
Na popularnej grupie facebookowej pojawił się dramatyczny post polskiego kierowcy busa zatrzymanego w Niemczech do kontroli. Tamtejsi inspektorzy dopatrzyli się ingerencji w sterownik silnika, dzięki któremu usunięto system AdBlue. Kierowca stracił i sterownik, i tablice, i prawo do dalszej jazdy.
- Niemiecka inspekcja transportu drogowego poluje na auta z silnikami Diesla, w których zmodyfikowano układ oczyszczania spalin. Chodzi im głównie o tlenki azotu.
- Nie jest tajemnicą, że w pierwszej kolejności kontrolowane są pojazdy z Polski i innych krajów na wschód od Niemiec. Pewnie tu jest największa szansa na znalezienie czegoś podejrzanego.
- Co grozi złapanemu kierowcy? Tu występuje duża rozbieżność wśród opinii – zdarzają się przypadki uniknięcia kary, zdarzają się i grzywny po 5 tys. euro.
Od wielu lat już samochody dostawcze i ciężarowe są obowiązkowo wyposażone w system oczyszczania spalin SCR – katalizator selektywny. Układ ten redukuje emisję tlenków azotu przez dotryskiwanie do silnika roztworu mocznika znanego jako AdBlue. Płyn ten można kupić po prostu z dystrybutora, tak jak olej napędowy, i trzeba dbać o jego poziom, bo inaczej pojazd nie będzie dawał się uruchomić.
O ile w ciężarówkach działa to akceptowalnie, o tyle w mniejszych pojazdach potrafi mocno dać się kierowcy we znaki wskutek nieustannego pojawiania się komunikatów o usterce. A to zatka się przewód, a to sitko, często też źródła awarii nie sposób ustalić – to wszystko skłania kierowców do zastosowania skutecznego rozwiązania znanego jako „wyprogramowanie AdBlue”. Następuje ingerencja w sterownik silnika, który przestaje zgłaszać zapotrzebowanie na AdBlue i problem się rozwiązuje.
Znane są liczne przypadki, gdzie samochód dostawczy z przebiegiem 40-60 tys. km był właściwie bezużyteczny przez nawracające problemy z SCR. W dodatku ekologiczne rozwiązania skracają ogólną żywotność silnika. Naprawdę trudno się dziwić użytkownikom, że decydują się na skuteczne usunięcie tego wynalazku.

Renault Master bez AdBlue (fot. Facebook)
Ale nie jedźcie takim busem do Niemiec
Kierowca białego Renault Master wylądował na lawecie po kontroli niemieckiej inspekcji transportowej BALM (kiedyś znanej jako BAG, stąd polska nazwa „bagiety”). Podczas kontroli podłącza się wtyczkę diagnostyczną i sprawdza ile czasu upłynęło od ostatniego dotrysku AdBlue. Jeśli jest to bardzo dużo kilometrów (sprawa uznaniowa), można uznać że AdBlue zostało nielegalnie wyłączone.
W tym przypadku wyszło na jaw, że ktoś usunął SCR, więc inspektorzy uznali to za nielegalną ingerencję w pojazd i zabezpieczyli sterownik silnika jako dowód przestępstwa. Odebrali również tablice rejestracyjne i dowód. Samochód musiał wylądować na lawecie. Kierowca pyta, co dalej, a post zebrał już znacznie ponad 100 komentarzy. Okazuje się, że dalsza procedura nie jest taka oczywista i zależy trochę od podejścia niemieckich władz:
- może wystąpić wersja, w której Niemcy odsyłają tablice i dowód do polskiego wydziału komunikacji, a osobno prowadzą postępowanie w sprawie nielegalnej modyfikacji silnika
- może zdarzyć się, że ani tablic, ani dowodu nie oddadzą tylko zatrzymają je jako dowód w postępowaniu o przestępstwo przeciw środowisku. To najgorszy wariant.
- następnie może przyjść albo powiadomienie o umorzeniu, jeśli dowody będą niewystarczające, albo kierowca zostanie ukarany grzywną, najczęściej w wysokości od 1 do 5 tys. euro. Gdyby mowa była o aucie ciężarowym, służby mogłyby też naliczyć dodatkową karę w postaci „wstecznego myta” – samochody z SCR płacą niższą stawkę opłaty drogowej za kilometr, a jeśli SCR nie było, to opłata kilometrowa powinna była być wyższa.
Kierowcy polskiej firmy transportowej utknęli w Holandii. Prostujemy aferę z TikToka
Do momentu odesłania tablic do Polski autem oczywiście nie można jeździć, a jeśli Niemcy tablic nie odeślą, to jesteśmy w punkcie bez wyjścia. Nie można zgłosić zagubienia tablic i przerejestrować pojazdu, bo poświadczymy nieprawdę i może dojść do sytuacji, gdzie jeden pojazd będzie zarejestrowany dwukrotnie na dwie różne tablice. Zatem nie ma jednej stałej procedury na takie zdarzenie i w komentarzach pojawiało się wiele możliwych wariantów.
Twarde prawo, ale prawo
Niemieccy inspektorzy nie mogli postąpić inaczej. Traktują oni swoją pracę poważnie, podobnie jak poważnie podchodzą do kwestii ochrony środowiska. Powinienem w tym miejscu pewnie napisać jakieś słowa potępienia względem polskiego kierowcy, ale nie potrafię. To nie jest wina użytkownika pojazdu, że skomplikowany system oczyszczania spalin narzucony przez unijne prawodawstwo albo nie chce działać, albo wręcz uniemożliwia korzystanie z auta.
Auto bez AdBlue z punktu widzenia użytkownika funkcjonuje lepiej, a ewentualne szkody środowiskowe łatwo zracjonalizować, mówiąc że w Afryce czy Indiach nikt się tym nie przejmuje, więc nasze wysiłki i tak są po nic. To już kwestia do dyskusji akademickiej, ale jedno jest pewne: jeśli wybieracie się do Niemiec busem, to albo musicie mieć sprawne AdBlue, albo musicie nie mieć go w ogóle z fabryki. Pewnie dlatego zadbane busy sprzed 2014 r. kosztują tyle samo albo więcej co te nowsze.
Jeszcze tylko wyciąć DPF i w drogę!

