Reklama
Kraj

To już nie są tylko kuksańce. PiS i Morawiecki coraz mocniej przesuwają granicę

Jeszcze nie słychać huku wystrzałów, ale coraz wyraźniej słychać dźwięk ostrzonego noża. Polityczny rozwód PiS z Mateuszem Morawieckim wchodzi w kolejną fazę: był premier coraz mocniej broni swojego dorobku, a jego dawni partyjni koledzy coraz otwarciej próbują go zaatakować.

Bartosz Michalski
Opinia autorstwa: Bartosz Michalski
Dzisiaj 13:55
7 min
W najbliższym czasie będzie oglądać coraz ostrzejszy festiwal oskarżeń po politycznym rozwodzie Matuesza Morawieckiego z Jarosławem Kaczyńskim (fot. Shutterstock/PAP/AI)
TYLKO NA

W politycznym rozwodzie Prawa i Sprawiedliwości z Mateuszem Morawieckim przez jakiś czas obowiązywała zasada, że wszystko można powiedzieć, byle nie za dużo. Dziś coraz mniej osób się nią przejmuje. Najpierw były kuksańce, potem coraz ostrzejsze wpisy na X, a teraz obie strony sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć w atakowaniu byłych sojuszników, zanim polityczny spór zamieni się w otwartą wojnę. List Mateusza Morawieckiego do członków Rozwoju Plus jest kolejnym krokiem w tej eskalacji.

Na razie nikt nie wypowiada wojny wprost. Wszyscy jeszcze mówią o jedności prawicy, patriotycznym obozie i potrzebie odsunięcia Donalda Tuska od władzy. Tyle że między kolejnymi deklaracjami coraz wyraźniej słychać zgrzyt ostrzonego noża.

Najnowszym elementem tej układanki jest list Mateusza Morawieckiego do członków Rozwoju Plus. Były premier pisze w nim, że nie pozwoli, aby dorobek ośmiu lat rządów Zjednoczonej Prawicy był „pomniejszany, przepisywany albo przedstawiany jako ciężar”. Zapowiada, że będzie mówił o nim z dumą i bronił decyzji podejmowanych przez jego rząd. Trudno nie odczytywać tego także jako odpowiedzi na to, co w ostatnich miesiącach płynie z PiS. Morawiecki nie zamierza oddawać byłej partii wyłącznego prawa do oceniania ośmiu lat wspólnych rządów. 

Od „gwiazdy europejskiej polityki” do problemu dla PiS

W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę przy Jarosławie Kaczyńskim. Nie dlatego, żeby rozstrzygać, kto dziś ma rację. Raczej po to, żeby zobaczyć, jak szybko polityka potrafi przepisać własną historię.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Kaczyński o Morawieckim. „Jest w jakimś dziwnym stanie”

W 2017 r. prezes PiS mówił o Morawieckim, że jest „najzdolniejszym człowiekiem, jaki pojawił się w polskiej polityce po 1989 r.”. Rok później przekonywał, że wybór Morawieckiego na premiera był „strzałem w dziesiątkę”, a sam polityk jest „bardzo dobrym człowiekiem”. W 2019 r. Kaczyński mówił jeszcze mocniej: „w polskiej polityce w ciągu tych 30. ostatnich lat (...) nikogo zdolniejszego niż on nie było”.

Była więc gwiazda. Był człowiek wręcz złoty (a skromny!) człowiek. Był polityk świetnie nadający się do prowadzenia polskiej polityki w Unii Europejskiej. Był wreszcie premier, którego polityczne kompetencje sam prezes PiS stawiał bardzo wysoko.

Dzisiaj ten sam Morawiecki słyszy z ust Kaczyńskiego, że jego przeciwnikiem nie jest Donald Tusk, lecz on sam i Prawo i Sprawiedliwość. Słyszy pytania o odpowiedzialność za decyzje własnego rządu. Słyszy, że jest człowiekiem realizującym „swój własny plan polityczny”, a rozłam w PiS ma służyć tym, którzy szkodzą Polsce.

A w lipcu Kaczyński przypominał jeszcze o jego „bardziej skomplikowanym życiorysie”, dodając, że Morawiecki „był nawet doradcą Tuska”. A także, że „pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. Odnosiłem je również w trakcie naszych rozmów. Daj Boże, żebym się mylił”.

Reklama
Reklama

Politycznie bardzo szybko można przejść od jednostki, a jakże – wybitnej, do szkodnika grającego na interes wrogów Polski. Szybko, prawda?

Polityczny „doradca Tuska” ma długą historię

W polityce nie ma chyba bardziej praktycznej waluty niż pamięć. Problem w tym, że jest ona wyjątkowo podatna na inflację.

Dawny doradca Tuska został premierem rządu PiS. Premier PiS stał się jedną z najważniejszych twarzy całego obozu Zjednoczonej Prawicy. „Najzdolniejszy” polityk po 1989 r. stał się człowiekiem, który według dzisiejszej narracji ma być odpowiedzialny za decyzje, od których PiS musi się uwolnić.

Można oczywiście zmieniać ocenę polityka. Można po latach uznać, że ktoś popełniał błędy. Można nawet uznać, że wcześniejsze zachwyty były przesadzone. Trudniej jednak nie zauważyć, że w partyjnej polityce granica między „geniuszem” a „problemem” potrafi przebiegać dokładnie tam, gdzie kończy się lojalność.

I właśnie tę granicę obserwujemy dzisiaj.

„Nie znasz żadnych granic”

Najlepiej było to widać pod koniec sierpnia, kiedy Jarosław Kaczyński zarzucił Mateuszowi Morawieckiemu zmianę stanowiska w sprawie kryptowalut. Były premier odpowiedział zdjęciem prezesa PiS ściskającego dłoń Michała Moskala, który wcześniej spotkał się na Ibizie z Przemysławem Kralem, szefem upadłej giełdy Zondacrypto.

Reklama
Reklama

Podpis Morawieckiego był krótki: „To chyba nie jest dziś Pana największy problem z kryptowalutami, Panie Prezesie”.

I właśnie wtedy pojawił się chyba pierwszy tak frontalny atak na Morawieckiego ze strony całego obozu PiS od czasu rozpadu partii. Do tej pory uderzenia były raczej punktowe. Tym razem do głosu zgodnie dołączyli kolejni politycy PiS – od Przemysława Czarnka, przez Tobiasza Bocheńskiego po Patryka Jakiego.

Przemysław Czarnek apelował o „jedność PiS” i „pokój na prawicy”, ale jednocześnie ostrzegał byłego premiera: „Ty nie znasz żadnych granic”. Rafał Bochenek przekazał, że Kaczyński „ubolewa” nad zachowaniem Morawieckiego, dodając, że PiS mogłoby pokazać „wiele różnych zdjęć” z jego udziałem. Tobiasz Bocheński pisał o „zdradzie” i drodze „ku uciesze Tuska”. Patryk Jaki zarzucił Morawieckiemu „lizusostwo wobec Tuska”.

Po drugiej stronie Piotr Müller przekonywał, że atak na Morawieckiego zamiast na Tuska to „fatalna droga”.

Po tej wymianie zdań wiadomo już, że na kilku uszczypliwościach się nie skończy. Pozostaje pytanie, kto pierwszy zdecyduje się zrobić kolejny krok.

Reklama
Reklama

Jeszcze nie wojna. Ale już ostrzenie broni

W tym wszystkim najbardziej interesujące jest to, że obie strony nadal próbują utrzymać pozory, że chodzi wyłącznie o spór programowy albo sposób prowadzenia polityki.

To wygodne. Pozwala mówić o jedności prawicy, jednocześnie coraz mocniej podkopując pozycję konkurenta.

Morawiecki pisze więc do swoich ludzi, że idą dalej „z dumnie podniesioną głową”. Kaczyński mówi o „rozłamowym stowarzyszeniu”. Jedni przekonują, że PiS odcina się od własnego dorobku. Drudzy odpowiadają, że Morawiecki odciął się od własnej partii. Jedni mówią o przyszłości, drudzy o zdradzie.

I wszyscy zapewniają, że najważniejszy jest Tusk. A dokładniej jego odsunięcie od władzy i rozliczenie.

To już mecz, w którym zawodnicy obu drużyn bardziej interesują się tym, jak wyeliminować przeciwnika z gry, niż tym, co dzieje się na tablicy wyników. Problem w tym, że tutaj każdy faul zostaje w protokole.

Takich konfliktów nie da się długo prowadzić na pół gwizdka. Każdy kolejny atak podnosi koszt wycofania się. Każde mocniejsze słowo zostaje. Każde zdjęcie można ponownie opublikować. Każdy cytat można kiedyś odwrócić przeciwko jego autorowi.

A polityczna pamięć, choć wybiórcza, ma jedną szczególną właściwość: internet jej nie zapomina.

Reklama
Reklama

Dlatego dzisiejsze pytanie nie brzmi już, czy PiS i Rozwój Plus będą ze sobą walczyć. To w zasadzie już się dzieje.

Pytanie brzmi: kto pierwszy uzna, że granica została przesunięta wystarczająco daleko, by nie było już czego udawać.