewki i dwie kopy jaj”, bo też ani jednego, ani drugiego nie dostałbyś za rubla. Jeśli ktoś na serio weźmie się za lekturę „Jedynych praktycznych przepisów konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast” (Warszawa, 1885) lub „Bab, placków i mazurków” (1909), uderzy go w pierwszej kolejności termin „dobroć”, używany nie jako pojęcie z zakresu deontologii, lecz dietetyki: czytamy o dobroci jaj, zasmażki, szparagów. Jeśli oswoimy się z tym jednak – rosół według Ćwierczakiewiczowej (na małym ogniu, odszumować łyżką zimnej wody, zebrać nadmiar tłuszczu, nie więcej nad trzy liście laurowe) wychodzi naprawdę najlepiej.
Wódka wuja Józefa
Ale czasem i rosół nie potrafi pocieszyć. Kiedy ktoś, mimo marzeń o karierze chuligana, do czternastego roku życia jest wyglądającym dziecinnie autorem czułostkowych wpisów w pamiętniku, synem nadopiekuńczej matki i małym, ocalałym przed okropnościami wojny aniołkiem – to potem, kiedy się już odwinie, kilka razy rzuci szkołę i siądzie za kierownicą w kilku firmach (m.in. Bazie Sprzętu Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego, Metrobudowie, Warszawskiej Spółdzielni Spożywców czy Stołecznym Przedsiębiorstwie Transportowym Handlu Detalicznego) przez całe niedługie życie urzeka kobiety i mężczyzn, bluźni Bogu i komunie, miota się po trzech kontynentach i pisze najbardziej dołujące fabuły, jakie można sobie wyobrazić.
To dzięki niemu, a nie utrefionym romantykom, drapującym się w pelerynę uczniom Przybyszewskiego czy pocztówkowym beatnikom w rodzaju Wojaczka, mamy naprawdę mocne fabuły o samobójstwach, gwałtach, wyrokach śmierci i zdradach, o delirium, o ludziach oszukanych i pchniętych pod pociąg – i tak od pierwszej opublikowanej strony do ostatniej, od „Najświętszych słów naszego życia” po wydaną w wiele lat po śmierci „Sowę, córkę piekarza”: tej goryczki, tej szałwii nie pożałował nam Marek Hłasko.
Ta piątka jest pewna, o wiele trudniej byłoby nominować tych, którzy najzgrabniej potrafili trzasnąć w palcach zapałką pointy, skwitować absurdy życia przeszywającym żartem: Mrożek czy Słonimski? Anderman czy Malcolm XD? (osobiście stawiam na Mrożka).
Kto dał nam odpowiednio soczystą frazę na wszystko, co dziać się może w sypialni – czy już pradziadek Fredro, który tak smacznie podrobił mickiewiczowskie metrum w „XIII księdze »Pana Tadeusza«” („Pół sukienki Zosieńce narzucił na głowę, / Ściągnął majteczki białe, długie, koronkowe, / (dar cioci Telimeny), ku nóżkom się schylił / I zaciśnięte udka po trochu rozchylił”), czy jednak dopiero Franciszek Starowieyski i Manuela Gretkowska (a dla nieheteronormatywnych – Michał Witkowski)?
I czy bardziej dzisiaj porusza ksiądz Skarga, czy fraza „Ale chroń mnie od nienawiści” marcowego emigranta, Natana Tenenbauma? (Sądząc z poziomu debaty publicznej, pisanie obu było jak grochem o ścianę.)
Jest ich bez liku – bo, jak napisał już Jacek Kaczmarski (też należy mu się miejsce w opowieści o polszczyźnie!) „wciąż będą rodzić się poeci”. A każdy z nich, jeśli uda mu się napisać dobre zdanie, dorzuca się nim do tej wiecznej zupy polszczyzny, w której pływamy.
W jednej z najsłynniejszych scen współczesnej literatury światowej Marcel Proust pisał o lawinie wspomnień, której doświadczył za sprawą zanurzonego w herbacie ciasteczka, magdalenki. Nieźle to nam przełożył (jak i cały siedmioksiąg Prousta) Tadeusz Żeleński-Boy:
„I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”.
Ale nie mamy czego zazdrościć Francuzom – bo i nam wszystkie „Kwiaty polskie” i puszcze litewskie, i podolskie stepy, i prości ludzie z „Chłopów” czy „Konopielki”, i kamienica z „Lalki”, i blokowisko ze „Złodziei żarówek” Tomasza Różyckiego, i spalony kościół z „Kolumbów”, i cała Warszawa, i jej okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość wyjść może – ugory i ulice – z jednej łyżki tej zupy, jaką jest polska literatura.
Tekst ukazał się w Magazynie Zero.

