Minister finansów i gospodarki, Andrzej Domański, wywodzi się z rynku kapitałowego. Zanim wszedł do świata wielkiej polityki, pracował w towarzystwach funduszy inwestycyjnych. Nic dziwnego, że trzymanie pieniędzy po prostu na lokacie czy ewentualnie w obligacjach budzi u niego pobłażliwy uśmiech. Najlepiej – mówi Andrzej Domański – inwestować oszczędności na giełdzie.
Polacy lubią skarpetę, minister stara się im ją obrzydzić
Szkopuł w tym, że większość Polaków preferuje bezpieczne, by nie powiedzieć „najbezpieczniejsze”, produkty oszczędnościowe. Lubimy to swoje konto w banku, lubimy od czasu do czasu kupić obligacje (niektórzy lubią też swoją skarpetę albo pojemnik na pościel – mają do tego prawo).
Wyraźny sygnał ws. paliwa. Polacy nie chcą ulg dla obcokrajowców
Świadczą o tym twarde dane: według lutowego zestawienia NBP, w lutym 2026 r. wartość depozytów i innych zobowiązań w sektorze gospodarstw domowych wzrosła o 22,5 mld zł, przekraczając 1,47 bln zł. To ponad 110 mld zł więcej niż rok temu o tej porze. Na tę niemal półtorabilionową sumę składają się depozyty terminowe (lokaty) i bieżące (głównie nieoprocentowane ROR-y albo nisko oprocentowane konta oszczędnościowe).
Także z opublikowanego pod koniec marca raportu BM PKO BP wynika, że dominującą część majątku Polaków stanowią instrumenty o niskim ryzyku. Biuro maklerskie największego polskiego banku wyliczyło, że depozyty, gotówka i obligacje razem stanowią około 71 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych w naszym kraju, w porównaniu do 45 proc. w czterech największych krajach UE (Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania) oraz 62 proc. w Europie Środkowo-Wschodniej (Węgry, Czechy i Słowacja).
Dla odmiany – fundusze inwestycyjne stanowią około 8 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych (w porównaniu do 19 proc. w czterech największych gospodarstwach UE), a akcje notowane stanowią około 4 proc. (w porównaniu do 7 proc. w „wielkiej czwórce” UE).
OKI oczkiem w głowie Andrzeja Domańskiego
„Tacy jesteście?!” – myśli zapewne minister Domański, analizując te dane. I zapewne nie może się też doczekać, aż jego oczko w głowie, czyli projekt OKI – Osobistych Kont Inwestycyjnych – przejdzie przez Stały Komitet Rady Ministrów i wejdzie w życie (według zapowiedzi, ma to się stać w 2027 r.). OKI ma zachęcić Polaków do oszczędzania bardziej aktywnego. Kusi zwolnieniem z podatku Belki do kwoty 100 tys. zł – ale w większym stopniu będzie to dotyczyło inwestycji w akcje spółek niż pieniędzy trzymanych w bankach.
Troska o rodzimy rynek akcji znów wysuwa się na plan pierwszy – zwolnienie z daniny Belki będzie dotyczyć aktywów denominowanych w złotych (czyli np. akcji notowanych na GPW, ale nie spółek zarejestrowanych poza Polską – odpada więc np. Żabka czy Pepco).
Kwestie tę doprecyzowano w nowym projekcie ustawy o OKI z marca br., który zakłada też coroczną podwyżkę limitów zwalniających z podatku od wartości aktywów. Te limity i tak jednak kształtują się na niekorzyść bezpieczniejszych form oszczędzania: dla lokat i obligacji limit wynosi 25 tys. zł. „Pozostałe” 75 tys. zł trzeba zainwestować np. w akcje czy ETF-y (w obu przypadkach mowa o limitach „na start”, w pierwszym roku funkcjonowania OKI).
Obligacje na cenzurowanym. MF ładnie mówi o „dostosowaniu”
Wcześniej MF celował w uruchomienie OKI od 1 lipca 2026 r. Termin ten, jak już wspomniano, został przesunięty na 1 stycznia 2027 r. Zanim więc Polacy dostaną marchewkę w postaci OKI i ruszą lokować pieniądze na giełdzie, trzeba dołożyć im kijem. Za dużo tych pieniędzy w obligacjach!
I tak Ministerstwo Finansów obniżyło oprocentowanie obligacji oszczędnościowych oferowanych w kwietniu. To pierwsza redukcja od grudnia. Co widzimy w ofercie Trzymiesięczne obligacje skarbowe (OTS) w kwietniu są oprocentowane stawką 2 proc. w stosunku rocznym. W marcu było to 2,5 proc.
Idźmy dalej. Roczne oszczędnościowe obligacje skarbowe oparte o stopę referencyjną NBP w kwietniu – w pierwszym miesiącu 4,0 proc. w stosunku rocznym, później stopa referencyjna NBP (obecnie wynosi ona 3,75 proc.). W marcu w pierwszym miesiącu oferowano 4,25 proc. Trzyletnie oszczędnościowe stałoprocentowe obligacje skarbowe: w kwietniu 4,40 proc. w skali roku. W marcu było 4,65 proc. Resztę każdy sprawdzi sobie sam.
W języku finansowym taki zabieg nazywa się ładnie i fachowo „dostosowaniem” (tego sformułowania użył też wiceszef MF Jurand Drop, ogłaszając nowe stawki) – w końcu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe w marcu, więc MF też ścięło oprocentowanie.
Minister nie pomoże, banki też nie
To nic, że wzrosło ryzyko, że do końca roku kolejnych obniżek stóp już nie będzie z powodu zawirowań w gospodarce spowodowanych wojną na Bliskim Wschodzie (o tym, że marcowa obniżka stóp była ostatnią w 2026 r., mówią wprost członkowie RPP Ludwik Kotecki i Przemysław Litwiniuk). To nic, że prognozy dla inflacji – przez tę samą wojnę – są obecnie rewidowane w górę (lekko, to prawda, ale jednak). Polak nie uchroni swojego kapitału, inwestując w obligacje. Oczywiście, można powiedzieć, że jak inflacja mocno wzrośnie, to RPP podwyższy stopy, a MF wtedy znów dostosuje oprocentowanie obligacji. Ale czy teraz było ono aż tak oszałamiające, że trzeba było je ścinać?
Nadciągają zmiany dla ryczałtowców. Resort finansów dokręci śrubę
Z pomocą Polakom nie pospieszą też banki – średnie oprocentowanie nowo przyjętych depozytów od gospodarstw domowych w lutym wyniosło 3,21 proc. wobec 3,29 proc. w styczniu. W marcu pewnie będzie jeszcze niższe. Banki też będą mówić o dostosowaniu (i udawać, że wcale nie odbijają sobie podwyżki podatku CIT dla sektora, która weszła w życie z początkiem tego roku).
I tak brak żyłki rasowego inwestora mści się na Polakach. Miłośnikom obligacji i lokat może co najwyżej pęknąć żyłka.

