- Kiedyś mundial był świętością i na stałe zapisywał się w pamięci kibiców. Dzisiejszy turniej, przeskalowany przez FIFA do granic możliwości, zatracił swój unikalny charakter i w natłoku meczów zlewa się w jedno z innymi imprezami.
- Prezydent USA i Gianni Infantino zrobili sobie z mistrzostw prywatny folwark, w którym zamiast święta jedności mamy absurdalne deportacje arbitrów oraz upokarzające kontrole delegacji z „podejrzanych” krajów.
- Przestrzeń wokół turnieju jest spolaryzowana jak nigdy wcześniej, a jedyną nadzieją na uratowanie magii mundialu są sami piłkarze – o ile ich sportowy geniusz zdoła przyćmić ego Trumpa i Infantino.
Kiedy w 1994 r. zorganizowano mundial w USA, przekaz dla mas był prosty: trzeba pokazać piękno futbolu jak największej grupie ludzi, a Ameryka gwarantuje rozmach. I przyznać trzeba (piszę o tym szerzej w papierowym wydaniu Magazynu Zero), że tamta misja, nawet jeśli pod przykrywką promowania dyscypliny czaiły się różne typowe dla FIFA demony, w dużej mierze się powiodła.
Ameryka przeskalowała mistrzostwa, co najważniejsze zaś – pokazała je w taki sposób od strony realizacyjnej, jak nikt, nigdy wcześniej.
Prywatny folwark i graniczne absurdy
Dla mojego pokolenia mundial był czymś tak świętym, że do dziś bez problemu odtwarzam z pamięci grupy dawnych turniejów, wyniki meczów i bohaterów tamtych spotkań. W mojej głowie są one wyraźne, kolorowe, najlepsze. Mój czysty dysk twardy zapisał wówczas dane na tyle mocno, że – choć zabrały miejsce na inne, dużo bardziej istotne sprawy (przeklęta matematyka) – nie usunie tego nic oprócz ewentualnej nagłej amnezji.
Im dalej w las, tym gęściej, ciemniej, 2006 nagle zlewa się z 2014, ten miesza z 2010, a na koniec człowiek rozmawia o jakimś meczu, będąc przekonanym, że to były mistrzostwa świata, by nagle pojąć, że gadacie z kumplem o mistrzostwach, ale Europy.
Przyspieszenie, które objęło każdy obszar naszego życia i codziennego funkcjonowania, przełożyło się także na mundiale. Kiedyś czekałem na nie, tak mi się wtedy zdawało, całe wieki, dziś mam wrażenie, że katarski turniej był nie cztery lata temu, a parę miesięcy wstecz.
Mundial 2026 został nam sprzedany jako „naj”. Najwięcej organizatorów, najwięcej uczestników, o tym, że najdrożej zapomniano dodać. Że już zostanę w fastfoodowej nomenklaturze: zrobiono zestaw XXXL. Piłka nożna dla każdego. Kawałek dla Curacao, kawałek dla Haiti i wy, z Republiki Zielonego Przylądka, też dostaniecie kęs. Z rozmyślań o meczu Austrii z Jordanią, o godzinie 6:00 polskiego czasu, wyrywa mnie jednak myśl, że to nie będą mistrzostwa dla każdego, jak nam to próbuje wmówić FIFA.
Przekonał się o tym somalijski sędzia Omar Artan. Gdy tylko zatrzymano arbitra z Afryki na lotnisku w Miami, wierzcie lub nie, pomyślałem od razu, że zaraz mu pewnie przypiszą uczestnictwo w organizacji terrorystycznej, dzięki tym profetycznym zdolnościom (żartuję, dzięki przewidywalności polityków) średnio byłem zaskoczony, czytając na stronie Fox News, że „somalijski sędzia nie został wpuszczony do USA z powodu powiązań z podejrzanymi członkami organizacji terrorystycznych”. No tak.
Przeczytaj także: Pierwszy mundial, który mnie nie obchodzi
Marzeniem każdego kibica piłki nożnej jest to, by FIFA uratowała nas przed nieudolnymi sędziami, którzy nawet w erze VAR wciąż są najsłabszym ogniwem spektaklu. Jednak Donald Trump poszedł o krok dalej i jego administracja wyantycypowała, że sędzia taki może dokonać nie tylko uszczerbków na emocjach, lecz również takich, o których lepiej nawet nie myśleć, a co dopiero pisać.
Zatem zamiast o spełnianiu marzeń, jak nasz Szymon Marciniak w Katarze, arbiter skończył z tak zwanym przyspieszonym wydaleniem, jakkolwiek paskudnie to brzmi.
Artan w ojczyźnie był witany jak bohater narodowy, co jest jedynie informacją pocieszającą Somalijczyka, wszak mógł on zostać pierwszym arbitrem z tego kraju, który poprowadził mecz na mundialu. Warto podkreślić, że sędziował w afrykańskiej Lidze Mistrzów. Mundial miał być kolejnym wielkim krokiem w jego karierze. Nie mówimy o przypadkowym turyście z Somalii, tylko zawodowym arbitrze.
Przeczytaj także: Meksyk gotowy na mundial. Kraj wchodzi w wielką piłkarską operację logistyczną
Ktoś mnie teraz pewnie przeklnie. Głupku, chodzi o bezpieczeństwo. I przepisy. Nie wiesz, że Somalia jest w grupie krajów objętych ograniczeniami podróżnymi wprowadzonymi przez administrację Trumpa w ramach zaostrzonej polityki imigracyjnej. Wiem. I co z tego? Skoro godzisz się na zorganizowanie turnieju piłkarskiego, to nie zaczynasz go od wydalania uczestników. Naprawdę Stany Zjednoczone nie mają narzędzi kontroli na tyle mocnych, by monitorować bezpieczeństwo, zamiast bezpardonowo traktować kogoś, kto po prostu przyjechał wykonać swoją pracę?
W oczekiwaniu na superbohaterów
Jednego możemy być pewni. Donald Trump chce być przez najbliższe tygodnie większą gwiazdą niż Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Cokolwiek wydarzy się na boiskach w USA, Kanadzie i Meksyku, amerykański prezydent spróbuje to przebić. Pozostaje modlitwa, nawet niewierzącym, by się nie udało.
„The Independent” pisze na dobę przed startem turnieju o tym, jak deptane są świętości mundialu. Dziennikarze podkreślają, że:
Nie tylko Artana spotkały nieprzyjemności, bo część irańskiej delegacji miała problemy z wjazdem, Aymen Hussein z Iraku był przez wiele godzin przesłuchiwany na lotnisku, a reprezentacje Senegalu i Uzbekistanu zostały poddane bardzo szczegółowym kontrolom.
Przypominają również, co Gianni Infantino mówił kilka lat temu:
Jeżeli drużyna zakwalifikuje się na mundial, musi mieć dostęp do kraju gospodarza. W przeciwnym razie nie ma mundialu”. Z całą pewnością...
Fajny ten futbol bez granic, nie ma co.
CNN podkreśla, że mundial ma być świętem, które jednoczy. Ale ten konkretny turniej dzieli mocniej niż jakikolwiek inny. Odnoszę wrażenie, że nawet katarskie mistrzostwa, pełne kontrowersji związanych głównie z dyskusją na temat praw człowieka, nie wywoływały aż tylu negatywnych emocji. Ekipy, które przylatują do Stanów, muszą jak nigdy wcześniej skupiać na istocie spraw wokół boiskowych: kontrolach granicznych, kwestiach migracyjnych i napięciach międzynarodowych.
Do tego dochodzi kwestia cen biletów, ogólnie kosztów, jakie kibice będą musieli ponieść, by zobaczyć mecze swoich drużyn.
Gianni Infantino i jego kumpel Trump zrobili sobie z mistrzostw prywatny folwark. Sepp Blatter, 90-letni dziś hochsztapler, który w przeszłości zasiadał za sterami FIFA, pozostawiając – bardzo delikatnie mówiąc – w kwestiach moralnych sporo do życzenia, musi z zazdrością patrzeć na bezczelność i rozmach Infantino. Bo tego jeszcze nie grano. Przestrzeń wokół mundialu jest tak spolaryzowana, że niemal widać iskry.
Przeczytaj także: Michał Sikorski o Janie Pawle II: Dla mojego pokolenia to już było za dużo
Jestem z natury naiwny, więc wierzę w to, że – podobnie jak miało to miejsce przed czterema laty w Katarze – smutni panowie i ich czyny ucichną, gdy zabrzmi pierwszy gwizdek i do akcji wkroczą piłkarze. Że oni to uratują, w końcu Ameryka to praojczyzna superbohaterów. Katarski mundial miał przecież najpiękniejszy finał wszech czasów, Francuzi stworzyli z Argentyńczykami coś, czego nawet duet Trump-Infantino nie potrafiłby przyćmić, przebić.
Migawki z poprzednich dziesięciu turniejów, które miałem okazję oglądać, są jednak silnie skorelowane z piłkarzami. Włodzimierzem Smolarkiem strzelającym Portugalii, Diego Maradoną, mijającym bezradnych Anglików, „kołyską” Bebeto, nieuznanym golem Franka Lamparda czy spontaniczną radością Toto Schillaciego podczas Italia ’90. Nie obchodziło mnie wtedy, kto jest prezesem jakiej federacji, a administracja Ronalda Reagana zajmowała się, z tego co kojarzę, rokowaniami ze Związkiem Radzieckim, które miały powstrzymać wojnę nuklearną.
Donald Trump obiecuje pięć razy w tygodniu, że albo zakończy jakiś konflikt zbrojny, albo jakiś zacznie, niewiele to jego gadanie ma wspólnego z rzeczywistością. Na razie bohatersko udało mu się odesłać do Afryki sędziego.


