Prawie wszyscy sądzą, że Donald Trump jest jak gwałtowne zjawisko atmosferyczne. I że wystarczy ten huragan przeczekać. Wariat odejdzie, a wtedy przyjdzie jakiś normalny prezydent i stosunki transatlantyckie wrócą do normy. Nic bardziej mylnego.
Trzecia kadencja?
Po pierwsze, Trump może spróbować złamać amerykańską konstytucję i zorganizować sobie trzecią kadencję. Marsz na Kapitol, w porównaniu z tym, co się rozpęta, będzie niedzielnym spacerkiem.
Po drugie, amerykańskie marzenie o zapanowaniu nad światem w ramach hasła „America First” może podjąć – i zapewne podejmie – kolejny lokator Białego Domu. Bo prawo międzynarodowe raz podeptane nie odrośnie. Kiedy Trump ogłosił, że może zbombardować każdy kraj i wygrać wojnę z każdym, nie podniosły się głosy oburzenia. Skwitowano to konstatacją, bo „taki już on jest”.
Nie, niestety, nie da się tego zbyć wzruszeniem ramion. On ogłosił wojnę z całym światem, a zwłaszcza z tymi krajami, które przeciwstawią się Ameryce i jej imperialnym dążeniom. Jest to dość bliźniacze marzenie do tego, które kieruje ludobójczą kampanią Izraela. Ten kraj chce być absolutnym hegemonem na Bliskim Wschodzie. W tym celu Izrael eksterminował ponad 70 tys. mieszkańców Strefy Gazy, a ostatnio ponad 2 tys. osób w Libanie.
Nie udało się wprawdzie doprowadzić Iranu do poziomu z epoki kamienia łupanego, ale USA wysunęły taką groźbę.
Gdy Izrael radził sobie gorzej w wywoływanych przez siebie wojnach, uciekał się – podobnie jak USA wobec Iranu – do szantażu nuklearnego. Padła groźba zniszczenia całej irańskiej cywilizacji, co wiele osób uznało za zapowiedź użycia broni atomowej.
Podłożem podboju jest mesjanizm religijny. Tak w Izraelu, jak i w Stanach. Uzasadnienia napaści na Iran były tak liczne i różnorodne, że wreszcie okazało się, iż chodzi o panowanie, podbój i ropę. Żadna amerykańska wojna nie przyniosła postępu, poprawy losu ludności czy demokratyzacji. Państwa napadnięte przez Amerykę są dziś skarlałymi państwami upadłymi.
Europa na celowniku
Trump ogłosił szczerze, że zmiecie każdą przeszkodę, która utrudnia Ameryce panowanie nad światem. Jedną z tych przeszkód jest zjednoczona Europa. Stąd działania wrogie wobec Unii Europejskiej. Wspieranie skrajnej prawicy, której Unia jest nie w smak. Bo narodowcy, skrajna prawica, wolą wojnę niż współpracę między narodami. Amerykanie otwarcie wspierają bunt na unijnym pokładzie.
Wojna w Iranie. Między zawieszeniem broni a eskalacją
Trump podjął też inną próbę podporządkowania sobie Europy. Na odmowę ośmiu europejskich państw zgody na odebranie Danii Grenlandii zareagował zapowiedzią wprowadzenia wysokich, sięgających 25 proc., ceł. Grenlandia miałaby być zapłatą za ochronę Europy w ramach NATO. Chciwy, kupiecki rozum Trumpa burzy się na myśl o tym, że przez dziesięciolecia USA chroniły Europę, nie pobierając za to żadnej opłaty.
Furia u hegemona
Prezydent USA miał takie wyobrażenie, że NATO jest drużyną, zespołem giermków u boku króla, czyli jego. Odmowa dołączenia członków NATO do wywołanej przez USA awantury w Zatoce Perskiej spowodowała furię u hegemona, który zapowiedział opuszczenie NATO.
Oczywiście, nie będąc już ograniczonym zobowiązaniami wynikającymi z Sojuszu Północnoatlantyckiego, tym śmielej ruszy na podbój Grenlandii, czym powetuje sobie częściowo porażkę wizerunkową w wojnie z Iranem. Od opuszczenia NATO do napaści na terytorium jednego z sojuszników będzie już tylko krok. Zbiorowego Zachodu już nie ma.
Czy nasz wieloletni sojusznik stanie się wrogiem? Grenlandia to byłby tylko początek. Wprawdzie Ukraina to nie jest państwo NATO, ale Rosja ją napadła, bo chciała do Sojuszu dołączyć. Nie zdążyli – Ameryka odwróciła się od nich plecami i podjęła współpracę z Rosją.
Kompromisowym rozwiązaniem miało być sprzedawanie broni Unii, która przekazywała tę broń Ukrainie. Ale i ten kompromis Trump wypowiedział, zwłaszcza że w wojnie z Iranem zużył dużą część swojego arsenału. Polska, która zdążyła już nawet zapłacić za amerykańskie uzbrojenie, będzie długo czekać, bo pierwsze w kolejce są państwa Zatoki Perskiej, no i Izrael, który musi prowadzić kolejne wojny, żeby Netanjahu nie trafił za kratki.
Jeżeli Europa nie ma się stać protektoratem USA po tym, jak Kanada zostanie kolejnym stanem, musimy się zbroić jak najprędzej. Unia ma dość środków, żeby zbudować armię co najmniej tak odporną na ataki jak Iran. Trump nie patrzy już na Europę jak na sojusznika, ale raczej jak drapieżnik na ofiarę.
Moskwa czy Bruksela
Oczywiście symboliczna obecność wojsk europejskich na ćwiczeniach w Grenlandii nie oznacza, że państwa unijne zechcą „umierać za Grenlandię”, mimo że ludność wyspy woli sto razy dotychczasowego protektora niż amerykańską inwazję.
Jednak w świetle rozpadu NATO Grenlandia, jak kiedyś Czechosłowacja, to będzie zaledwie perliste preludium podboju świata. Upokorzone przez Iran imperium wkrótce uderzy. Oczywiście w coś małego, np. Kubę. Zapał rewolucyjny na Kubie po dekadach blokady i nędzy już minął, a wyolbrzymianie przez amerykańską propagandę potencjalnego kubańskiego oporu ma podleczyć nadwątlone ego wodza z USA.
Warto zauważyć, że Trump zagroził wybuchem wojny, jeśli Dania nie poda mu Grenlandii na tacy.
I choć myśl o możliwości wojny między Europą a Ameryką wydaje się fantazją, to warto zauważyć, że dzisiejszej Ameryce bliżej do Moskwy niż do Brukseli.
Cieśnina Ormuz jako narzędzie presji. Strategia USA wobec Iranu
Inwazji rosyjskiej nie ma co się bać. Mimo opuszczenia przez Stany Zjednoczone Ukraina sobie z Rosją radzi. Ale trzeba się zbroić, żeby zniechęcić USA do rumakowania. Europa nie jest rajem, ale wciąż to miejsce do życia lepsze niż USA, nie mówiąc o innych miejscach świata. Warto się jednoczyć, żeby zachować drobiazgów parę: demokrację, socjal i wolność słowa.
Dlaczego Ameryka wyruszyła na podbój świata? Bo może? Ano zobaczymy.

