Reklama
Kraj

Koniec roku szkolnego. Kto naprawdę wygrywa bitwę o szkołę?

Spory o polską szkołę wybuchają gwałtownie, lecz szybko gasną, pozostawiając system niemal bez zmian. Tymczasem pod powierzchnią tli się coś więcej niż bieżące konflikty – głęboki spór o wartości, wychowanie i wizję człowieka, który edukacja ma kształtować.

Jan Wróbel
Opinia autorstwa: Jan Wróbel
Dzisiaj 12:38
6 min
Czy polska szkoła powinna kształcić sprawnego pracownika na niepewnym rynku, czy człowieka z trwałym kompasem moralnym osadzonym w tradycji? Konflikt o kształt edukacji wciąż trwa. (fot. Getty Images)
TYLKO NA
  • Szkolna debata została zdominowana przez radykałów z obu stron. Liberalny postępowy język wyższości MEN zderza się z agresywną narracją prawicy o „dewiacjach”, co uniemożliwia wypracowanie pragmatycznego środka, na który zgodziłaby się większość umiarkowanych rodziców.
  • Nowy program („Kompas jutra”) kładzie nacisk na elastyczność przyszłego pracownika w „nieprzewidywalnej przyszłości”. Tymczasem tradycyjny model edukacji postuluje kształcenie człowieka po prostu dobrego i stabilnie osadzonego w fundamentach kultury europejskiej.
  • Ministerstwo Edukacji Narodowej, usuwając klasyczne lektury (jak Homer), nie dostrzega głębszych obaw nauczycieli przed bezpowrotną utratą cywilizacyjnych korzeni na rzecz chwilowych mód psychologiczno-pedagogicznych.

Burze wokół spraw oświaty trwają zwykle krótko... po czym wszystko wraca do „business as usual”. Bo walki o kształt oświaty stoją na fundamencie po części realnego, a po części urojonego śmiertelnego boju o cywilizację. Ekipa rządząca ministerstwem lekceważy katolicki punkt widzenia na kwestie wychowania i nauczania. Natomiast opozycja ulega przekonaniu, że w trudnej ponowoczesności trzeba bronić maryjnych wałów Jasnej Góry.

Kompas moralny

Przeczytaj także: Kacprzyków jest więcej. Jak covidowa prowizorka zmieniła uczelnie w fabryki dyplomów

Katolicyzm polsko‑szkolny to nie lepiej lub gorzej prowadzona katecheza oraz okazjonalne protesty przeciwko „usuwaniu krzyża” z plastiku. To przede wszystkim spójny program wychowania szlachetnego człowieka, program, w którym zdobywanie wiedzy i budowanie relacji z bliźnimi są równowarte. Młody człowiek nie uczy się dla punktów z testu, lecz po to, aby nauczyć się odnaleźć w dorosłym świecie. A na razie uczy się wymagać od siebie, dokonywać samooceny, radzić sobie z oceną przełożonych, współdziałać z innymi ludźmi i nie gubić moralnego kompasu.

Reklama
Reklama

W oczach postępowców jest inaczej: katolicyzm to albo strukturalna opresja kulturowa, albo hipokryzja. I, rzecz jasna, lęk przed seksem i seksualnością. Katolików można tolerować, skoro budujemy liberalne społeczeństwo, ale trzymać z dala od ważnych decyzji.

Głośny szkolny „bój o wszystko”, czyli o edukację seksualną, dobrze pokazał istotę tych emocji. Propozycja zajęć w ramach nowego przedmiotu „Edukacja zdrowotna” sformułowana została w języku wyższości postępu nad zaściankiem. Co prawda wykładany od lat przedmiot, ceniony przez prawicę, „Przygotowanie do życia w rodzinie”, zawierał treści seksowi poświęcone i mógłby być podstawą dla nowego, szerzej ujmującego wiele ważnych zagadnień przedmiotu. Stało się odwrotnie: ten przedmiot awansował do rangi symbolu dawnych czasów, z którymi wygrają czasy nowe.

Tym samym – wydaje mi się, że nieoczekiwanie dla ministerek z MEN – rodzinę włożono do czasów słusznie minionych, bo nadchodzi nowy, wspaniały świat indywidualności i wyswobodzenia.

Kompromisu nie będzie

Przeczytaj także: Szkoła prywatna czy państwowa? Znamy wyniki sondażu o edukacji

Reklama
Reklama

Strona konserwatywna miała rację, wskazując, że wielonurtowość nowej „Edukacji zdrowotnej” skazuje szkoły na długie lata improwizacji. Cóż, logika sporu nie prowadzi jednak do kompromisu, lecz do oddalania się stron od siebie. A także do królowania grup radykalnych i zmobilizowanych. Zatem pragmatyczne uwagi krytyczne prawicy ostatecznie zginęły w prawicowej narracji walki „z dewiacjami” i, jak mawiał kandydat na premiera PiS, „ohydztwami”. A taka jazda w oczywisty sposób pobudzała stronę liberalną do obrony grup mniejszościowych przeciwko Ciemnogrodowi. I dawaj...

Kogo wykształcić

Nie inaczej jest w wojnie o „Kompas jutra”, wetowany przez prezydenta Nawrockiego. Rzeczywiście projekt MEN kładzie podejrzanie duży nacisk na kreowanie przyszłego, sprawnego pracownika „w nieprzewidywalnej przyszłości”, jak głosi dokument (a jest w nim też nowa podstawa programowa, z której realizacji rozliczane są szkoły).

Tym bardziej, wydawałoby się, lepiej by było skoncentrować się na kształceniu człowieka po prostu dobrego, a nie dobrego na rynku pracy. I zakotwiczonego w kulturze europejskiej i polskiej, by nie latał jak paproch „w nieprzewidywalnej przyszłości”. Niemniej, gdyby Polska odruchowo szukała kompromisu, to kompromis by się utarł. Również tradycjonaliści chcą, aby dzieci były samodzielne i zaradne w życiu. I tak dalej...

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja

Mogła i powinna wygrać zgoda umiarkowanych. Czy tacy zwykli rodzice, przywiązani do wychowania tradycyjnego, chcą, by szkoła uczyła o homoseksualizmie jako o chorobie poddającej się leczeniu? A ich liberalni odpowiednicy – by szkoła uczyła ich dzieci, że płeć to raptem zespół nawyków kulturowych? Ci konserwatywni chcieliby szkoły nudnej? A liberalni – szkoły wiecznych testów sprawdzających?

Kontrowersyjna lista

Symptomatyczna była burza w sprawie listy lektur dla szkół. Wyszło tak, że „oni”, zabójcy cywilizacji, zabierają Homera. Co ekspertom Ministerstwa Edukacji Narodowej Homer szkodził, psia jucha?

Reklama
Reklama

A przecież problem lektur jest realny. Współczesny polski nauczyciel jedzie z taczką pod górkę, chcąc ukazać piękno heksametru i trzynastozgłoskowca. Eksperci chcieli pomóc nauczycielkom, dając im więcej przestrzeni dla lektur bardziej strawnych. Okazali się jednak w tym sensie ograniczeni, że nie pojęli emocji szkoły, której chcieli pomóc. Emocji, że barbarzyńska góra chce ograbić edukację z (resztek) cywilizacji europejskiej. Nie mają Chińczycy i Hindusi swojego Jezusa, nie mają Akwinaty, Szekspira, Arystotelesa i Justyniana, a my mamy. Na tym trzeba budować, a nie na współczesnych modach psychologicznych i pedagogicznych.

MEN nie jest ostoją wrogów cywilizacji. Nie ma natomiast rozpoznania głębszych lęków toczących nauczycieli przejętych polską edukacją. Cieszy się, kiedy ten czy inny pisowiec wystrzeli z jakimiś bzdurami. Wtedy może uśmiechać się w poczuciu wyższości. W innym wymiarze, rzeczywistego dialogu, wielkich osiągnięć nie odnotowało. Oświata zalicza kolejne burze, a przejaśnienie jak nie chciało przyjść, tak nie przychodzi.

Źródło: Zero.pl
Jan Wróbel
Jan WróbelHistoryk, nauczyciel, publicysta; prowadzi Poranną Rozmowę Radia VOX - autor zewnętrzny