- Dziś Moskwa obchodzi 81. rocznicę zwycięstwa Stalina, a stalinizm z pełną mocą wraca do Rosji. Zamiast terroru władza stosuje jednak selektywne uderzenia, konfiskaty majątków i medialne upokorzenia.
- Rosyjskie elity hurtowo trafiają do więzień i tracą dorobek całego życia – generałowie, gubernatorzy i miliarderzy zamieniają luksus na dres i sądową klatkę w ramach punktowych, pokazowych represji.
- „Walka z korupcją” to narzędzie władzy, nie reforma – represje dyscyplinują aparat państwa, finansują wojnę i wywołują permanentny strach wśród rosyjskich elit.
- Urzędnicy śpią jak za Stalina: ze szczoteczką do zębów i „bagażem podręcznym” przy łóżku, bo nie wiedzą, czy nad ranem nie zapukają panowie w kominiarkach.
- System pożera własnych ludzi – nawet protekcja Kremla nie chroni już przed aresztem, całkowitą degradacją cywilną lub morderstwem z rąk seryjnego zabójcy.
Facet w staromodnym sweterku pochyla głowę, słysząc wyrok 19 lat więzienia. Na początku rozprawy łysiejący 69-latek paradował na sali sądowej w mundurze obwieszonym medalami, ale szybko stracił wolę oporu polegającą na przypominaniu światu, że był potężnym generałem i wiceministrem obrony Federacji Rosyjskiej.
Jak każdy oskarżony wskoczył w dresik i nieśmiertelny sweterek. 10 kwietnia 2026 r. usłyszał wyrok z czterech paragrafów, m.in. z art. 222 par. 1 kodeksu karnego: nielegalny handel bronią. Jeśli odwiedzicie profil Pawła Popowa na rosyjskiej Wikipedii, już w pierwszych słowach dowiecie się, że był wojskowym i jest korupcjonierem (rosyjskie słowo na ludzi skorumpowanych). Autorzy nie dopisali tylko, że to protegowany byłego ministra obrony Siergieja Szojgu, którego klan jest systematycznie niszczony.
Nie wiadomo jeszcze, jak na sali sądowej będzie wyglądał Anton Sierikow, zniewieściały czterdziestokilkulatek, którego oczy sprawiają wrażenie wiecznie zapłakanych. Sierikow jeszcze niedawno oprowadzał Putina po kierowanym przez siebie Centrum Wiedzy Maszuk, ale w drugiej połowie marca trafił do aresztu Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Lefortowo z art. 160 par. 4 kodeksu karnego: defraudacja na dużą skalę.
Wszyscy wiedzą, że biega dla jednego z najbardziej wpływowych ludzi w strukturach administracji prezydenta, Siergieja Kirijenki, i że aresztowanie Sierikowa ma związek z niedawnym internetowym blackoutem w Moskwie. Sierikow w kajdankach to walenie generałów Federalnej Służby Bezpieczeństwa w drzwi Kirijenki, którzy domagają się od niego kawałka tortu w nowym podziale internetowego rynku w Rosji.
Z pustym wzrokiem wyroku wysłuchuje kolejny stojący w klatce urzędniczyna, jakby wyjęty z powieści Gogola – gładkolicy, zawsze uprzejmy wobec ludzi bulbasek, który lubi wziąć w łapkę pod stołem. Do czego zresztą się przyznał. Art. 290 par. 6 kodeksu karnego: przyjęcie łapówki o wyjątkowo dużym rozmiarze. Współpraca z organami ścigania nie bardzo mu pomogła. 6 kwietnia 2026 r. były gubernator obwodu kirowskiego Aleksiej Smirnow usłyszał wyrok 14 lat więzienia, kary finansowej w wysokości 400 mln rubli (!) i konfiskaty całego majątku wartego 21 mln rubli.
Nie pomogli mu najwyżej ustawieni mocodawcy – bracia Rotenbergowie, jedni z najbogatszych ludzi w Rosji i koledzy Putina z dzieciństwa, którzy tak się jakoś składa, zawsze wygrywają przetargi na największe projekty budowlane w kraju. Być może jednak Smirnow powinien dziękować Bogu, że ocalił życie. Inny protegowany Rotenbergów, minister transportu Roman Starowojt popełnił honorowe samobójstwo, gdy spadły na niego oskarżenia.
Seryjny samobójca
Rosjanie z kręgów władzy, którzy z wysokiego stołka zlatują na samo dno, tworzą coś w rodzaju pociągu gości weselnych, którzy bez końca okrążają salę, i za każdym razem dołącza do nich ktoś nowy. W samym tylko marcu i kwietniu tego roku doszlusowali do nich, m.in. wysocy rangą oficerowie FSB obwodu czelabińskiego, szef dużej organizacji sportowej w Astrachaniu, wicemer Soczi i jego współpracownicy z urzędu miasta oraz dwóch ludzi Szojgu z ministerstwa obrony – dyrektor Nikołaj Żabin i wiceminister Rusłan Calikow. Trzy miesiące po aresztowaniu wspomnianego gubernatora Smirnowa przyszła kolej na gubernatora obwodu tambowskiego Maksima Jegorowa. O wicegubernatorach nawet nie wspominam, ci spadają lawinowo.
Każdego dnia do aresztów FSB i Komitetu Śledczego trafiają urzędnicy, rektorzy uczelni, merowie, wiceministrowie, gubernatorzy, szefowie regionalnych agencji, wysocy rangą oficerowie policji, wojska, Gwardii Narodowej i tejże FSB – nieco rzadziej, ale jednak, wywiadu wojskowego GRU i wywiadu cywilnego SWR.
Do tego dochodzą przedsiębiorcy należący do podkategorii milioner, multimilioner i miliarder. Zdecydowana większość aresztowanych traci majątki i pokazywana jest w państwowych mediach, a więc wraz z rodziną publicznie wali nomenklaturowym pyszczkiem o bruk.
Do weselnego pociągu należy jeszcze doliczyć „seryjnego samobójcę”, który od kilku lat grasuje po Moskwie, czasami odwiedzając Sankt Petersburg. Po zbadaniu miejsca zbrodni policja zapisuje w raporcie „brak śladu udziału osób trzecich”. Większość jego ofiar wypada z okna, czasami za burtę jachtu czy barierki szpitalnego balkonu. W ostatnim roku wypadanie z okien nieco wyszło z mody. „Seryjny samobójca” podkłada ładunki wybuchowe pod samochody, używa pistoletów i noży, niekiedy dokonując samobójstwa rozszerzonego na całą rodzinę.
Jeśli ma lepszy humor wywołuje mniej bolesny zawał serca czy wylew krwi do mózgu. Tak czy siak od 2022 r. zrobił wypadki ponad 60 wiceprezesom, top menedżerom i dyrektorom państwowych koncernów, takich jak Łukoil, Rosnieft, Gazprom, Sbierbank, itd. Dla najwyższych rangą oficerów wojskowych zarezerwowane są samochody pułapki i zawodowi killerzy. O śmierć otarli się na przykład wiceszef GRU gen. Władimir Aleksiejew oraz generał FSB Siergiej Biesieda. Choć tu trzeba seryjnemu samobójcy odjąć nieco zasług, gdyż częściowo wyręczają go ukraińskie służby.
Słowem zagrożeni utratą życia i/lub majątków są wszyscy z kręgów władzy, z wyjątkiem osób z najbliższego otoczenia Putina. Głowy spadają ich protegowanym, co wcale nie oznacza, że kiedyś nie przyjdzie kryska na kremlowskiego Matyska. W końcu pociąg jedzie z daleka:
Pięknie pana prosimy
Jeszcze miejsce widzimy
A więc prędko wsiadajcie
Do więzienia ruszajcie
Jedzie pociąg z daleka…
Bagaż podręczny do łagru
Jeśli czytacie ten artykuł, jak kronikę czasów stalinowskich, to dobrze kombinujecie. Co prawda, wtedy nie konfiskowano majątków, bo formalnie nikt ich nie posiadał, wszystko należało do państwa. Istotą było coś innego.
Wielokrotnie spotykałem w Rosji wnuków i wnuczki ludzi pracujących w stalinowskich strukturach państwa, którzy opowiadali mi jak ich przodkowie codziennie kładąc się do łóżka stawiali obok „bagaż podręczny”, wkładając do niego szczoteczkę do zębów, ciepłą kurtkę i skarpety, ewentualnie papierosy. Na wypadek, gdyby przyszło im kolejne 25 lat spędzić w łagrze na Kołymie czy kazachskiej Syberii.
Od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, a może nawet chwilę wcześniej, w podobnej atmosferze żyją putinowscy biurokraci cywilni i wojskowi. W przeciwieństwie do epoki stalinowskiej większość z nich nie zginie. Jak pisali w książce „Spin dyktatorzy. Nowe oblicze tyranii w XXI wieku” Daniel Treisman i Siergiej Gurijew (były doradca byłego prezydent Dmitrija Miedwiediewa), współczesne dyktatury skonstatowały, że o wiele skuteczniejsze są punktowe represje, plus mocna inwigilacja i zręczna propaganda. Toteż jeśli chodzi o rosyjskich polityków i urzędników zamiast fizycznej likwidacji czeka ich śmierć cywilna oraz utrata majątku i życia.
Michaił Komin, niegdyś pracujący w strukturach rosyjskiego państwa, dziś żyjący między Waszyngtonem i Brukselą analityk European Council of Foreign Relations wykłócał się ze mną, że o stalinizmie w obecnej Rosji nie może być mowy.
– Proszę spojrzeć – mówię do niego. – Według Radio Svoboda co miesiąc wszczyna się 20 spraw karnych przeciwko wysoko postawionym urzędnikom państwowym. Ja rozumiem, nikt nie stawia ich pod ścianą, jak w czasach terroru stalinowskiego, ale takiego tempa nie narzuca nawet Korea Północna.
– Wciąż jest to kilkunastokrotnie mniej niż w epoce stalinizmu – twierdzi Michaił Komin.
– Ale sam pan pisze – naciskam jak neofita kursów asertywności – że w zeszłym roku liczba spraw karnych przeciwko wysokim rangą urzędnikom wzrosła o prawie 30 proc. Ponad 260 osób. Pan poczeka, ja to obliczę… – stukam w kalkulator jak człowiek z poprzedniej epoki – Wychodzi… 0,7 wysokiego urzędnika na dzień. To mało?
– Represje nie są tak masowe i stosowane na ślepo jak w stalinizmie. Ich celem jest wywołanie w machinie państwowej poczucia niepewności – odparł.
Zawsze przechodzę z Rosjanami podobną szamotaninę. Nawet obrażeni na swój ukochany kraj nigdy nie pozwolą go tak do końca oczernić przed obcokrajowcem. Mówią wtedy coś w rodzaju „na tle innych państw” albo „sprawa ma się nieco inaczej”.
– Michaił, około 50 proc. elity regionalnej poszło pod sąd. Od 2012 r. do dzisiaj, co szósty gubernator trafił do więzienia! Przyzna pan, że to dość ryzykowne stanowisko pracy? – przekonuję.
– OK. W pewnym sensie proces przypomina czasy stalinowskie, ponieważ cyrkulacja represji utrzymuje lojalność graczy wewnątrz systemu – przyznaje Komin, ale tak po amerykańsku, językiem teorii gier. – Wiszące nad graczami ryzyko wypadnięcia z dystrybucji zasobów powoduje, że są bezbronni, nie wiedzą komu mogą ufać, kto z nich jest chroniony przez silniejszych graczy, a kto nie. Jednak lojalność i bezbronność zostają osiągnięte przez punktowe represje, a nie terror totalny – wyjaśnia.

Źródło: Nowaja Gazieta Jewropa.
Zbrodnia i kara. Putin edition
Oprócz wytwarzania lojalności i bezbronności, represje mają kilka innych funkcji. Do inwazji na Ukrainę rosyjski system polityczny wyglądał jak planeta okrążona wrogimi satelitami. Satelitami byli ludzie tacy jak szef Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn, którego nie ma już wśród żywych, głowa Czeczenii Ramzan Kadyrow czy Konstantin Małofiejew – ultras reakcji, nacjonalizmu i prawosławia oraz miliarder i właściciel konglomeratu mediów pod nazwą Cargrad.
Radykałowie każdego dnia krzyczeli, że Rosja potrzebuje nowego Stalina, a złodzieje, liberaści i zdrajcy powinni trafić do łagru. Członkowie elity i Putin wiedzieli, że radykałowie odzwierciedlają poglądy jakiś 20-30 proc. Rosjan, a idea „nowy Stalin na korupcjonierów” cieszy się jeszcze większą popularnością.
Ta pugałka (straszak) wpychała elitę jak przestraszonego pieska w ręce właściciela o imieniu Władimir. W systemie, gdzie korupcja jest zjawiskiem powszechnym, jej członkowie mają na sumieniu niemało grzechów i grzeszków, ale przed karą chronił ich przywódca, który niemal wprost mówił: spójrzcie, za moimi plecami kły szczerzą radykałowie, domagający się nowego Stalina, który was rozszarpie. Ja was przed nimi ochronię i pozwolę wam nakraść w granicach zdrowego rozsądku.
Jednak pełnoskalowa wojna na Ukrainie zmusiła Rosjan do poświęcenia narodowego – walki na froncie, podniosła ceny, jeszcze bardziej pogorszyła służbę zdrowia. W takich warunkach pogląd „bij ku… i złodziei” ulega radykalizacji, i rządzący nie mogą już ignorować potrzeby nowego Stalina. Muszą go zmartwychwstać jak Frankensteina.
Dlatego w rosyjskim internecie i telewizji każdego dnia widzowie oglądają niegdyś ważne i bogate persony, które teraz przed obliczem sądu stoją w uwłaczającej klatce jak jakiś Hannibal Lecter. Kiedy twój mąż siedzi w okopie albo musisz czegoś odmawiać swym dzieciom, bo sankcje osłabiły gospodarkę, twoje oko cieszy stojący w klatce wiceminister obrony Timur Iwanow.
Niedawno wrzucał fotki w garniaku i muszce, na których u boku pięknej żony Swietłany żył wedle maksymy antycznych Greków „kto bogatemu zabroni”. Teraz i on założył sweterek wujaszka Wani natomiast eks-żona Swietłana się go wyparła.
Słowem, Rosjanin otrzymuje na ekranie dawkę sprawiedliwości pod postacią publicznej chłosty, poniżenia i bolesnej kary wobec oskarżonych, których bądźmy szczerzy, w większości nie sposób żałować, i którzy powinni trafić do łagru. To efektywna polittechnologia kojąca żądanie sprawiedliwości i emocje wojennego poświęcenia Rosjan. „Zbrodnia i kara. Putin edition”.
Naturalnie, dla władz o wiele ważniejsza jest kwestia gospodarki i dyscyplinowania elit. Kraj uczestniczy w egzystencjalnej wojnie z Zachodem i podążanie za wolą przywódcy staje się koniecznością historyczną, a ta jak wiadomo, nie podlega dyskusji. Polityk czy urzędnik, który kładąc się spać stawia obok łóżka bagaż podręczny, bo nie wie czy w nocy nie wparują do jego posiadłości panowie w kominiarkach, nie ma czasu myśleć o krytyce Putina.
Wojna dronów na Ukrainie. Jak tanie maszyny niszczą drogie cele Rosji?
Nawet wśród najbliższych mu osób. Jedyną jego troską jest, by doczekać dnia następnego na wolności i w dobrobycie. Taki biurokrata tępo, ale skutecznie wykonuje polecenia z wierchuszki, choćby był przekonany o ich irracjonalności. Przy okazji Putin wysyła ostrzeżenia do najbliższych mu ludzi w rodzaju: walcowanie tych niżej nie oznacza, że i was nie dosięgnie. Każdy spisek, nieautoryzowany kontakt z Zachodem czy krytyka wojny będzie karana, a u was to dopiero jest co wywłaszczać i z czego rozliczać.
Represje i konfiskaty to także walka o kurczące się zasoby wewnątrz pogarszającej się gospodarki, gdzie od kilku lat inwestycje zagraniczne notują bilans ujemny. Ludzie na samej górze zabezpieczeni są na kilka pokoleń do przodu, ale kolejne eszelony władzy, aby dobrze zarabiać muszą szukać zasobów w terenie. Skoro został uruchomiony kołowrotek represji, pojawiła się ku temu historyczna okazja – każdy wydziera korupcjonierom, ile tylko zdoła. Naturalnie, nie ma tak dobrze, że skonfiskowany majątek w całości dostaje się w ręce łowców okazji, bo większą część zabiera państwo.
Na przykład w kwietniu zaocznie został aresztowany Aleksandr Galicki, inwestujący w sektor AI i cyberbezpieczeństwo. Jego przynoszący miliardowe zyski Almaz Capital Partners został uznany za organizację ekstremistyczną, a majątek rodzinny wart 8 mld rubli skonfiskowano. Zapewne to państwowy big tech i jego szefowie wezmą sobie dorobek Galickiego, ale zawsze coś tam skapnie skromnemu majorowi.
Tu dochodzimy do sedna sprawy. Państwo rosyjskie nieustannie szuka nowych sposobów sięgnięcia do kieszeni Rosjan, by w warunkach kurczącej się gospodarki, pozyskiwać pieniądze na realizację mocarstwowej polityki. W ostatnim roku sporą część kosztów przerzuciło na obywateli, ograniczając ulgi i dotacje czy podnosząc stawkę VAT i opłaty komunalne.
Represje, choć nie zostały wymyślone przez technokratów takich jak Elwira Nabiulina szefowa Banku Centralnego czy premier Michaił Miszustin, są elementem pozyskiwania środków do budżetu oraz jego uszczelniania. Państwo zabiera domy i oszczędności na swoje wydatki, ale też powoli przyzwyczaja trzeci-czwarty-dziesiąty garnitur biurokratów, że skończyło się korupcyjne eldorado, na które państwo przymyka oczy. Zaś najbogatsi przedsiębiorcy i oligarchowie lepiej niech dwa razy się zastanowią przed wyprowadzaniem pieniędzy z kraju, bo mogą stracić wszystko, co posiadają w Rosji.
Putinowski system posiada bardzo efektywne narzędzia do prowadzenia represyjnego fiskalizmu. Profesor Kiriłł Titajew, do wojny naukowiec Europejskiego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, w swoim opracowaniu na temat struktur siłowych pisał:
„Rosyjski sektor organów ścigania (policja, prokuratura, Komitet Śledczy i FSB) bierze aktywny udział w życiu gospodarczym. Pierwsza forma jego udziału wiąże się z wrogimi przejęciami firm na własne potrzeby lub dla zleceniodawcy w zamian za wynagrodzenie. Druga to ochrona przed wrogimi przejęciami ze strony innych graczy. Trzecia polega na zapewnieniu bezpieczeństwa i siłowym wspieraniu biznesu. Taka korupcja jest dostępna dla zaledwie 10-15 tys. kierowników wysokiego szczebla. Czwarta to zakupy na potrzeby państwa po znacznie zawyżonych cenach, a następnie podział nadwyżki zysku między dostawcę a klienta. Tylko nieliczni urzędnicy najwyższego szczebla mają do tego dostęp”.
Kanibalizm siłowików
Efekt represyjnego fiskalizmu jest taki, że organy ścigania konkurują, kto więcej przyniesie Putinowi w zębach. Aleksandr Gucan, prokurator generalny dzielnie meldował prezydentowi: „W 2025 r. prokuratorzy ujawnili ponad 150 tys. naruszeń przepisów antykorupcyjnych. Odzyskaliśmy dla budżetu 2 tys. nieruchomości i innych aktywów o łącznej wartości 1,6 bln rubli”.
Szef Komitetu Śledczego, Aleksandr Bastrykin wolał procenty: „W 2025 r. nasi śledczy skierowali do sądu o 29 proc. więcej spraw karnych związanych z korupcją”. Szefowie FSB raportowali: „W 2025 r. nasza służba zapobiegła kradzieży 30 mld rubli z kompleksu obronno-przemysłowego. Wszczęto ponad 700 spraw karnych i skazano ponad 200 osób. Do budżetu federalnego zwróciliśmy 10 mld rubli”.
Szefowie organów ścigania nie mówią jednak, że podobnie jak w czasach stalinowskich, to oni w pierwszej kolejności padają ofiarą czystek. Niezależne analizy wskazują, że wśród aresztowanych największą grupę stanowią organy ścigania i służby bezpieczeństwa (28 proc.), dopiero potem budownictwo i deweloperka (18 proc.), handel i przemysł (11 proc.), a na końcu transport i zasoby naturalne (po 8 proc.).
Już po wybuchu wojny przeprowadzałem wywiad z byłym policjantem Romanem Chabarowem, który trafił do więzienia ponieważ zwolnił się z firmy, publicznie ją krytykując, m.in. w filmie Aleksieja Nawalnego. Opowiedział mi przezabawną historię jak wszedł do celi, gdzie siedzieli oficerowie policji oraz FSB.
To byli bardzo inteligentni ludzie. Używali najdroższych perfum, czytali zachodnie książki, wiedzieli, co dzieje się w świecie. Jednocześnie przypominali pracowników NKWD z czasów stalinowskich, którzy pół roku wcześniej bili ludzi podczas przesłuchań, a potem dziwili się, że to oni siedzą w sali przesłuchań i są bici. Niektórzy nawet pisali listy: Towarzyszu Stalinie, doszło do straszliwej pomyłki. Pomóżcie.
Fragment wykorzystany w mojej książce pt. „Oddział chorych na Rosję”.
Funkcjonariusze rosyjskich służb, którzy partycypują w każdej dziedzinie życia i budzą lęk wśród współobywateli, sami są sparaliżowani strachem. I to przed swoją gildią. Rezultatem tego jest „seryjny samobójca”, ponieważ siłowicy, czyli przedstawiciele rosyjskich służb, tam, gdzie mogą zrzucają z siebie odpowiedzialność za porażki i przekręty.
Skrajnym przykładem jest samobójstwo ministra transportu Romana Starowojta. Ilja Szumanow z portalu Meduza pisał: „Starowojt jako gubernator przygranicznego obwodu kurskiego ściśle współpracował z wojskiem, służbą graniczną FSB i agencjami kontrwywiadu. Obwód został zajęty przez armię ukraińską. Wojsko i służba bezpieczeństwa nie wywiązały się ze swoich obowiązków (…) ale kogoś musiały ukarać. Okoliczności śmierci Starowojta są uderzająco podobne do serii zgonów wśród kadry kierowniczej najwyższego szczebla w państwowych i prywatnych firmach naftowo-gazowych. Mimo że w chwili śmierci był on już ministrem transportu i protegowanym braci Rotenbergów”.
Ostatnie stwierdzenie to nowa cecha rosyjskiego systemu, o której pisała znana rosyjska ekspertka Tatiana Stanowaja. W tekście „Era dzikiego putinizmu” zwróciła uwagę, że niegdyś potężni patroni jak Rotenbergowie, Kowalczukowie lub Timczenko bronili swoich ludzi jeszcze na etapie śledztwa. Dzisiaj natychmiast się od nich odcinają, bo fokus Putina na karanie wojennych korupcionierów i zdrajców przybrał formę maniakalną, a zatem systemową.
Lekcja dla Polski
W drugiej dekadzie tego stulecia w ramach projektów obejmujących Rosję, w których uczestniczyłem, zapraszaliśmy Rosjan do Polski, aby opowiedzieli nam, w jakim kierunku zmierza ich kraj. Jeszcze przed aneksją Krymu część z nich twierdziła, że władze szykują im „stalinizm light”. Większość nie słuchała lub nie wierzyła, bo wydawało im się niemożliwe, aby jakiekolwiek społeczeństwo drugi raz zaserwowało sobie ten sam koszmar. Jednak Rosja ponownie popędziła trajektorią zwierzęcego strachu.
Nie słuchaliśmy również tego, co Rosjanie mówili na temat przekazywanej im pokoleniowo traumy i dziedzicznego genu strachu. Co „mądrzejsi” polscy eksperci nazywali te twierdzenia rosyjską propagandą. Dzisiaj to nawet zabawne, gdy duże miasta w Polsce zaczynają zapełniać gabinety psychoterapeutów traumy, którzy edukują, że jest ona przenoszona z pokolenia na pokolenie.
Nie słuchaliśmy wreszcie samego Putina, bo i po co? A on już w orędziu o stanie państwa sprzed dwóch lat zapowiedział wymianę elit: „Ci, którzy nic nie zrobili dla społeczeństwa i uważają się za kastę ze szczególnymi prawami i przywilejami zdecydowanie nie są elitą. Prawdziwa elita to ci, którzy służą Rosji, robotnicy i żołnierze, rzetelni, godni zaufania ludzie”.
Jeśli w powyższym cytacie zastąpicie Rosję Związkiem Radzieckim, nie rozróżnicie czy autorem słów jest towarzysz Putin czy Stalin. Bo też w dekadzie dzikiego putinizmu zwyciężył „nowy Stalin”, będący w istocie rewolucją, w ramach której dochodzi do częściowej wymiany elit i częściowego przestawienia klocków hierarchii społecznej.
Polacy mieli swoją transformację i wejście do UE, Amerykanie wokistowską rewolucję tożsamościowej lewicy a potem konserwatywną kontrrewolucję ruchu MAGA. Rosjanie mają represyjny fiskalizm i „nowego Stalina”. A przecież już stary Stalin nauczał:
Kto będzie pamiętał o tej całej [rozstrzelanej] hołocie za dziesięć czy dwadzieścia lat? Nikt.
Moim zdaniem miał całkowitą rację. Pewnie nie pamiętacie już nazwisk skazańców z mojego tekstu. Nie sprawdziliście ich nawet w Google i GPT.

