Kraj

4 i 158 555. Kraków liczy się przed referendum

Już w najbliższą niedzielę mieszkańcy Krakowa zdecydują – po zaledwie dwóch latach – czy Aleksander Miszalski utrzyma stołek prezydenta. Na kilkadziesiąt godzin przed głosowaniem Zero.pl sprawdza stan gry przed plebiscytem, punktuje błędy oraz sukcesy obozu „przeciwników” i „zwolenników” włodarza grodu Kraka, a także wskazuje na rolę jednej cyfry oraz jednej liczby w dawnej stolicy Polski.

Piotr Białczyk
Opinia autorstwa: Piotr Białczyk
Wczoraj 06:03
9 min
Aleksander Miszalski głosujący w drugiej turze wyborów samorządowych. Teraz prezydent Krakowa zachęca do pozostania w domach w dniu referendum. (fot. Łukasz Gągulski / PAP)
TYLKO NA
  • Bezprecedensowym wydarzeniem stało się referendum nad odwołaniem prezydenta drugiego co do wielkości miasta w Polsce. Mimo pierwotnych oznak sprawa odwołania człowieka Koalicji Obywatelskiej nie jest tematem ogólnopolskim.
  • Jednocześnie ostatnie tygodnie w Krakowie ujawniły mocne pęknięcia w politycznej tkance miejskiej, które dają wskazówki na kolejne wybory samorządowe.
  • 4 mln zł – tyle ma kosztować organizacja niedzielnego referendum w Krakowie. Prezydent miasta straci urząd, jeśli co najmniej 158 555 mieszkańców pojawi się przy urnach (3/5 liczby osób uczestniczących w II turze wyborów samorządowych).

Aleksander Miszalski musi mieć pomysł na to referendum: co, dlaczego i przede wszystkim jak planuje wygrać to referendum oraz jak widzi swoje dalsze funkcjonowanie przez trzy lata w samorządzie – takie rady prezydentowi Krakowa udzielał w Kanale Zero polityczny weteran Grzegorz Schetyna. Dawny przywódca Platformy Obywatelskiej w rozmowie z Agnieszką Burzyńską dodawał, że partia „musi bronić Miszalskiego” przed odwołaniem. Czas zweryfikował te dwie tezy negatywnie.

Przede wszystkim Aleksander Miszalski pomysłu na referendum nie znalazł, ewentualnie powielił część błędów swojej formacji z przeszłości. Od pierwszych godzin plebiscytu nad własnymi rządami prezydent Krakowa postawił na demobilizację.

Akcja: demobilizacja. „W dniu referendum zostańcie w domu”

 

Reklama
Reklama

„Kraków zasługuje na stabilność, odpowiedzialność i dokończenie rozpoczętych działań (…), jeśli uważacie, że powinienem dokończyć kadencję, w dniu referendum zostańcie w domu. Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja w referendum” – przekonywał w mediach społecznościowych Miszalski. Przypomnijmy: reprezentant formacji ze słowem „obywatelska” w nazwie.

Miszalski – mimo pierwotnych zapewnień – niedostatecznie skonfrontował się „twarzą w twarz” z negatywnie nastawionymi do niego mieszkańcami, nie podjął nawet próby wysłuchania argumentów swoich przeciwników. Zamiast tego postawił na sprawdzoną przez swojego poprzednika taktykę okopania się w przyjazno-kanapowej telewizji miejskiej, gdzie na „Ławeczce Dialogu” – tym razem w formie online – zadawane były mu przetrenowane pytania.

W tym miejscu warto przypomnieć tylko ustalenia Pawła Figurskiego z Zero.pl, który ujawnił propagandową akcję zwiększenia nakładu gazetki „Kraków.pl” z 30 tys. do 220 tys. egzemplarzy, wartej 2,4 mln zł z miejskiej kasy.

„Całą 20. stronę zajmuje ‹‹Kalendarium Prezydenta Krakowa››, z którego dowiemy się, co Aleksander Miszalski robił w styczniu i lutym. I tak, 20 stycznia prezydent był z wizytą w przedszkolu, a pięć dni później kwestował na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Każde z tych wydarzeń opatrzone jest fotografią włodarza miasta” – ujawnił dziennikarz portalu.

Reklama
Reklama

Pochwała urzędu, krytyka magistratu

Prezydent Krakowa swoimi dokonaniami chwalił się także w mediach społecznościowych pod zgrabnie brzmiącym hashtagiem „15 Miszalskiego”, czyli listą zmian wdrożonych od początku kadencji, wśród których pojawił się punkt dotyczący planowanego zakupu nowych autobusów.

Skojarzenia z „100 konkretami” Koalicji Obywatelskiej w tym miejscu są jak najbardziej słuszne, gdyż w myśl nowej doktryny politycznej „cóż szkodzi obiecać?”, gdy wyborca później nie weryfikuje wykonania planu. Na to uwagę zwracał polityczny weteran – były premier Leszek Miller – wielokrotnie wskazując, że właściwą strategią władzy jest postawienie na trzy lub cztery nośne tematy, które mogą fokusować uwagę odbiorców. Im więcej punktów, tym mniejsza uwaga, a sami politycy nie potrafią wymienić nawet połowy swoich obietnic.

Błędem założycielskim Miszalskiego było także zbudowanie sobie politycznego, zamiast merytorycznego „dworu” w krakowskim magistracie.

Reklama
Reklama

Grupa, która nigdy w życiu niczym nie kierowała, nie ma przygotowania fachowego, nie ma doświadczenia życiowego, ale rwie się, żeby mieć władzę – takim mianem w rozmowie z Zero.pl określił ekipę Aleksandra Miszalskiego prof. Jacek Majchrowski.

Były prezydent Krakowa ujawnił także fragmenty prywatnej rozmowy ze swoim następcą.

– Powiedziałem: „Zrób to, co ja zrobiłem. Zrezygnuj z bycia członkiem partii, odetnij się. Oczywiście masz kolegów, którzy są merytoryczni, możesz ich przyjąć. Ale nie będziesz miał tego ogona za sobą” – wyznał Pawłowi Figurskiemu. Efektem tej rozmowy jest ogłoszone na 24 maja referendum.

Miszalskiemu nie pomogło także zaangażowanie „centrali” w sprawę krawca z Bronowic. Za akcją zmasowanego ataku na zakład rzemieślniczy Macieja Szczygła stał działacz warszawskiej Koalicji Obywatelskiej Mikołaj Wasiewicz. Radny warszawskiego Wawra wystawił zakładowi serię negatywnych opinii, mimo że nigdy nie skorzystał z jego usług. Skala hejtu i oburzenia opinii publicznej była na tyle duża, że interweniować musiał sam Aleksander Miszalski, aby ratować wizerunek i uspokoić nastroje.

Reklama
Reklama

Opozycyjne przebudzenie

Błędy i potknięcia natychmiast były wykorzystywane przez inicjatorów referendum. Nie bez znaczenia pozostaje fakt samej zbiórki podpisów w rekordowym tempie i to mimo niesprzyjających warunków meteorologicznych. Zima zaskoczyła nie tylko drogowców, ale i komentatorów, gdyż wniosek o odwołanie Miszalskiego poparło ponad 130 tys. obywateli.  

Być może po raz pierwszy – a przynajmniej po raz pierwszy od dawna – gród Kraka podniósł się z politycznego marazmu i zorganizował się w jakiejkolwiek masowej formie.

Kampanię referendalną widać było w mieście – wykupywano nośniki reklamowe, organizowano akcje uliczne, w wielu dzielnicach widać było także aktywistów zbierających podpisy. Zbudowało to wrażenie oddolnego ruchu miejskiego, mimo zaangażowania w całą akcję części polityków PiS, fragmentu Konfederacji czy wieloletniego rywala Aleksandra Miszalskiego – Łukasza Gibałę.

Wsparcie dla referendum płynęło również ze strony części lokalnych, alternatywnych mediów oraz aktywistów krytycznych wobec magistratu. W debacie regularnie pojawiały się materiały nieprzychylne władzom miasta, punktujące reformy Miszalskiego: podwyżka cen biletów, rozszerzenie strefy płatnego parkowania czy wprowadzenie Strefy Czystego Transportu.

Reklama
Reklama

Krytycy prezydenta miasta podnosili argument błyskawicznego zadłużenia – dług Krakowa wzrósł o ok. 2 mld zł, co w zestawieniu z 22-letnią władzą Majchrowskiego (urząd zostawił z zadłużeniem rzędu 6 mld zł) było interpretowane jako rażący błąd i brak dyscypliny budżetowej.

„Epidemia kolesiostwa” wokół Miszalskiego

W jednym z ostatnich wydań „Przekazu Dnia” ZERO aktywista Wojciech Mucha (były naczelny „Dziennika Polskiego” i „Gazety Krakowskiej” w czasach przejętej przez PiS grupy Polska Press) wskazywał na „epidemię kolesiostwa, czyli nepotyzmu doprowadzonego przez ekipę Miszalskiego do granic absurdu”.

– Ludzie przegrywali konkursy (do miejskich spółek – red.), a mimo to zostawali dyrektorami. Inni – mimo braku formalnego wykształcenia, w tym matury – zostawali i są doradcami miejskich spółek, stwierdzonych przypadków jest kilkadziesiąt. Łączy ich znajomość z Miszalskim, mają z nim np. zdjęcia – przekonywał gość Jacka Prusinowskiego.

Reklama
Reklama

Co po referendum?

Niezależnie od niedzielnego rezultatu, kampania referendalna pozostawi po sobie trwałe skutki. Wbrew pierwotnym przewidywaniom – także i moim – temat odwołania prezydenta drugiego co do wielkości miasta nie stał się nośny na arenie krajowej. Największe media, a także partie nie potrafiły/nie chciały uwzględnić tego wątku w swojej agendzie, choć stawiam dolary przeciw orzechom, że gdyby dotyczyło to np. burmistrza Nowego Jorku czy Monachium to przynajmniej raz w tygodniu serwowany byłby odpowiedni materiał.

Drugą kwestią pozostanie frekwencja – aby wyniki głosowania były wiążące, do urn musi pójść co najmniej 158 555 mieszkańców w przypadku karty dotyczącej odwołania prezydenta miasta oraz 179 792 mieszkańców w przypadku odwołania rady miejskiej.  Jeśli zostanie ona osiągnięta, będzie sygnałem dla rządu, że kolejne bastiony takie jak Łódź, Poznań czy Wrocław (gdzie do tej pory taka akcja spaliła na panewce) mogą być na liście „do odbicia” przez politycznych rywali.

Osobną sprawą pozostaje sensowność samej instytucji referendum, na której ustrojowo-prawne błędy zwracał prof. Jarosław Flis, nawiązując do „paradoksu bytomskiego”. To sytuacja, w której pójście do urn i głosowanie za utrzymaniem władzy paradoksalnie pomaga ją odwołać przez dobicie do progu frekwencyjnego. Dochodzi do tego kwestia tajności głosowania – sam fakt wejścia do lokalu może dekonspirować preferencje polityczne wyborcy.

Reklama
Reklama

Nie bez znaczenia pozostaje także koszt organizacji całego przedsięwzięcia na półmetku kadencji krakowskiego samorządu. Do zadłużonego po uszy miasta – jak przekonują inicjatorzy plebiscytu – dopisać trzeba będzie 4 mln zł wydatków na rzecz zadania dwóch pytań mieszkańcom.

Kampania referendalna ujawniła także polityczne ambicje – już na tym etapie możemy przewidywać, że w wyborach prezydenckich (tych przyspieszonych lub tych za dwa lata) swoich sił po raz kolejny spróbuje Łukasz Gibała. W gronie potencjalnych rywali wymienia się także lewicową Darię Gosek-Popiołek, senator Koalicji Obywatelskiej Monikę Piątkowską czy chociażby inicjatora referendum Jana Hoffmana. Rzutem na taśmę do stawki dołączył były prezes NIK Marian Banaś (w filmiku zapewnił Krakowian, że jest gotowy), korytarzową plotką jest także obecny minister finansów Andrzej Domański (krakowski „sobieszczak”, który w rozmowie z Zero.pl doniesienia nazwał „kompletną bzdurą”).

Niezależnie od wszystkich tych czynników na końcu politycznego sporu pozostanie zakorkowany Kraków bez jasnej i spójnej wizji na przyszłość z pokaźnym długiem oraz problemami trawiącymi miasto z utraconym statusem dawnej stolicy kraju. Mydlenie rzeczywistości propagandowymi filmikami magistratu z jednej strony, a krytyka niemal każdej decyzji podejmowanej przez lokalne władze przez jej rywali pogrąży tylko gród Kraka w nieznośnej i dusznej stagnacji.  

 

Źródło: Zero.pl