- Połowa mandatów z fotoradarów od lat się przedawnia, bo państwo nie potrafi uszczelnić przepisów i skutecznie egzekwować kar.
- Braki kadrowe są tak duże, że inspektorów zdjęto z kontroli na drogach i skierowano do ręcznej obsługi zaległych mandatów.
- Skuteczne rozwiązania działają już w innych krajach, ale Polska od kilkunastu lat nie potrafi wprowadzić zmian, które uczyniłyby system naprawdę automatycznym i nieuchronnym.
Portal Zero.pl ujawnił, że wiceszef Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego (GITD), były policjant Marek Konkolewski, odwołał z dróg inspektorów, którzy kontrolowali kierowców mobilnymi fotoradarami. Powód? W systemie automatycznego nadzoru jest tyle mandatów do ręcznej obróbki, że potrzebni są wszyscy ludzie, aby te mandaty się nie przedawniły.
Niewydolny system
To może szokować, ale taka sytuacja w Centrum Nadzoru nad Ruchem Drogowym nie jest niczym nowym. Choć w Polsce mamy dziesięciokrotnie mniej fotoradarów niż Włosi czy Francuzi, to od lat połowa wykroczeń przez nie zarejestrowanych się przedawnia. W dodatku kierowcy coraz powszechniej wiedzą, że wystarczy wskazać jako kierującego obcokrajowca ze Wschodu albo w ogóle nie odpowiadać na korespondencję, by mandatu nigdy nie musieć zapłacić.
Wiemy to wszystko od lat. I mamy nawet dokładny opis tej zapaści w raportach Najwyższej Izby Kontroli. Pierwszy raport już w 2014 r. wskazywał, że system jest niewydolny i co trzeci mandat z fotoradaru trafia do kosza. Powodem bywało nieczytelne zdjęcie albo to, że właściciel auta nie chciał wskazać, kto siedział za kierownicą. Mandatów nie ściągano też od obcokrajowców – i ten problem utrzymał się do dziś.
Czytaj też: Stanowski, skarbówka i mandat za pizzę z krewetkami. Problemem nie jest urzędniczka
Kolejny raport Najwyższej Izby Kontroli z 2019 r. odsłonił niespotykaną nieudolność państwowej służby. Inspektorzy sprawdzili, że w latach 2015–2017 na drogach objętych odcinkowym pomiarem prędkości zarejestrowano i zweryfikowano 204 tys. wykroczeń kierowców, a GITD dopuścił do przedawnienia aż 115 tys. z tych spraw. Głównie dlatego, że brakowało kontrolerów do ręcznej obróbki mandatów i prowadzenia tych spraw.
Zamiast zatrudnić więcej ludzi, GITD ingerował w urządzenia, podnosząc progi, od których łapały piratów drogowych. Programowano je tak, by łapały jak najmniej kierowców – czyli np. żeby wyłapywały tylko przekroczenia prędkości od poziomu o 30 km/h wyższego niż dopuszczalny lub więcej.
W przypadku całego automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym w Polsce – czyli włączając także fotoradary czy rejestratory przejazdów na czerwonym świetle – w okresie kontrolowanym przez NIK przedawniło się w sumie 1,6 mln wykroczeń kierowców. Nie zebrano więc ok. 371 mln zł z kar.
A to nie wszystko. Przez podwyższanie progów wyłapywania przekroczeń prędkości zupełnie bezkarnie prawo na drodze łamało ośmiokrotnie więcej kierowców niż ci złapani. NIK oszacował, że to oznacza aż blisko 3 mld zł z mandatów, które nigdy nawet nie zostały wystawione kierowcom.
Za ułamek tej kwoty GITD mógł zatrudniać więcej pracowników i nie doprowadzać do przedawnienia kar. Inspektorzy obliczyli, że zwiększenie zatrudnienia w CANARD tylko do poziomu zakładanego w samym projekcie nadzoru kosztowałoby GITD 5,5 mln zł rocznie.
Jednak nie chodzi tu o pieniądze. Brak kar dla kierowców i przedawnianie połowy mandatów oznaczały, że latami wśród kierowców rosło poczucie bezkarności i zdaniem NIK „negatywnie wpływało to na oczekiwaną redukcję liczby wypadków i ich skutków”.
Czytaj również: Tarnów: ok. 300 osób straci prawo jazdy za cudze oszustwo. Starostwo cofa uprawnienia wydane siedem lat temu
Grzech pierworodny wciąż bez pokuty
Zapaść systemu automatycznej kontroli nad kierowcami ma swoje źródło już w procesie jego tworzenia – czyli na początku lat 2000. Polska mogła wówczas dostać pieniądze unijne na stworzenie takiego systemu i miały one trafić do Policji. Ta ma wszelkie uregulowania prawne pozwalające ścigać sprawców wykroczeń.
Jednak wówczas w Komendzie Głównej Policji nikt nie kwapił się do zrobienia takiego projektu. Kraj mógł zaprzepaścić szansę na te pieniądze i przyszłościowy system. Udało się to uratować tylko dzięki młodym policjantom, którzy to rozumieli i opuścili wówczas szeregi policyjne. Udało się zaplanować automatyczny system, ale przy nowej służbie – Inspektoracie Transportu Drogowego. Maszty fotoradarów zaczęły stawać, ale od razu pojawiły się problemy prawne z egzekucją kar. ITD to nie Policja.
Rząd PO-PSL miał projekt, ale nigdy go nie przyjął
Już w 2013 r., czyli dwa lata po uruchomieniu Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, ówczesny rząd PO-PSL wiedział, że system nie działa, bo kierowcy unikają kar.
Ministerstwo Transportu przygotowało wówczas założenia nowelizacji. Zakładano, że w trybie administracyjnym CANARD będzie wysyłał tylko dwie przesyłki: zawiadomienie o fakcie naruszenia przepisów i decyzję administracyjną o ukaraniu. Po pierwszej przesyłce właściciel pojazdu miał mieć 21 dni na wskazanie sprawcy lub przyznanie się do winy i opłacenie kary (dostawałby wówczas punkty karne, ale też 20-procentowy rabat od wysokości kary). Druga przesyłka nadchodzić miała po 21 dniach, gdy właściciel pojazdu nie podjął żadnych czynności. Wówczas musiałby już bezwzględnie zapłacić wyższą karę (choć bez punktów karnych). Rząd PO-PSL nie miał jednak na tyle sił, by taki projekt przeprowadzić.
Kolejne rządy omijały ten temat. Dokładnie wiedziały, że problem istnieje, ale politycy uznawali, że nieuchronna kara z fotoradarów dla łamiących prawo na drodze spowoduje odpływ wyborców i przegraną w wyborach. Choć dziś społeczeństwo samo domaga się eliminacji tych, którzy są groźni na drogach, politycy wciąż nie zrozumieli, że takim posunięciem wyborców się nie pozbędą, ale poparcie mogą zyskać.
Gajadhur pisał projekt, ale nigdy go nie pokazał
Rząd Zjednoczonej Prawicy tak samo dopuszczał latami do przedawniania się połowy mandatów z automatycznej kontroli nad kierowcami. Ostatecznie ówczesny szef ITD Alvin Gajadhur publicznie powiedział, że zmiany prawa są w tej kwestii potrzebne i podczas konferencji w Krakowie w lutym 2021 r. zapowiedział, że ma już nawet gotowy projekt nowelizacji ustawy fotoradarowej.
Obecni na tej konferencji politycy Zjednoczonej Prawicy, ale też m.in. przedstawiciele Lewicy, zadeklarowali poparcie takiej zmiany. Projekt ten pozostał jednak tylko w deklaracjach Gajadhura. Ministerstwo Infrastruktury, którym rządził wówczas Andrzej Adamczyk (PiS), nigdy takiego projektu nie napisało.
Nowy projekt pisze Konkolewski
Rząd Koalicji Obywatelskiej – tak samo jak poprzednie rządy – zadeklarował, że automatyczny system nadzoru nad kierowcami stanie się prawdziwie automatyczny. Czyli że tak zmieni prawo, iż od mandatów nie będzie można się wymigać.
Obecny minister infrastruktury Dariusz Klimczak zlecił przygotowanie nowelizacji nie swoim urzędnikom, ale byłemu policjantowi, który obecnie jest wiceszefem GITD – Markowi Konkolewskiemu. Projekt nowelizacji wpisano nawet do wykazu prac rządu. Nowelizacja „UD263”, nadzorowana osobiście przez wiceministra infrastruktury Stanisława Bukowca, miała zostać przyjęta przez rząd w III kwartale tego roku. Jednak do dziś Konkolewski nawet nie pokazał założeń takiego projektu. Nic o nim nie wiadomo.
Czesi potrafili, Chorwaci potrafili
Gdy w Polsce trzeci rząd od 13 lat próbuje napisać drobną zmianę prawa, to inne kraje od lat mają skuteczne systemy (jak Niemcy), a niektóre też musiały nowelizować prawo i zrobiły to sprawnie. Dobrym przykładem jest Chorwacja, która też dopiero w ostatnich latach rozbudowywała system fotoradarów. Południowcy w rok stawiają 1300 masztów, gdy w Polsce od 2013 r. udało się zbudować niecałe 500.
Chorwaci wymyślili sposób, dzięki któremu kierowca nie może wymigać się od kary. Ich prawo nie pozwala dokonać żadnych czynności administracyjnych z pojazdem, którym ktoś został złapany przez fotoradar i kara nie została uregulowana. Nie można więc np. otrzymać przeglądu technicznego czy przerejestrować auta. Proste i skuteczne.
Czesi też potrafili uszczelnić swój system. Kiedy policja spotyka na drodze auto i widzi w systemie, że istnieją niezapłacone mandaty za wykroczenia nim popełnione, wystawia mandat na całą kwotę zadłużenia albo zatrzymuje dowód rejestracyjny czy tablice rejestracyjne. To tak skuteczne, że polska ambasada oficjalnie ostrzega Polaków podróżujących do Czech leasingowanymi samochodami.
Ślepe fotoradary to więcej zabitych na drodze
W polskim prawie pojawiały się do tej pory tylko drobne nowelizacje, które miały pomóc w ściągalności mandatów z fotoradarów i odcinkowych pomiarów prędkości. Powstał m.in. art. 78 Prawa o ruchu drogowym, który zakłada, że:
Właściciel lub posiadacz pojazdu jest obowiązany wskazać na żądanie uprawnionego organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, chyba że pojazd został użyty wbrew jego woli i wiedzy przez nieznaną osobę, czemu nie mógł zapobiec.
Za niewskazanie grozi kara do 8 tys. zł grzywny. Kierowcy i takie kary nauczyli się omijać.
Sposób pierwszy – wskazują osobę mieszkającą np. na Ukrainie. Formalnie wypełniają więc prawny obowiązek. Pozostaje problemem służb odnaleźć obcokrajowca i wlepić mu mandat.
Sposób drugi – niektórzy wskazują osobę wymyśloną lub podają tylko imię i nazwisko. Taki sposób w sądzie ocalił słynnego ze „zwalczania fotoradarów” promowanego przez TVN Turbo Emila Raua. Ponieważ nie wskazał osoby, która jego samochodem popełniła wykroczenie polegające na nieuprawnionej jeździe buspasem, sprawa trafiła do sądu w Zielonej Górze, który chciał ukarać go za „niewskazanie osoby”.
Rau przed sądem wyznał, że jego autem kierował „Mateusz Nowak”. Sąd uznał, że wskazanie, komu powierzyło się pojazd, wyczerpuje podanie imienia i nazwiska, nie trzeba podawać adresu. „Jak wskazuje wykładnia językowa, pod słowami >>komu<< i >>osoba<< kryje się co najwyżej wskazanie imienia i nazwiska danego człowieka. Brak jest natomiast podstawy prawnej dla stanowiska GITD, jakoby poprzez znamię ustawowe >>komu<< można by rozumieć także inne dane osoby, takie jak jej adres, data i miejsce urodzenia itp.” – brzmiało uzasadnienie.
Czytaj też: Michał Kołodziejczak w Porannych Rozmowach Zero. „Jest mi wstyd”
Brak prawa, które pozwala w Polsce skutecznie egzekwować kary z fotoradarów, sprawia, że system nie jest szeroko rozbudowywany. Kierownictwo GITD dokładnie wie, że im więcej masztów postawi, tym więcej mandatów będzie się przedawniać. To dlatego np. nie korzysta z tysięcy kamer PKP na przejazdach kolejowych, które mogłyby wyłapywać wjazdy mimo opuszczających się rogatek. Służba nie chce zostać zasypana zgłoszeniami, których nie będzie w stanie obsłużyć ręcznie.
Tymczasem dane ze świata i Polski jasno wskazują, że po postawieniu fotoradaru w miejscu, w którym dochodziło do wypadków, liczba wypadków śmiertelnych spada prawie o 50 proc. Cena polskiego zaniedbania w tej sprawie jest więc wysoka – to życie wielu osób.

