Reklama
Reklama
Świat

Jak Rosja buduje cyfrową kontrolę społeczeństwa. Panika w Moskwie, znikają papierowe mapy

Rosja krok po kroku odcina swoich obywateli od globalnego internetu. Zablokowane platformy, ograniczony dostęp do sieci mobilnej i nowy państwowy komunikator mają jeden cel: pełną kontrolę nad informacją i użytkownikami. Nawet Telegram, dotąd uznawany za względnie niezależny, przestaje być bezpieczną przestrzenią.

Mateusz Chrobok
Felieton autorstwa: Mateusz Chrobok
06 kwietnia
14 minut
Władza w Rosji sukcesywnie wyłącza swoim obywatelom Internet, a raczej połączenie swojej jego części z tym dostępnym ogólnoświatowo. Idzie tym samym śladem Chin i ich Wielkiego Firewalla. (fot. ex_artist / Andrey Zyk / Shutterstock)

Reklama

Był odporny na blokady. Uważano go za ostoję wolności, którą uosabiał Pavel Durov, jeden z jego współtwórców, latami grający na nosie Putinowi. Próbowano go zablokować i jakoś nigdy się to nie udawało. Życie pokazuje jednak, że gdy chce się wystarczająco mocno, to jednak da się Telegram wyłączyć. A nawet i cały Internet.


Reklama

Rosja powoli odcina się od globalnej sieci

Telegram był bezkonkurencyjnie najpopularniejszym komunikatorem w rosyjskojęzycznym świecie. Stanowił istotny społecznie mechanizm komunikacji. W samej Rosji używało go prawie sto milionów ludzi i nawet w Ukrainie nie udało się go w pełni wyeliminować z życia publicznego. Jaka jest jego największa wada z perspektywy kremla? Najogólniej można powiedzieć, że kontakt ze światem.

Władza w Rosji sukcesywnie wyłącza swoim obywatelom Internet, a raczej połączenie swojej jego części z tym dostępnym ogólnoświatowo. Idzie tym samym śladem Chin i ich Wielkiego Firewalla odcinając społeczeństwo od kontaktu z ludźmi z zewnątrz. I wraz z najechaniem przez Rosję Ukrainy proces ten znacznie przyspieszył.

Co już wyłączono? YouTube, WhatsApp czy Instagram. I to nie jest jakaś nowość. Oficjalnie nie działają one w Rosji od dłuższego czasu. Sukcesywnie wyłączane są usługi zachodnie uznawane za wrogie. Czyli te, które nie zgadzają się na pełną współpracę z reżimem w zakresie cenzury i inwigilacji. Firmy takie wskazywane są jako organizacje ekstremistyczne i delegalizowane.


Reklama

Cel tych działań jest bardzo prosty – odcięcie społeczeństwa od innych źródeł informacji niż te zatwierdzone czy wręcz produkowane przez Kreml. Zresztą z takich niezależnych mediów korzysta w Rosji - powołuję się tu na informacje z niedawnego podcastu Ośrodka Studiów Wschodnich - jakieś maksymalnie 10 proc. społeczeństwa. I nawet za nich w końcu się zabrano. Musi być naprawdę ciepło, skoro tym razem oberwało się już nawet Telegramowi.


Reklama

Pod płaszczykiem bezpieczeństwa 

Oczywiście do ograniczania informacji spoza Rosji nikt się nie przyzna wprost. Oficjalnym powodem jest szeroko rozumiane bezpieczeństwo i utrudnienie zdalnego rekrutowania dywersantów czy zakłócanie działania ukraińskich dronów, wykorzystujących czasem rosyjskie sieci komórkowe do działania na wrogim terytorium.

W praktyce chodzi zwyczajnie o jeszcze ściślejsze zamknięcie społeczeństwa w informacyjnej bańce i całkowita kontrola nad docierającymi doń informacjami. Tak, aby dostępne były jedynie te treści, które wspierają działania reżimu. Nie ma miejsca na jakiekolwiek kwestionowanie władzy. Serwisy, gdzie można pozyskać nieocenzurowane informacje, mają zniknąć. Proces ten nie zaczął się oczywiście wczoraj, ale coraz szybciej zmierza do swojego finału.


Reklama

Jak Rosja kontroluje treści w internecie? 

Dotychczas blokowano dostęp do konkretnych treści, jak w przypadku wspomnianego Instagrama czy YouTube’a. Kto podpadł władzy, trafiał na specjalną listę. Ale teraz szeroko testuje się system odwrotny: domyślnie nie wolno będzie niczego, a jedynie dopuści się to, co zostało centralnie zaaprobowane. To jak wnikliwa kontrola paszportu na przejściu granicznym - tak zwana biała lista.


Reklama

Ktokolwiek kto chce by jego usługa była dostępna w Rosji, musisię ubiegać o wpisanie na nią przez Roskomnadzor. I to nie jest kwestia wysłania jakiegoś papierka. Konieczna jest instalacja odpowiedniego urządzenia w infrastrukturze, kontrolującego ruch sieciowy. Zgłaszając się do bycia dostępnym w rosyjskim internecie de facto oddaje się klucze do swojego królestwa.

Te działania na razie wychodzą różnie, bo trudno jest nie zakłócić w ten sposób działania wszystkiego wokół, ale próby są podejmowane coraz śmielej. Nawet duzi gracze, tacy jak Sberbank, VKontakte czy Yandex nie wpisali się od razu i dostęp do nich był częściowo utrudniony w okresach, gdy testowano to rozwiązanie.

Czy można pójść dalej? Oczywiście, że tak 

Blokady dostępu do poszczególnych serwisów to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ostatnio zaczęto odcinać częściowo internet mobilny. Podobno zwalnia też ten światłowodowy. Od mobilnego internetu odcięto rzekomo jakieś trzydzieści milionów użytkowników.


Reklama

To ogólnie nic nowego. Takie blokady w Rosyjskich prowincjach wprowadzane były wybiórczo już od jakiegoś czasu. Dziennikarzom kazano się tematem nie interesować, a skargi pozostawały bez odpowiedzi. Ale, co jest już nowe, sytuacja dotknęła po raz pierwszy Moskwę i Petersburg. Wcześniej niezbyt mieściło się to w głowach. Oficjalnym powodem ma być – jak wyżej – bezpieczeństwo i obawa przed ukraińskimi dronami czy atakami dywersyjnymi.


Reklama

Jest akcja, jest reakcja, która rodzi przeróżne problemy, szczególnie dla firm, jak choćby niedziałające płatności bezgotówkowe, nawigacja w czasie rzeczywistym czy kanały komunikacji. Szkoły nie mogą prowadzić części zajęć, lotniska mają kłopoty z odprawami pasażerów, a do kina czy teatru trzeba drukować papierowe bilety. Nakłada się na to jeszcze blokada Telegrama, o którego przecież opierała się masa przeróżnych, drobnych usług. Jak na przykład boty, którymi można było płacić za parkowanie.

Straty w samej Moskwie szacuje się na jakiś miliard rubli dziennie. Ma to więc istotny wpływ na życie i gospodarkę, ale służby mają to podobno zwyczajnie ignorować. W dodatku rzekomo robi się to w bardzo rosyjskim stylu, czyli wszystko na hurra, bez jakichkolwiek informacji, selektywnie, bez przygotowania kogokolwiek. Ze sklepów znikają papierowe mapy i telefony stacjonarne. Ludzi ogarnia panika, bo nagle nie potrafią nawigować po swoim mieście. W jednej dzielnicy wszystko działa, w następnej już nie. Chaos.


Reklama

Z czasem internet wrócił, ale selektywnie, jedynie u największych graczy. I to też nie jakoś super stabilnie, bo użytkownicy wciąż zgłaszają problemy, tylko w nieco mniejszej skali.


Reklama

Paweł Durow kontra Kreml 

Wróćmy do Telegrama, który od lat traktowany był na specjalnych warunkach. Dlaczego tak uważam? Trudno jest myśleć inaczej, gdy wróg reżimu lata sobie swobodnie do Moskwy prywatnym jetem i pozyskuje finansowania od oligarchów. Osoby niesprzyjające tej władzy kończą raczej zupełnie inaczej.

Kremlowi więc musiało się opłacać posiadanie platformy, niby niezależnej, ale do której miał wgląd. Teraz jednak rachunek zysków i strat prawdopodobnie uległ zmianie. Jesteśmy świadkami kolejnego odcinka telenoweli pod tytułem "Paweł kontra Kreml", ale to pewnie znów gra pod publiczkę.

Putin potrzebuje kolejnego wroga, a Durow świetnie do tej roli pasuje. I widocznie nie ma wcale znaczenia, że blokada Telegrama to przy okazji strzał w stopę dla władzy. Dlaczego? A no zamyka sporo możliwości propagandowego działania i wewnątrz, i na zewnątrz Rosji. Najwidoczniej rachunek zysków i strat uległ zmianie – wewnętrzna kontrola społeczeństwa stała się ważniejsza niż projekcja na zewnątrz.


Reklama

Prawdopodobnie nie chodzi też stricte o Telegrama, bo zlikwidowano wszystkie komunikatory z rynku. Jak wiemy, natura nie znosi próżni, więc w ich miejsce wszedł jeden, jedyny, wybraniec. Max. Przygotowany wewnętrznie przez rosyjskie władze. Rządowy komunikator, ale jego ambicje sięgają znacznie dalej. W zamyśle ma się stać centrum cyfrowego życia każdego Rosjanina.


Reklama

Chcesz się wypisać? Nie ma takiej możliwości

Max ma realizować płatności, pozwalać zamawiać zakupy, umawiać na randki, wezwać taksówkę, czy nawet być czymś na kształt naszego mObywatela, więc stanie się pewnie niedługo konieczny do tego, aby korzystać w jakikolwiek sposób z cyfrowych usług administracji publicznej.

Ogólnie Max idzie śladem chińskiego WeChata czy tego, co z X’em chce w teorii zrobić Musk. Jak idzie wdrażanie Max’a w Rosji? Cóż… Pobrać miano go już jakieś sto milionów razy, w tym ze sklepu Play jakieś pięćdziesiąt milionów. W AppStore może się nawet pochwalić średnią oceną na pięć gwiazdek. Czy to tak wspaniała aplikacja?

Cyferki podobno wynikają z tego, że w sklepach sprzedających nowe telefony jest teraz obowiązek instalowania go każdemu klientowi na nowym urządzeniu. Od września, nie od wczoraj. Szkoły i uczelnie musiały przenieść na niego całą komunikację z rodzicami, uczniami i studentami (ewentualny opór spotyka się z represjami). Zresztą, co istotne, nie chodzi jedynie o instalację, bo zmusza się wszelkimi środkami do tego, aby aktywnie go używać. Nie korzystasz - nie istniejesz.


Reklama


Reklama

Oczywiście do grona użytkowników Max’a dołączyli też prawie automatycznie wszyscy zatrudnieni w jakikolwiek sposób przez aparat państwa. Takie osoby również nie miały wyboru. Tak więc sukces, ale nieprzypadkowy. Podobnie jak w zakresie zasięgów publikowanych tam treści. Bo Max w jednej z aktualizacji zasubskrybował automatycznie (dla dobra swojego użytkownika oczywiście) kanały wojenno-propagandowe. Chcesz obsubskrybować? Złe wieści – przycisk nie działa. W sieci znajdziesz filmiki jak ludzie klikają, klikają i nic. To znaczy w sumie nie wiadomo czy nic, czy odpowiedni donos trafił już automatycznie na biurko kogoś w FSB.

No i najważniejsza sprawa, jakby to nie było oczywiste. Komunikacja za pośrednictwem Max’a nie jest w żaden sposób szyfrowana end-to-end. A to oznacza, że wszystko co jest za jego pośrednictwem przesyłane, może być bez najmniejszego trudu ze strony administratorów podglądane czy analizowane. I teczka rośnie.

Chcesz sprawdzić tę apkę? Mam złe wieści. Aby korzystać z Max’a jeszcze niedawno konieczna była rosyjska lub białoruska karta SIM, ale lista dopuszczonych krajów ostatnio urosła o takie “przyjazne”. Kubę, Pakistan czy kraje Azji Centralnej. Numery ukraińskie czy te z Unii Europejskiej nie są mile widziane, tak więc osoby, które z Rosji wyemigrowały, stracą niedługo możliwość rozmowy ze swoimi bliskimi, którzy pozostali w kraju. Oczywiście jest to na rękę władzy. Czym mniej informacji z zewnątrz dotrze do ludzi, tym łatwiej będzie pokazywać im narrację o złym i zgniłym zachodzie.


Reklama


Reklama

Czy to już granica? Dalej już tylko myślozbrodnia

Innym celem jest między innymi deanonimizacja użytkowników, aby nie czuli się zbyt pewnie głosząc poglądy sprzeczne z linią partii. W ten sposób sami narzucą sobie cenzurę wiedząc, że ktoś stale ich obserwuje. Przecież jeśli reżim wie, kim jestem, to może nie będę pisał wszystkiego co mam na myśli. W przeciwnym wypadku mogę zostać uznanym za ekstremistę i ponieść poważne konsekwencje, z więzieniem włącznie. Albo wysłaniem na front. Ba! Od zeszłego roku zmieniło się rosyjskie prawo i teraz już nie trzeba takich treści tworzyć czy rozsyłać. Wystarczy jedynie ich poszukiwać albo je czytać, aby narazić się na przykre konsekwencje.

Chciałbym tu już skończyć, ale spójrzmy nieco szerzej. Max to jedynie element układanki. Dochodzi do niej choćby obowiązek rejestracji telefonów, podobnie jak u nas. Rosyjskie Ministerstwo Cyfryzacji buduje już centralną bazę numerów IMEI powiązanych z numerami abonentów. Za dwa lata, a według przecieków może nawet i wcześniej, niezarejestrowane urządzenie zostanie po prostu zablokowane i komunikacja przestanie działać. Wiadomo więc będzie kto pisze, skąd pisze, na jakim urządzeniu i gdzie się w danym momencie znajduje.

To wszystko w połączeniu z Max’em bez jakiegokolwiek szyfrowania i mechanizmem białych list daje kompletny system kontroli nad społeczeństwem. A, no i Roskomnadzor wymaga rejestracji twórców cyfrowych mających ponad 10k obserwujących. Bo jak nie, to sankcje. Blokady i kary finansowe.


Reklama

Każdy element osobno wygląda jak chaotyczne posunięcie, ale razem jest to spójna architektura cyfrowej klatki. Być może nadchodzi powszechna mobilizacja, przy której władza nie chce dać ludziom żadnej dodatkowej możliwości oddolnej organizacji, a może po prostu odpowiedź jest zdecydowanie prostsza i brzmi: “Bo mogą”. Mała grupa Rosjan głośno popiera reżim, coraz mniejsza grupka cicho się mu sprzeciwia. A większość? Większość jest politycznie całkowicie obojętna temu, co się dzieje. A kiedy milczysz wystarczająco długo w klatce, zaczynasz zapominać, że kiedyś w ogóle były jakieś drzwi.


Reklama

Ostatnia nadzieja to VPN

Ostatnią nadzieją pozostają VPN’y. Korzysta z nich podobno jakaś jedna trzecia Rosjan. Działają. Na razie. Póki białe listy nie zostały jeszcze wprowadzone w pełni, bo kiedy to nastąpi to korzystanie z nich stanie się znacznie trudniejsze.

Owszem, nadal oczywiście można będzie obejść blokady. Zawsze jakoś się da. Ale koszt tego – głównie w kwestii konieczności posiadanej wiedzy – będzie zbyt wysoki dla statystycznego obywatela. Podobnie jak ewentualne ryzyko, bo gdy używać ich będzie śmiesznie niski ułamek obywateli, to zdecydowanie łatwiej będzie ich namierzyć oraz represjonować.

Roskomnadzor ma do tego odpowiednie narzędzia, jak choćby Deep Packet Inspection. I to nie przelewki, bo o ile zawsze Kreml przymykał na nie oko i miał je trochę w nosie, to od jakiegoś czasu wziął się za walkę z nimi na poważnie. Od jesieni zeszłego roku reklamowanie VPNów jest zakazane, a samo dzielenie się informacjami o tym, jak obchodzić blokady - karalne.


Reklama

Dochodzą również sygnały z rosyjskiego interioru, że użytkownicy migrują do rozwiązań zdecentralizowanych, również takich działających offline, w ramach sieci mesh. Ale to opowieść na zupełnie inny artykuł.


Reklama

Autor jest założycielem platformy edukacyjnej uczmnie.pl oraz aidevs.pl.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Mateusz Chrobok
Mateusz ChrobokMateusz Chrobok, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, założyciel platformy edukacyjnej uczmnie.pl oraz MC Media Group