- Mauritius to kraj zaskakująco zmotoryzowany, gdzie przeciętne auto jest znacznie młodsze niż w Polsce.
- Na tej wyspie na Oceanie Indyjskim rządzą marki japońskie, zaczynają rozpychać się Chińczycy, a Europa? Europa jak zwykle została z tyłu.
- Na Mauritiusie nadal masz wybór. Czy chcesz zaawansowane europejskie auto, czy coś prostego technicznie z Azji – wszystko kupisz.
Słowem wstępu – na Mauritiusie spędziłem ponad dwa tygodnie. W tym czasie pokonałem wypożyczonym autem dokładnie 901 km. Dużo? Mało? Wydaje mi się, że dużo, bo wyspa po dłuższym boku ma raptem 60 km, a po krótszym – mniej więcej 40 km. Jest jakieś sześć razy większa od „naszej” Malty, która przecież jest maluteńka. Czytaj: to nadal niewielkie państwo.
Dodam, że nawet przez te dwa tygodnie i tak nie udało mi się jej zjeździć wzdłuż i wszerz, bo rzeczy do zobaczenia jest tam po prostu zbyt wiele. Niemniej jednak jakieś zdanie o miejscowej motoryzacji sobie zdążyłem wyrobić. I mam kilka wniosków.
Infrastruktura drogowa momentami zawstydza Polskę
Okej, wiedziałem, że Mauritius to nie Madagaskar czy inny afrykański kraj. To jedno z najbogatszych miejsc na mapie tego kontynentu, które z „czarną” Afryką ma nawet mniej wspólnego, niż spodziewałem się.
W każdym razie: kręgosłupem miejscowej mobilności są trzy autostrady M1, M2 oraz M3, które przecinają całą wyspę od położonego na południowym wschodzie lotniska, przez stolicę (Port Louis) na zachodzie wyspy, aż po miejscowość Grand Baie na północy.
W sumie to 104 kilometry dróg szybkiego ruchu. Mało? Na Mauritiusie mieszka na stałe raptem 1,2 mln osób. Dla porównania docelowo obwodnica Warszawy, która od dekad nie może powstać w pełni, ma mieć finalnie ok. 85 km. W Warszawie oczywiście mieszka więcej ludzi niż na Mauritiusie.
I dodam jeszcze, że te autostrady często mają po trzy, a czasem nawet cztery pasy. Gdzie wady? No cóż, Maurytyjczycy w żadne węzły się nie bawią i nie widzą problemu w tym, że te autostrady co chwilę są przecinane… rondami. Więc można się zdziwić, kiedy „prujesz” (cudzysłów, bo ograniczenie mają tam do 110 km/h) prawym (czyli naszym lewym) pasem, a tu nagle – korek.






Z drugiej strony – przy takim zaludnieniu może byłby to niepotrzebny koszt.
A pozostałe drogi? Trochę jak u nas. Są i drogi wielopasmowe niższej rangi, są i bardzo fajne, nowiutkie drogi krajowe, często z dodatkowym pasem do wyprzedzania. I są takie, które jednak trochę tę Afrykę przypominają. Niemniej jednak – duże zaskoczenie.

Aha – warto zauważyć, że kraj jest dosłownie zawalony fotoradarami. To, co jest u nas – to jest nic. Ale miejscowi mają skłonności do ryzykownych manewrów, więc ja to szanuję. A pieszych na przejściach przepuszczają tylko kierowcy-turyści.
Samochody są nowsze niż w Polsce, paliwo tańsze niż w Polsce
A konkretnie – dwa razy nowsze. Średni wiek auta w Polsce to już ponad 16 lat. Mauritius? Zgodnie z danymi ONZ – siedem, osiem lat. Jak to możliwe? Cóż, sprowadzanie szrotu jest tam mocno opodatkowane. Za to opłacalne są auta niskoemisyjne, stąd pewnie duża ilość aut elektrycznych, które tam zaobserwowałem.
Przy czym jednocześnie nie widziałem w całym kraju ANI JEDNEJ ładowarki. Na Google Maps co prawda dostrzegłem przy drogich hotelach chargery Porsche Destination, ale tak przy ulicy, zwyczajnie – nic. Domyślam się, że tam po prostu ładuje się w domu, z gniazdka. Prąd raczej mają tam tani.
Zresztą jak paliwo. Tankowałem tam bezołowiową po mniej więcej 4,95 zł. Na greckich wyspach to zawsze wymówka – u nas jest drożej, bo transport paliwa kosztowny. Tam nikt tego problemu nie wymyślił, może trzeba im podpowiedzieć.
Tak naprawdę stare na Mauritiusie są tylko autobusy. Te mają prawdziwy, hinduski vibe. Zresztą spójrzcie na zdjęcia.




Smrodzą koszmarnie. Ale zdarzają się i nowe, te dla odmiany są... elektryczne.
W każdym razie wracając jeszcze do aut: uczciwie dodam, że samochody, choć nowsze, są tam często mniejsze niż w Polsce. Na Mauritiusie de facto nie istnieje segment C. Aut typu Nissan Qashqai tam właściwie nie widać. Królują auta mniejsze i… większe. Jeździ tam masa maluchów, mam wrażenie, że gdzie nie spojrzysz, gdzieś stoi Suzuki Swift.
Dlaczego małe autka zniknęły z polskich dróg? Unia nie jest jedynym winowajcą
I odwrotnie – jeśli nie auto małe, to gigantyczne. Najlepiej pickup. Jeździ ich tam od groma. Ale jest też sporo dużych SUV-ów, także z Europy, typu BMW X7.
Wśród wspomnianych pickupów rządzą dwie marki. Jedna to oczywiście Toyota, Hiluxów jeździ tam od groma. Ale druga lokalna pickupowa potęga to... Mazda. Model BT-50 jest dosłownie wszędzie, choć tak naprawdę ciężko nazwać go Mazdą.

Na rynku obecna jest bowiem już trzecia generacja tego auta i żadna nie była produkowana w Japonii przez Mazdę. Obecna wersja to spotykane i w Polsce... Isuzu D-Max. Ze zmienionym frontem. Samochód jest produkowany w Tajlandii i można w nim mieć albo silnik diesla, albo silnik diesla. Pojemności: 1.9, aż 3.0. Cena? Od mniej więcej 140 tys. zł.
Olej roślinny jako paliwo do diesla. Pomysł wrócił w obliczu cen ropy
Smutna lekcja dla Europy
Zostajemy w temacie popularnych tam aut. Tak, na Mauritiusie jeżdżą europejskie auta. Jest tam obecna właściwie każda marka, którą możecie spotkać u nas. A właściwie to i więcej, bo na przedmieściach Port Louis (stolicy kraju) widziałem salon… Lotusa. Okej, tak naprawdę brytyjska marka jest teraz chińska, a na dodatek właściciel nie wie, co z tym gorącym kartoflem zrobić, ponieważ Lotus obecnie produkuje głównie elektryczne SUV-y, ale jednak: jest. A u nas nie ma.
I widziałem też dwa Lotusy w ruchu ulicznym. Jeździ też sporo Porsche, o tu na przykład na zdjęciu macie wspaniałe, niezawodne auto, którym poruszałem się po wyspie i... obok jakiegoś Macana na prąd. Psuł mi tylko widok na moją bestię, o której zaraz kilka słów.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że japońskie auta są WSZĘDZIE.
To niby żadne zaskoczenie w tej części świata, ale jak pomyśleć o historii tego kraju, to jednak to kolejny prztyczek w nosy włodarzy europejskich koncernów. Mauritius pierwotnie bowiem był niezamieszkały. Pierwsi byli tam Holendrzy, później zabrali im to Francuzi, a na koniec wyspę zgarnęli Brytyjczycy. Mauritius jeszcze do 1992 r. uznawał zwierzchnictwo brytyjskiej królowej Elżbiety II.
I co? Efekt jest taki, że mieszkańcy Mauritiusa piją herbatę z mlekiem, jedzą croissanty i bagietki, mleko importują z Polski (kupiłem karton takiego, które wyprodukował nasz swojski Łowicz), a europejską motoryzację mają... kompletnie w tyłku.
Ale serio – auta z Europy to tam może 5-10 proc. całości. Trochę niemieckich aut, francuskie auta zdarzają się serio incydentalne, a dodam, że wszyscy tam mówią po francusku (lub chociaż kreolsku, który jest uproszczonym francuskim). Królują marki japońskie, mocno rozpychają się Chińczycy, chociaż mam wrażenie, że idzie im znacznie gorzej niż w Polsce. A Europa, choć kulturowo i biznesowo miała wszystko, żeby ten rynek zgarnąć, jest tam w ogóle przegrana.

Nasze (w sensie: europejskie) marki nie zdobyły tego terenu, kiedy jeszcze produkowały cokolwiek przyziemnego. A teraz – właściwie tym bardziej nie mają czym tam walczyć, bo na Mauritiusie w dużej mierze nadal kupuje się auta proste. Tam nikogo nie dziwi wolnossący silnik benzynowy czy ubogie wyposażenie.
Sam przez te dwa tygodnie jeździłem Peroduą Axia. To malezyjski klon japońskiego Daihatsu Ayla, czyli tak naprawdę to prosta Toyota. Ale naprawdę prosta – niedawno na rynek weszła druga generacja tego modelu, mi się trafiła Perodua jeszcze pierwszej generacji.

Litrowy silnik japońskiej produkcji. Czterobiegowa skrzynia automatyczna, zapewne też z Japonii. Absolutnie podstawowe funkcjonalności komputera pokładowego (sterowanego takim „patykiem” wystającym z zegarów, ktoś to jeszcze pamięta?). I właściwie tyle. Był jeszcze mały ekran multimedialny, który równie dobrze można byłoby wyjąć z kieszeni w kokpicie i wsadzić tam cokolwiek innego.
Jeździło się tym świetnie, samochód sprawiał wrażenie niezniszczalnego, jeździłem nim po takich wertepach, które u nas służyłyby do testowania jakiegoś nowego pickupa na evencie dla dziennikarzy motoryzacyjnych. Szedł jak zły.
A z czym tam próbują się przebić Chińczycy?
Mniej więcej z tym, co u nas. Nawet się śmiałem, bo wszędzie widziałem reklamy Jetoura, ale żadnego na ulicach. To dokładnie tak jak w Polsce.
Zdarzają się tam auta BYD, jest zadziwiająco dużo pickupów GWM, czyli Great Wall Motor. Funfact: do Polski wszedł kabzyliard chińskich marek, ale GWM nie ma, choć to wielka chińska firma. Powód? Produkują w Rosji.
Moje serduszko jednak skradło MG 5, u nas niedostępne. Wygląda jak chiński Mercedes CLA, ale... jest naprawdę fajne. I dostępne z silnikiem benzynowym, bo w Europie na wybranych rynkach znajdziecie to auto tylko w wersji elektrycznej. I tylko jako kombi.
A na Mauritiusie? Tylko silnik 1.5. Turbodoładowany albo... wolnossący. Serio. 181 albo 129 KM w wyjątkowo zgrabnym małym sedanie.

Zaskakująco popularny jest też inny model GWM – o jakże bezpośredniej nazwie... Tank. Tak, ten samochód po polsku nazywa się Czołg. I w sumie tak wygląda, bo to kalka mercedesowskiej klasy G.
Jeździ ich sporo, i jak zobaczycie na zdjęciach poniżej, miejscowi lubią te auta jeszcze dodatkowo tuningować. Żeby było jeszcze plus pięć do respektu.




Swoją drogą – widzicie wielką literę L na klapie bagażnika? Na Mauritiusie to powszechny widok na najróżniejszych autach, nawet pickupach. Z takimi znaczkami jeżdżą tam świeżo upieczeni kierowcy.
Ogólnie jednak widać, że idzie im – Chińczykom – dużo ciężej, niż u nas. Ale w dużej mierze dlatego, że na Mauritiusie bardzo konkurencyjną ofertę mają marki japońskie. I tu dochodzimy do kolejnego punktu.
Suzuki to POTĘGA
Zastanawiacie się czasem, jakim cudem w Polsce funkcjonuje importer Suzuki? Oferta prawdę mówiąc – nie powala. Mieli fajne Jimny, ale samochód zniknął, bo Bruksela docisnęła Japończyków emisjami spalin. Nie opłacało im się budować/kupować silnika, który sprawdziłby się w europejskich realiach.
Nie tak dawno sprzedawali u nas model Swace, który był po prostu Toyotą Corollą ze zmienionym znaczkiem, ale dali sobie spokój. Teraz tego samego manewru próbują z modelem Across, który jest Toyotą RAV-4. A poza tym wolniejsze z generacji na generację (bo Unia i normy spalania) Suzuki Swift, które widać na ulicach Warszawy, bo mają je w WORD-zie (a więc mają je wszystkie szkoły jazdy), S-Cross i tłuczona od miliarda lat Vitara. Tę nową, elektryczną, w ogóle pomijam.
Ogółem: bieda. Tymczasem na Mauritiusie Suzuki jest wszędzie. Człowiek zaczyna rozumieć, jakim cudem to dziesiąta największa motoryzacyjna marka świata. W ofercie mają tam CZTERNAŚCIE modeli. Sam Jimny jest oferowany w wersji 3-drzwiowej i 5-drzwiowej.

Tak dochodzimy do mojego ostatniego wniosku.
Tam jeszcze dają ludziom wybór
Na Mauritiusie możesz sobie kupić proste japońskie auto z silnikiem wolnossącym i możesz też sobie kupić nowoczesnego elektryka z Europy. Jeżdżą tam nie tylko dalekowschodnie wynalazki, ale widziałem też Volvo EC40. Możesz też sobie kupić szalenie drogiego i skomplikowanego niemieckiego SUV-a, np. wspomniane BMW X7.
Wreszcie możesz sobie też kupić coś z Chin, chociaż jak wspomniałem, średnio im tam na razie idzie.
Zmierzam do tego, że na Mauritiusie ciągle masz wybór. Owszem, mają tam swoje ograniczenia, ale są one zdecydowanie bardziej zdroworozsądkowe niż w Europie.

Nie opłaca się tam sprowadzanie starych aut (powyżej trzech lat podatki podważają ekonomiczny sens takiego zakupu), ale dzięki temu jeżdżą tam często proste i małe, ale jednak stosunkowo młode auta. Opłacają się za to auta niskoemisyjne, ale to akurat kierunek, któremu na tropikalnej wyspie trudno się dziwić.
Niemniej jednak – tam ciągle masz wybór. Auta nie znikają z oferty, bo ich producenci nie są w stanie spełnić wyśrubowanych norm, tak jak nasze Euro 7, które wejdzie w życie pod koniec tego roku. Chcesz wolnossące Mitsubishi? Zapraszam do salonu. Marzysz o hybrydzie od Toyoty? Śmiało. Chciałbyś SUV-a z Europy z V6? Już taki czeka u dealera. A może chcesz elektrycznego Lotusa? Już o tym pisałem wyżej.
Aż miło na to wszystko po prostu popatrzeć. Szkoda, że tak nie jest już u nas.


