Reklama
Reklama
Kraj

Cisza, którą łatwo pomylić z bezpieczeństwem

Coraz częstsze naruszenia przestrzeni powietrznej naszych sąsiadów przypominają, że bezpieczeństwo, które uznajemy za oczywistość, jest w rzeczywistości stanem kruchym i niepewnym. To dobry moment, by zatrzymać się i zastanowić, jak łatwo przywykamy do zagrożeń, których nie powinniśmy ignorować.

Wojciech Parol
Felieton autorstwa: Wojciech Parol
04 kwietnia
5 minut
Do konfliktów zbrojnych naszego państwa podchodzimy w kategoriach historyczno-teoretycznych, a rządowe broszurki traktujemy jak zbędny spam, kolejną papierologię, która nie ma prawa nas dotyczyć. (fot. Tomas Ragina / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Kolejny dron naruszył przestrzeń powietrzną Łotwy – ten komunikat, który usłyszeliśmy w ubiegłym tygodniu, brzmi już niemal jak rutynowa prognoza pogody. Po raz kolejny słyszymy o balonach, niezidentyfikowanych obiektach i „incydentach”, które przestały być domeną filmów szpiegowskich, a stały się elementem medialnego szumu ze wschodniej flanki NATO.


Reklama

Skala i częstotliwość tych zdarzeń są zbyt duże, bym mógł uwierzyć w błąd nawigacyjny czy zwykły zbieg okoliczności. Rosja systematycznie przesuwa granicę naszej tolerancji, sprawdzając, jak głęboko możemy się przyzwyczaić do naruszania naszej suwerenności. Każdy taki dron to komunikat: „Jesteśmy blisko, a wasze bezpieczeństwo jest tylko umowne”.

To klasyczna taktyka „gotowania żaby” – kropla po kropli sączy się w naszą przestrzeń niepokój, byśmy w końcu przestali reagować na realne zagrożenie, uznając je za uciążliwe, ale niegroźne tło.

Cena przyzwyczajenia

Jednak ta oswojona rutyna ma swoją mroczną cenę, o której zbyt łatwo zapominamy, patrząc na mapy z bezpiecznej odległości. Najdobitniej przypomina o tym los naszych sąsiadów.


Reklama

W tym roku minęły cztery lata, odkąd na wschodzie poranek przestał im się kojarzyć z kawą, a zaczął z nerwowym sprawdzaniem komunikatów o nalotach. Od 2022 r. rzeczywistość za naszą wschodnią granicą uległa brutalnej dekonstrukcji. To, co dla nas jest przezroczystą codziennością, dla Ukraińców, którzy zostali w kraju, stało się towarem deficytowym: pewność, że wyjście z domu nie będzie tym ostatnim.


Reklama

Trudno oprzeć się ukłuciu nostalgii, gdy wspomni się rok 2012. Byliśmy wtedy – Polacy i Ukraińcy – pełni aspiracji, dumni ze wspólnej organizacji Mistrzostw Europy. Stadiony w Warszawie i Kijowie tętniły tym samym entuzjazmem, a granica wydawała się jedynie formalnością na drodze do wspólnej, europejskiej przyszłości.

Dziś te wspomnienia brzmią jak opowieść z innej ery, niemal alternatywnej linii czasu.

Patrząc na to z perspektywy bezpiecznego fotela w Polsce, moją najważniejszą codzienną praktyką stała się pielęgnacja wdzięczności. Wdzięczności za ciszę za oknem. Wdzięczności za to, że planowanie urlopu czy ścieżki zawodowej nie jest aktem desperackiej odwagi, lecz naturalnym prawem.


Reklama


Reklama

Historia postawiła nas w wyjątkowym miejscu. Podczas gdy tuż obok toczy się walka o przetrwanie, my otrzymaliśmy od losu ogromny kredyt zaufania: warunki do wzrostu i rozwoju, o jakich pokolenia przed nami mogły tylko marzyć.

„Lepszy najgorszy dzień pokoju niż najlepszy dzień wojny”.

Stąpanie po cienkim lodzie

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Ponieważ dzisiejsza geopolityka przypomina stąpanie po cienkim lodzie w samym środku odwilży. Żyjemy w czasach, w których planowanie przyszłości w perspektywie roku wydaje się aktem niemal zuchwałym, skoro nie mamy pewności, co przyniesie nadchodzący miesiąc.


Reklama

Każdy taki incydent, jak wspomniane wcześniej naruszanie przestrzeni powietrznej, powinien przypominać nam, że to, co podświadomie uznaliśmy za „pewnik” i nienaruszalną normę, jest w istocie stanem wyjątkowo kruchym.


Reklama

Często reagujemy na to wyparciem. Kiedy media donoszą o planach Rosji wobec wschodniej flanki, a rząd wysyła nam do domów poradniki bezpieczeństwa, wielu z nas kwituje to wzruszeniem ramion.

Polskie wojsko nie udostępnia nieba do walki z Rosją. Jest komunikat dowództwa

Do konfliktów zbrojnych naszego państwa z innym podchodzimy w kategoriach historyczno-teoretycznych, a rządowe broszurki traktujemy jak zbędny spam, kolejną papierologię, która nie ma prawa nas dotyczyć.


Reklama

A jednak historia najnowsza dała nam już lekcję pokory: że dobrobyt wcale nie jest w naszym przypadku „domyślny”.


Reklama

Pandemia była pierwszym od dekad momentem, w którym nasza rzeczywistość zmieniła swoje oblicze. Puste półki, które dotąd znaliśmy tylko z czarno-białych kronik. Godzinne kolejki. Strach przed przekroczeniem progu własnego mieszkania.

A jednak to, co wtedy wydawało się dla niektórych końcem świata, było zaledwie lekką niedogodnością w porównaniu z katastrofą konfliktu zbrojnego.

Polska chce 300 tys. żołnierzy. Ambicje pozostają jednak tylko na papierze


Reklama

Ten tekst nie ma być manifestem pesymizmu ani próbą uprawiania i szerzenia paniki dla clickbaitu. Nie piszę go po to, by kogokolwiek straszyć, lecz po to, by nas wszystkich nieco mocniej osadzić w „tu i teraz”.


Reklama

Choć postulat, by „doceniać to, co mamy”, brzmi jak wyświechtany frazes z taniego poradnika motywacyjnego, w obecnych okolicznościach zyskuje nowy, głębszy sens.

Paradoks codzienności

Żyjemy w swoistym paradoksie: dajemy się całkowicie pochłonąć mikrozarządzaniu własnym życiem. Tracimy energię – a czasem wręcz zdrowie – na frustrację z powodu korków, spóźnionego kuriera czy nadmiaru służbowych maili.

Te drobne, irytujące tarcia codzienności tak skutecznie wypełniają nam pole widzenia, że przestajemy dostrzegać fundament, na którym to wszystko stoi.

A tym fundamentem jest przywilej życia w kraju wolnym. W kraju, w którym słowo „mobilizacja” kojarzy się nam z nowym projektem w pracy lub wyjściem na siłownię, a nie z pożegnaniem na dworcu z najbliższą rodziną, które może być tym ostatnim.