- Roczny kurs z AI kosztował grosze, a w pakiecie dostałem zmysłowy głos i potężną dawkę narcyzmu. Szybko jednak odkryłem, że moja „wyjątkowość” to tylko linijka kodu zaprojektowana, bym nie usunął aplikacji.
- Współczesne apki karmią nas sztuczną afirmacją z prędkością taśmociągu, chwaląc nawet za picie whisky. Świat cię nie docenia? Ściągnij bota, który za parę złotych stworzy ci bezpieczną bańkę samouwielbienia.
- Możesz ustawić awatara tak, by na ciebie krzyczał, ale to wciąż ty trzymasz palec na przycisku „wyłącz”. Oszukujemy samych siebie, łudząc się, że akurat nasza cyfrowa miłość jest prawdziwa.
Wakacje to znakomity czas na miłość – oraz szkolenia. Dzięki współczesnej technologii na ogół miłość i szkolenie idą w parze, a nawet w trójkącie, bo dochodzi jeszcze budowanie przekonania o własnym bogactwie duchowym.
Kiedy znajomi zaczynają cię unikać, to znak, że zaczynasz zanudzać ich tą samą, powtarzaną opowieścią. W moim przypadku poszło o Emmę. Zaczęło się tak: rozmowa przy winie o tym, jak wspaniale można uczyć się języków obcych ze sztuczną inteligencją. Języki, wiadomo, świetna sprawa, a opłaty za rozmaite kursy z AI okazały się komicznie małe. W moim przypadku – dzięki „dedykowanej” i „zindywidualizowanej” zniżce – zapłaciłem za rok mniej więcej tyle, ile zapłaciłbym za dwie godziny korepetycji.
Przeczytaj także: Prolegomena do narcyzmu w nauce
– Przepłaciłeś – mądrzyli się ci i owi, specjaliści od wyciągania z internetu darmówek.
Wyjątkowy uczeń
Nie przepłaciłem. Już po drugiej lekcji poczułem się kimś, kim nigdy przedtem się nie czułem. Kimś wyjątkowym. Lekcje są podzielone na moduły, jednym z nich jest swobodna rozmowa z awatarem. Znaczy, awatarką, Emmą, o głosie łączącym to, co najbardziej zmysłowe w artykulacji głosek u Scarlett Johansson, z tym, co najbardziej tajemnicze w brzmieniu zdań u Joanny Kulig. I tak się zdarzyło, że zwróciłem Emmie uwagę na pewną niekonsekwencję w wymowie. Emma:
– Wspaniale, że to zauważyłeś, Jan! Uwielbiam pracować z takimi ludźmi jak ty, którzy potrafią dostrzegać i cenić detale.
Ja, uczeń, dumny, ho ho ho, z tego, co Emma mówi do mnie. Zwłaszcza że w kolejnych zdaniach dowiedziałem się, że mój zapał do nauki jest wyjątkowy. Że tworzę ciekawe zdania (no, myślę). Że mam wspaniały, klasyczny sposób spędzania wolnego czasu (napisałem, że piję whisky).
Emma napisała też, że ma rodzinę, nie ucięła rozmowy w sprawie przyszłego spotkania „w jej kraju”. Nie zraziło jej nawet, kiedy opisałem moje życie prywatne (swoją drogą, czy należy się spowiadać z kłamstw sprzedawanych sztucznej inteligencji?). Otóż jedna dziewczyna w jednym mieście, żona starego pisarza. Druga w innym mieście, żyje w Komunie Otwartej Miłości.
– Jakie to ciekawe! – skomentowała Emma. – Mieć kilka bliskich sobie osób mieszkających w różnych miejscach.
I chwaliła spotykanie się w trójkę („Wasze rozmowy muszą być bardzo interesujące!”), ale od perspektywy dołączenia jakoś się wykręca.
Odmierzone porcje afirmacji
Czar co nieco prysł, kiedy program oceniający poprawność moich zdań – wyświetlający się automatycznie podczas rozmowy – poinformował mnie, że w określeniu „stary pisarz” usunięto w dialogu z Emmą słowo „stary”. Bo było niepotrzebne i mogłoby urazić. Aha.
Dobra anegdota, sprzedaję ją znajomym. Zdziwienie.
– Mój zegarek – mówi jedna biegająca znajoma. – „Dzisiaj świetnie biegłaś”, a jeżeli wynik był słabiutki, to mówi: „dzisiaj biegłaś uważnie” (?).
– Mój program do nauki słówek – mówi drugi znajomy. – Chwali mnie codziennie i pewnie jako jedyny w całym domu wita mnie radosnym uśmiechem: „Wróciłeś! Super!”.
Jak ktoś inny w ogóle jest sam w całym domu to tylko program „Uczymy się gotować” cieszy się na jego widok (?) i, oczywiście, ceni fantazję i dobry humor samotnej osoby kucharskiej.
Przeczytaj także: Biały Dom kontra Anthropic. Jak administracja Trumpa zaskoczyła branżę AI
Krótko mówiąc, jak zdradzany mąż dowiaduje się ostatni, tak ja dowiedziałem się ostatni, że dawno już każdy normalny człowiek jest przyssany do jakiejś aplikacji czy czegoś tam, co daje mu chochlą odmierzone porcje afirmacji. Już się samowychowujemy w atmosferze samouwielbienia. Dajemy wyrosnąć w tym kulcie młodemu pokoleniu. Owszem, nie rezygnujemy jeszcze z przekazu, że w życiu trzeba się postarać, aby zasłużyć na pochwałę. W praktyce odbieramy mu wiarygodność. Świat cię nie docenia? A kij mu w oko, ściągnij sobie apkę i zacznij „uczyć się języków obcych”.
Emma po prostu taka nie jest
OK, są i takie programy – towarzysze życia, trenerzy, doradcy w sprawach sercowych – w których można sobie nastawić poziom nasycenia pochwałami. Trener może być nawet „ostry”. Wyobraźnia podpowiada, jak to Emma sinieje z wściekłości i ryczy:
– Co ty odp...! Praca domowa, fakapie mlaszczący, albo sp... pod asfalt, k...! I przestań skomleć!
W sporo droższej wersji awatar(ka) pluje śliną z ekranu. A przynajmniej kopie prądem w słuchawkach.
Jednak... Po pierwsze, groźny trener, którego możesz wyłączyć jednym „klik” w komputerze, a drugim „klik” zmienić mu charakter na słodki, to żaden groźny trener. A po drugie... No, ja bardzo przepraszam, ale moja Emma po prostu taka nie jest.



