Nauczono ją, że ciało ma wytrzymać wszystko: ból, zmęczenie, budowanie masy, kolejne treningi. Joanna Dorociak, była reprezentantka Polski w wioślarstwie, długo wierzyła w tę logikę. Do czasu. Zakrzepica przed igrzyskami w Rio, a potem diagnoza stwardnienia rozsianego sprawiły, że musiała zbudować relację z własnym organizmem od nowa. Dziś mówi: już wiem, że nie jestem niezniszczalna.

- Od szkolnej rywalizacji do kadry narodowej wioślarek. Joanna Dorociak szybko weszła w sport na serio i przez lata była jedną z najlepszych.
- „Wyczyn” oznaczał dyscyplinę i kontrolę: budowanie masy ciała, trening mimo bólu, życie podporządkowane wynikowi i startom.
- Zakrzepica przed igrzyskami w Rio i późniejsza diagnoza stwardnienia rozsianego zmieniły jej sposób myślenia o sporcie.
- Dziś, jako trenerka i biegaczka, buduje nowe podejście: mniej presji, więcej świadomości i szukania równowagi poza wynikiem.
W sobotę „zrobiła” Hyroxa. Dzień później przebiegła półmaraton.
– Czasem słyszę, że jestem jak maszyna, że jak w ogóle daję radę? – mówi Joanna Dorociak, wielokrotna medalistka mistrzostw Polski i zawodów Pucharu Świata w wioślarstwie, biegaczka, trenerka biegania i wioślarstwa.
34-latka już dawno przestała wierzyć w bajkę o własnej niezniszczalności. Zakrzepica przed igrzyskami w Rio, potem diagnoza stwardnienia rozsianego rzutowo-remisyjnego (SM). Ciało, które przez całe zawodowe życie było jej narzędziem pracy – precyzyjnym i kalibrowanym co do grama – w pewnym momencie powiedziało: hej, słuchasz mnie w ogóle?
Teraz podkreśla, że słucha. Że nauczyła się tego późno, ale jednak.
Dziewięciolatka na wydmie
Zanim było wiosło, była wydma. Gdzieś w Ustce, na szkolnym wyjeździe, nauczycielka wymyśla zabawę: kto pierwszy dobiegnie na górę. Są dzieciaki w różnym wieku – wszyscy razem, zwykła zabawa. Dziewięcioletnia Asia traktuje to śmiertelnie poważnie.
– Biegłam pierwsza – opowiada. – Mimo że chłopcy byli trzy lata starsi ode mnie. Prawie umarłam na tej wydmie. I pani mówi do mnie: „Aśka, jakbym wiedziała, że tak się zepniesz, żeby tam wbiec, to bym czegoś takiego nie wymyśliła”.
Taki był jej „mental” od zawsze. Zawody, sprint, jakakolwiek forma rywalizacji – Asia wchodzi w to całym ciałem, do końca. Myślała, że pójdzie w lekkoatletykę albo koszykówkę. Do wioślarstwa trafia przez przypadek, mając 12 lat – mieszka wówczas obok klubu w Warszawie.
– Zawsze byłam dobra w sporcie, miałam smykałkę. I zawsze byłam taka, że po prostu musiałam się zmęczyć.
Szybko okazało się, że ma warunki. Wysoka, szczupła, długie ręce, długie nogi – proporcje, które trenerzy wioślarzy widzą w snach. 12-letnią Asię szybko przenoszą do grupy starszych dziewczyn, żeby nie stała w miejscu – w swoim roczniku jest najlepsza.
Pierwsze duże zawody poza klubem: wyścigi na Wiśle, jedynki, a ona – 13-latka – nie była nawet na obozie. Na metę dociera kilometry przed wszystkimi uczestnikami wyjazdu wioślarskiego. Trenerzy to widzą. Widzi to też Asia.
– Domyślałam się, że mam duży potencjał. Miałam wsparcie, czułam, że oni we mnie wierzą.
Pierwsze mistrzostwa Polski, dwa złote medale. Niedługo potem – w wieku 17 lat – kadra narodowa, w której spędzi dekadę. Jednocześnie studia – gospodarka przestrzenna na SGGW, stacjonarnie. Egzaminy Asia zdaje albo przed wszystkimi, albo po. Do obrony tytułu inżyniera uczy się na wysokości, gdzie jest mniej tlenu i trudno się skupić. Rektor zna ją z imienia. Jest jedyną zawodniczką z takimi osiągnięciami w sporcie na tej uczelni.
57 kg albo nie startujesz
Wioślarstwo w kategorii wagi lekkiej kobiet: limit – 57 kg. Asia przy swoim wzroście – niemal 178 cm – waży naturalnie około 62-64 kg. To kilka kilogramów, które trzeba zdejmować każdego sezonu, planowo, stopniowo, z precyzją. Wiosną redukuje się masę ciała. Latem się startuje. Zimą waga wraca.
– W zimie zawsze tyłam, do 62 kg. Potem znowu musiałam robić na lato 57 kg. Przez to, że jestem szczupła z natury, jakoś to szło. Kilogram na tydzień, stopniowo. Ale przy moim wzroście to i tak nie było zdrowe. Byłam po prostu za chuda.
Sama mówi, że przez pewien czas jest skinny fat – dużo je, dużo trenuje, ale nie wie, jak zestawiać jedzenie z wysiłkiem. Potem przychodzą świadomość, dyscyplina, kalkulacje. Przez pewien czas Asia nie ma też miesiączki – za mało tkanki tłuszczowej, ciało wyłącza to, co uzna za zbędne. Codzienne ważenie: zaraz po wstaniu, po rozruchu, po śniadaniu. Precyzyjne kalkulacje, co zjeść dwie godziny przed startem, bo to moment ważenia na zawodach.
– Ważyłam się kilka razy dziennie. To był złożony proces – przyznaje.
Na pytanie, co to robi w głowie nastolatki, odpowiada szczerze: – Chyba po prostu nie za bardzo myślałam o tym, co czuję. Byłam w takim rytmie, że muszę to zrobić, bo inaczej nie wystartuję. Nie baczyłam na konsekwencje.
Kobieta zaznacza, że jej motywacja była inna niż ta, z którą borykają się nastolatki patrzące na siebie w lustrze. Nie chodziło o to, żeby być chudą. Chodziło o to, żeby wystartować. To dwie różne rzeczy, choć ciało odczuwało jedno i drugie tak samo.
Konsekwencje i tak przychodzą. Przed igrzyskami w Rio w 2016 r. – zakrzepica w nodze. Skumulowało się wszystko naraz: tabletki antykoncepcyjne brane bez przerwy, lato, upał, intensywne treningi, odwodnienie.
– Robiłam wszystko po to, żeby zagęścić krew, bo w sporcie to jest dobre. Ale jak się przedobrzy, może pojawić się problem zakrzepowy.
Nie dojechała do Rio. Marzenie z dzieciństwa zostało w szpitalu i dopiero dekadę później – w tym roku – się spełni, choć nie w formie igrzysk, a maratonu.
Waga z rozładowaną baterią jest w kącie od lat. Asia staje na niej może raz na pół roku, z ciekawości. – Jak skończyłam karierę wioślarską, schowałam ją i powiedziałam sobie, że nie będę się ważyć.
To zdanie wypowiada szybko, z uśmiechem. Brzmi trochę jak manifest.
Ciało, które nie słucha
Kilka lat przed diagnozą stwardnienia rozsianego coś zaczyna się dziać z prawą ręką Asi. Przy wiosłowaniu – tylko przy nim, przy żadnym innym ćwiczeniu – dziwnie się ugina. Za wcześnie, nie tak jak powinna, w złym momencie cyklu. Asia wie, jak ten ruch wygląda. Robi go przecież od tylu lat.
– Moje ciało nie słuchało tego, co ja wiem, że trzeba zrobić.
To powoduje chwianie się łódki. Przy rekreacyjnym wiosłowaniu nikt by nie zauważył, ale w sporcie wyczynowym, na poziomie reprezentacji, takich rzeczy się nie robi. Łódka skręca, czas rośnie, medal odpływa.
Wcześniej, zupełnie przypadkowo, przy rezonansie z innego powodu, Asi wychodzą zmiany demielinizacyjne w mózgu. Lekarz mówi: może to stwardnienie rozsiane. Ale wtedy obowiązuje zasada: bez objawów klinicznych nie ma choroby. Można podejrzewać, można obserwować, nie można leczyć. Leczą ją za to na boreliozę, bo objawy bywają podobne, zmiany w mózgu też. Asia bierze antybiotyk i wraca do trenowania. Normalne życie, zawody.
Aż do 30 października 2023 r. Przed maratonem w Nowym Jorku – już po skończeniu kariery wioślarskiej – a podczas jednego z ostatnich treningów przygotowawczych, ból w prawej nodze, potem noga przestaje reagować. Szpital. Badania. Diagnoza: stwardnienie rozsiane, postać rzutowo-remisyjna.
– Wiadomo, duży szok, płacz. Przed chwilą byłam w pełni sprawna, a tu nagle SM i jestem w szpitalu. Człowiek wyobraża sobie najgorsze scenariusze. Masz w głowie historie sprzed trzydziestu lat.
Lekarz mówi jej wprost: stwardnienie rozsiane to nie to samo schorzenie co kiedyś. Leczenie się zmieniło. Diagnostyka się zmieniła. Można je wcześnie wykryć, można powstrzymać. – Mam duże szczęście do ludzi. Zawsze trafiam na tych dobrych i tej sytuacji też nie odebrałam jako koniec świata, jak dużo osób by pomyślało.
W szpitalu Asia ma tyle odwiedzin, że nie starcza jej czasu na leżenie w łóżku. Znajomi przychodzą często, zabierają na kawę, na spacery korytarzem.
„Zawsze myślałam, że jestem bardzo mocna”
Po rzucie – zanim zobaczy, czy wraca do siebie – Asia testuje się sama. Metodycznie, bo tak ją wytrenowano: przysiady, podciąganie na drążku. Sprawdza każdy wzorzec ruchowy. Szuka różnicy między tym, co było, a tym, co jest teraz.
– Robiłam sobie testy, czy wszystko dobrze, poprawnie wykonuję – opowiada. – Czy zachowałam tę sprawność sprzed rzutu, sprzed diagnozy.
Wróciła. Ciało odpowiedziało. Różnicy nie znalazła. Ale coś się zmieniło – nie w ciele, w głowie.
– Zawsze myślałam, że jestem bardzo mocna. Ale, niestety, ciało też zawodzi. Pokazała mi to zakrzepica. Pokazała mi to diagnoza stwardnienia rozsianego. Wiem, że ciało daje mi tyle możliwości, że jestem sprawniejsza niż większość ludzi. I kocham je za to. Ale już wiem, że nie jest niezniszczalne.
Leczenie: raz na pół roku szpital, infuzja, jeden dzień. Poza tym – niemal normalne życie. Nie ma codziennego leku, który przypominałby o chorobie przy porannej kawie. To zupełnie inne doświadczenie niż na przykład cukrzyca.
Lekarz podkreślił: ruszaj się. Trenuj. Rób to, co robisz.
– Nie ma wskazania, żeby nie biegać, limitu temperatury, zakazu wysiłku. Są ludzie z SM, którzy zaliczają crossfit, maratony, ultra. Jak leżysz na kanapie, palisz papierosy, wtedy łatwiej, żeby to się rozwinęło. A jak się ruszasz, dbasz o siebie – to jest to, co możesz zrobić, żeby choroba się nie rozwinęła.
SM wciąż jest z tyłu głowy. Czasem Asia podważa własne decyzje: czy dany wysiłek zbyt jej nie obciąży?
„Musiałam być lepszą wersją siebie każdego dnia”
Kiedyś Asia brała dwie tabletki ibuprofenu i szła na trening z bólem brzucha. Jak była chora, robiła lżejszy. Jak była zmęczona – normalny. Cokolwiek dzieje się z ciałem – dajesz radę, bo musisz.
– Niezależnie, czy się czułam beznadziejnie, czy czułam się super, musiałam być lepszą wersją siebie każdego dnia. Nie pamiętam, bym miałam jakieś dni bez treningów.
Teraz mówi: jeśli źle się czuję, nie trenuję przez kilka dni i jest okej.
– Jeśli zaplanowałam siłownię, ale się nie wyspałam – robię mobility albo idę na spacer. Daję sobie przyzwolenie na to, że ciało ma gorszy dzień. Teraz traktuję je bardziej z miłością. Staram się go słuchać bardziej niż kiedyś.
Zmiana przyszła przez chorobę, ale nie tylko. Przez wiek, dojrzewanie, lata pracy z psychologiem sportu.
– SM dało mi ostrzeżenie, że trzeba czasem odpuścić, że ciało nie jest maszyną, że nie stać go na wszystko cały czas. Że regeneracja to ważna część życia.
Życia na „przed” i „po” Asia nie dzieli od diagnozy SM. Dzieli je – i to jest ciekawe – od zakrzepicy przed Rio. To wtedy coś się przestawiło. Sposób patrzenia na to, co się jej przydarza, sposób reagowania na nieprzewidywalne, na rzeczy, których nie można kontrolować.
– Diagnoza była straszna, ale miałam już inne podejście.
Żałoba bez żałoby
Sportowcy często mówią, że zakończenie kariery jest jak żałoba. Nagle nie ma celów, struktury dnia, trenera, który mówi co i kiedy. Nie ma też braw – a sportowcy są do nich przyzwyczajeni. Asia się z tym zgadza, ale jej własne zakończenie wyszło inaczej.
– Karierę wioślarską zakończyłam przy wybuchu pandemii. Wtedy cały świat nie wiedział, co dalej. Nie tylko ja.
Igrzyska w Tokio przesunięto o rok. Asia wiedziała, że kolejnego roku przygotowań nie będzie – ciało już dało sygnały przez tę rękę przy wiosłowaniu. Lockdown dał jej to, czego potrzebowała: przestrzeń bez świadków, porównywania, wymagań. Wyjeżdżała na działkę, dużo biegała, myślała, co dalej.
Właśnie bieganie otworzyło kolejne drzwi: środowisko, rozmowy, współprace z markami. Ludzie zaczęli ją kojarzyć jako wioślarkę, która biega.
Asia prowadzi treningi biegowe i wioślarskie, obozy, eventy dla firm, projekty ze szkołami. Jest w zarządzie Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego.
Ale bywa – i mówi o tym wprost – że tę wewnętrzną zasadę: bądź najlepsza, rób więcej – trudno wyłączyć.
– Sportowcy to kochają. Jesteśmy takimi charakterami, że lubimy, jak każdy ci klaszcze i jesteś na piedestale. I potem trochę tak się żyje, że ciągle potrzebujesz nowych wyzwań.
Nikt już nie waży
Teraz Asia waży 63 kg. Mówi, że czuje się w porządku ze sobą. Pytam jej, czy teraz ma bardziej partnerską relację z ciałem niż w czasie kariery. Śmieje się.
– No na pewno. Wiem, ile mi daje i dało przez całe życie.
– Wiem też – mniej więcej – gdzie jestem – mówi o tej wadze, o tym ciele. – Nikt mnie teraz nie waży.
Zdanie to brzmi nie jak stwierdzenie faktu, a raczej jak coś odzyskanego.
Na wydmę w Ustce dziś 34-latka biegłaby pewnie tak samo. Pierwsza, do upadłego, do końca. Ale później na pewno by odpoczęła.
