Reklama

„Radzieccy” do domu, „niemiecki Katyń” i wściekły Chruszczow. Wojskowe zmagania Gomułki i Gierka z Sowietami

Reklama
TYLKO NA

Dzisiejsze polityczne wojny o wojsko i bezpieczeństwo mają swoje echo w czasach PRL, gdy Gomułka i Gierek próbowali lawirować między polską racją stanu a presją Moskwy. Od października ’56, gdy radzieckie dywizje ruszyły na Warszawę, po gierkowską „rakietofilię” – historia pokazuje, jak trudne było odzyskiwanie kontroli nad własnymi siłami zbrojnymi.

 

Wojsko Polskie.
(fot. Asodiumart / Shutterstock)

Żołnierze, obronność, SAFE – te słowa politycy z obu stron barykady odmieniają w ostatnich tygodniach przez wszystkie przypadki. Niestety, nie ma też przypadku w tym, że bezpieczeństwo państwa – sprawa, wydawałoby się, fundamentalna w kontekście wojny na Ukrainie – stała się polem walki partyjnej.


Reklama

„Prezydent naszego kraju dokonał moim zdaniem zdrady stanu” – grzmi w „Kropce nad i” Włodzimierz Czarzasty. „To są zdrajcy, ci, którzy chcą nas zadłużyć na niebywałe pieniądze” – w tyle nie pozostaje Przemysław Czarnek. I tylko wojska szkoda, a z tyłu głowy warto pamiętać, że rosyjskich żołnierzy nie ma już nad Wisłą od 33 lat. A to najdłuższy okres na przestrzeni ostatnich 300 lat.

W ciągu tych trzech wieków polskie siły zbrojne nieraz pozostawały pionkiem w grze rozgrywanej czy to przez carskie, czy sowieckie imperium. Za Gomułki Ludowe Wojsko Polskie (LWP) wzięło udział w inwazji na Czechosłowację, za Gierka inwestowało w broń rakietową, służącą nie naszym, a radzieckim interesom. Działo się to najczęściej za przyzwoleniem polskich komunistów, ale gdy Gomułka ośmielił się sprzeciwić Kremlowi, o mały włos nie doszło do zbrojnej interwencji Sowietów w Polsce. Uniemożliwiła to twarda postawa „Wiesława” i jego towarzyszy, ale także sprzeciw...Chińczyków.

Polaryzacja kontra wojsko

„Bezpieczeństwo? Warszawa? Wspólna sprawa” – jeszcze kilka miesięcy temu pod takim hasłem, przy wszystkich zastrzeżeniach, podpisałaby się pewnie większość polskich sił politycznych. Ktoś jeszcze pamięta, że w marcu 2022 r., tuż po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, „Ustawa o obronie Ojczyzny” (przewidująca m.in. wzrost wydatków na obronność do 3 proc. PKB i utworzenie Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych) została niemal jednogłośnie przyjęta przez Sejm?


Reklama

Owszem, to były raczej momenty jedności niż dłuższe zawieszenie broni, a przykładowo zapora na granicy polsko-białoruskiej stała się przedmiotem bezpardonowej krytyki ze strony antypisowskiej opozycji. Oczywiście do czasu, aż to partie koalicji 15 października przejęły władzę w 2023 r. Wówczas, jak za pstryknięciem palców Donalda Tuska, cudzoziemcy przebywający w pobliżu bariery przestali być „biednymi ludźmi, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”, a stali się niebezpiecznymi migrantami, zagrażającymi naszym służbom i społeczeństwu.


Reklama

Ale, ale – dla, tak nielubianego przez pisowskich ultrasów i Silnych Razem, symetryzmu
kamień, a może nawet głaz do ogródka partii Jarosława Kaczyńskiego. Czy nie skrajną nieodpowiedzialnością było ujawnienie w spocie wyborczym PiS-u z 2023 r. fragmentów dokumentu „Plan użycia Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej Warta – 00101”? Do tego głos ministra obrony narodowej, Mariusza Błaszczaka, przekonujący demagogicznie, że „rząd Tuska w razie wojny był gotowy oddać połowę Polski”.

Partyjniactwo czystej wody, co nie pozostało bez wpływu na stosunki panujące w armii. Nie bez powodu w przededniu wyborów parlamentarnych do dymisji podali się szef Sztabu Generalnego, generał Rajmund Andrzejczak, i Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, generał Tomasz Piotrowski.


Reklama

Na szczęście po 15 października 2023 r. gabinet Tuska kontynuował programy modernizacji polskiej armii, słusznie zapoczątkowane przez poprzednią Radę Ministrów. Prócz tego dochodzą dodatkowe elementy, jak np. powołanie nowej formacji: Wojsk Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia (BSU), ważne zwłaszcza w kontekście wydarzeń rozgrywających się za naszą wschodnią granicą.


Reklama

Niestety, jak się wydaje, dobre, a przynajmniej poprawne relacje ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza z prezydentami, najpierw Andrzejem Dudą, a potem Karolem Nawrockim, należą już do przeszłości. A z pewnością uległy ochłodzeniu po zawetowaniu przez głowę państwa „Ustawy o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE”.

Nawrocki proponuje SAFE 0 proc. Oto kluczowe argumenty za i przeciw

Czy zawetowanej słusznie? Z jednej strony konstytucjonaliści mówiący „jak jest”, a nie „jak jest według KO bądź PiS”, podnoszą wątpliwości dotyczące pozatraktatowego przekazywania przez ustawę uprawnień w zakresie obronności instytucjom unijnym. Faktem też jest, że weto sprawia, iż środki przeznaczone w ramach SAFE na modernizację policji czy straży granicznej mogą przepaść.


Reklama

Z nich miały zaś zostać sfinansowane zakupy takiego sprzętu jak m.in. śmigłowce wielozadaniowe, drony i systemy antydronowe czy wozy opancerzone – rząd mówi o kwocie 7 mld zł. Jedno jest pewne: tak newralgiczny obszar działania państwa, jak bezpieczeństwo, szczególnie militarne, stał się zakładnikiem polaryzacji. A to fatalna wiadomość, tym bardziej że żadna ze stron politycznego sporu nie zamierza zaciągnąć deeskalacyjnego hamulca.


Reklama

Chruszczow wygraża pięścią

Nie da się ukryć, że na decyzję Nawrockiego wpłynęła postawa całej prawicy, przy czym najgłośniej przeciw SAFE gardłował PiS, na czele ze swoim prezesem. Kaczyński stwierdził nawet, że cały projekt pod pozorem wzmocnienia naszych sił zbrojnych służy w zasadzie wyłącznie uzależnieniu Polski od Unii Europejskiej, a przede wszystkim od Niemiec – uznawanych za hegemona Wspólnoty. „Takie państwo powinno siedzieć w kącie i przepraszać, że żyje, a nie próbować przewodzić”, „Proponowana nam jest Polska pod niemieckim butem. My ten niemiecki but odrzucamy” – to tylko dwa cytaty z ostatnich tygodni.

Z politycznych liderów nad Wisłą chyba nikt od czasów Władysława Gomułki nie mówił o zachodnim sąsiedzie tak mocnym językiem. Towarzysz „Wiesław” przez cały okres swoich samowładnych rządów (1956–1970) obawiał się, że jeśli nie zjednoczone Niemcy, to RFN będą dążyć do zmiany granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Czołgi Bundeswehry wdzierające się w głąb kraju, na wysokości Szczecina czy Zielonej Góry? To bardziej wizja antyniemieckiej propagandy z lat 60. niż ówczesne realne zagrożenie, ale I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KC PZPR) był przekonany, że korekta graniczna na drodze dyplomatycznej jest możliwa.

Potencjalne zakusy Niemców na „Ziemie Odzyskane” miał według Gomułki hamować ZSRR, w tym kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Armii Radzieckiej, stacjonujących w Polsce. Historyczny paradoks polega na tym, że wojsko, które miało stanowić gwarancję zachodniej linii granicznej, przy dojściu do władzy „Wiesława” wymierzyło przeciw niemu swoją broń. W październiku 1956 r. rozpoczęła się bowiem jedyna w historii PRL zbrojna interwencja sowiecka.


Reklama

Jak do tego doszło? Otóż gdy na Kreml dotarły informacje o tym, że polscy komuniści chcą na własną rękę dokonać zmian personalnych we władzach PZPR, Nikita Chruszczow i spółka zdecydowali się czym prędzej przylecieć do Polski. Radzieckiemu dyktatorowi nie podobały się szczególnie plany wyboru Gomułki na przywódcę partii i usunięcia z Biura Politycznego oraz stanowiska wicepremiera Konstantego Rokossowskiego.


Reklama

Ten ostatni, podczas II wojny światowej jeden z najważniejszych dowódców Armii Czerwonej, od kilku lat był też polskim ministrem obrony narodowej i osobiście odpowiadał za sowietyzację Ludowego Wojska Polskiego. Sowieci spokojnie mogliby o nim powiedzieć „nasz człowiek w Warszawie” – to właśnie on przekonywał Chruszczowa, że „jeśli istnieje konieczność zbrojnego zahamowania tych elementów kontrrewolucyjnych [w Polsce], to on jest do dyspozycji”.

W związku z tym wszystkim 19 października 1956 r. w Warszawie wylądowała radziecka delegacja partyjno‑wojskowa, w składzie z sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, ale i naczelnym dowódcą sił Układu Warszawskiego, marszałkiem Iwanem Koniewem.

Zresztą niewiele brakowało, aby w ogóle nie dotarli do stolicy: wskutek braku przepływu informacji straż graniczna potraktowała samolot z oficjelami ZSRR jako wrogi i w jego kierunku wysłano myśliwce. Sytuację wyjaśniono na czas, więc nie doszło do powietrznej konfrontacji, ale incydent z pewnością nie poprawił humoru Chruszczowowi. Ledwo znalazł się na lądzie, a już zaczął wygrażać pięścią witającym go Gomułce, Edwardowi Ochabowi (I sekretarz KC PZPR), Józefowi Cyrankiewiczowi (premier) i Aleksandrowi Zawadzkiemu (przewodniczący Rady Państwa).


Reklama

Chruszczow przywitał się przede wszystkim z tow. Rokossowskim i [sowiecką] generalicją, podkreślając: ‘To są ludzie, na których ja się opieram’. Zwracając się do nas, powiedział: ‘Ujawniła się zdradziecka rola tow. Ochaba. Ten numer wam się nie uda’.

Władysław Gomułka


Reklama

Następnie panowie udali się na rozmowy do Belwederu, gdzie rozładowywanie napiętej do granic możliwości atmosfery trwało, w kilku turach, do 1:00 w nocy (pierwotnie negocjacje zaplanowano do 18:00).

Soviet tanks? No, thanks

W trakcie wielogodzinnych narad Polacy zapewniali Sowietów, że sojusz Polska – Związek Radziecki pozostaje nienaruszalny, nominacja Gomułki nie byłaby wymierzonym w nich policzkiem i są w stanie samodzielnie opanować społeczne poruszenie (lato i jesień 1956 r. to czas licznych dyskusji w partyjnych i pozapartyjnych gremiach pod hasłami demokratyzacji ustroju, większego partnerstwa w relacjach z ZSRR czy tworzenia w zakładach pracy samorządów robotniczych).

Mimo tych obietnic w powietrzu nadal można było powiesić siekierę, a w pewnym momencie Chruszczow rzucił: „Jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji”. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy do polskich polityków dotarły meldunki o opuszczeniu przez jednostki Armii Radzieckiej swoich garnizonów i podążaniu w kierunku Warszawy.


Reklama

Pytani o to wojskowi chórem odrzekli, że to nic poważnego, już dawno zaplanowane ćwiczenia, ale nikt nie dał wiary w te tłumaczenia. I bardzo dobrze, bo wspomniane ruchy „sojusznika” stanowiły tylko część akcji zakrojonej na o wiele większą skalę.


Reklama

Jeśli chodzi o lądowy zakres interwencji, to obejmował on przynajmniej dwie dywizje, pancerną i zmechanizowaną, które kierowały się ku stolicy ze Śląska (Żagań, Bolesławiec) i Pomorza Zachodniego (Borne-Sulinowo). Gdy Gomułka i Ochab toczyli zażarte słowne boje z Sowietami, czołgi dzieliło od najważniejszego miasta w Polsce zaledwie 150 kilometrów (na linii Włocławek – Łęczyca).

Mało tego, „polski” minister Rokossowski zadbał, aby dołączyła do nich 1. Dywizja Piechoty, oczywiście nie informując o tym fakcie nikogo z rządu czy PZPR. Dowództwo Armii Radzieckiej postawiło też w stan gotowości kilkanaście dywizji stacjonujących w przygranicznych okręgach wojskowych ZSRR i NRD.


Reklama

A co z działaniami na morzu i w powietrzu? Tam również nie próżnowano: Sowiecka Flota Bałtycka w postaci krążownika „Żdanow”, trzech niszczycieli i flotylli lżejszych okrętów wpłynęła na wody Zatoki Gdańskiej. Z kolei z baz lotniczych na naszym terytorium poderwały się „czerwone” samoloty, które za cel obrały sobie krążenie, niczym stado wygłodniałych sępów, nad polskim Wybrzeżem.


Reklama

Polscy komuniści nie znali oczywiście zakresu radzieckiej akcji, ale zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i zażądali, aby Rokossowski skontaktował się ze swoim odpowiednikiem, marszałkiem Gieorgijem Żukowem. Mieli tylko jeden postulat – odwołanie „manewrów” i powrót żołnierzy z czerwoną gwiazdą do miejsc dyslokacji.

Udało się połowicznie: Sowieci przystali na wstrzymanie ruchu wojsk, ale gdy 20 października delegacja ZSRR wracała do siebie, ich czołgi wciąż miały włączone silniki. I tak jeszcze przez kilka dni, aż wreszcie zwróciły swoje lufy w stronę garnizonów. Czyżby to polskie kierownictwo było aż do tego stopnia asertywne, że wymusiło na kremlowskich decydentach rezygnację z „bratniej pomocy”? Nie do końca – sprzeciw Polaków odegrał swoją rolę, ale ważniejsze okazało się weto ze strony... Chin.

Kwalifikacja wojskowa także dla kobiet? Petycja jest już w Sejmie


Reklama

Gdy 22 października przed Mao Zedongiem stanął ambasador sowiecki, usłyszał bowiem, że należy zaniechać akcji zbrojnej, uznać Gomułkę jako lidera PZPR i „nawiązać z nim współpracę i stosunki na równych warunkach”. Byłoby naiwnością sądzić, że chiński dyktator uczynił ten krok w imię relacji Pekin – Warszawa: chodziło mu o wzmocnienie Państwa Środka na arenie międzynarodowej, a szczególnie w relacjach z Moskwą.


Reklama

Historycy szacują, że tylko wędrówka dwóch „sojuszniczych” dywizji przez Polskę pociągnęła za sobą zniszczenia mostów, dróg i zasiewów w wysokości nawet 50 mln zł. Niemniej był to tylko jeden z problemów natury militarnej, z którymi musiała się zmierzyć nowa gomułkowska ekipa w kontaktach z ZSRR.

Wprawdzie antyradzieckie emocje w społeczeństwie udało się stopniowo wyciszyć, ale armia spod znaku sierpa i młota niezmiennie stacjonowała nad Wisłą w zasadzie bez żadnych regulacji prawnych. Kolejne punkty zapalne stanowili z jednej strony oficerowie sowieccy na stanowiskach etatowych w Ludowym Wojsku Polskim (maj ’56 – 76 oficerów), z drugiej wojskowi doradcy przy LWP (lipiec ’56 – 50 doradców).

Obydwie grupy posiadały reprezentantów ulokowanych naprawdę wysoko: marszałkiem Armii Radzieckiej był sam Rokossowski, stopnie oficerskie w tymże wojsku posiadali również wiceminister obrony, szef sztabu generalnego oraz trójka jego zastępców. Doradcy, a de facto nadzorcy, kontrolowali zaś działalność choćby dowódcy marynarki wojennej czy szefa Głównego Zarządu Politycznego LWP.


Reklama

Kres radzieckiej wolnoamerykanki


Reklama

Społeczeństwo, a także część polskiej generalicji i ważnych ludzi w partii – głosów domagających się polonizacji „ludowej” armii nie brakowało. Gomułka nie zamierzał się im przeciwstawiać; sam zresztą był zwolennikiem zastępowania sowieckich oficerów polskimi. Jednak nie wszędzie i nie zawsze:

Mieliśmy, towarzysze, zamiar – takie było stanowisko Biura [Politycznego] – pozostawić tow. Rokossowskiego na stanowisku dowódcy, pozostawić na stanowisku ministra Obrony Narodowej. Zdaje mi się, że to nasze stanowisko było słusznym stanowiskiem.

To słowa „Wiesława” z 27 października 1956 r., podczas narady z aktywem partyjnym LWP. Na szczęście społeczna presja na odwołanie radzieckiego marszałka w polskim mundurze okazała się zbyt silna i Rokossowski pożegnał się ze wszystkimi stanowiskami. Wyjechał z Polski 14 lub 15 listopada 1956 r., podobno z dwiema walizkami i psem pod pachą.


Reklama

Jak na człowieka, który przez kilka lat twardą ręką trzymał wojsko – niewiele. Jego kieszenie miały być wręcz na tyle puste, że taksówkę z lotniska do centrum Moskwy (odleciał z Warszawy samolotem wojskowym) sfinansowali mu piloci.

Ile w tym wszystkim prawdy, nie wiemy. Tak czy siak, Sowieci nie pozostawili swojego wiernego sługi na długo bez grosza: jeszcze w listopadzie został mianowany zastępcą ministra obrony ZSRR. I jeszcze jedno – w przypadku wyjazdu Rokossowskiego trudno uniknąć skojarzeń z opuszczeniem Polski przez generał-gubernatora Hansa von Beselera w listopadzie 1918 r.

Niemiec, który dotychczas miał niemal pełnię władzy na ziemiach polskich pod okupacją Rzeszy i dowodził uzależnioną od niej Polską Siłą Zbrojną („Polnische Wehrmacht”), uciekł jak szczur z tonącego okrętu. Cichcem, na pokładzie stateczku „Strzała” („Pfeil”), z kilkuosobową załogą. I tak okazaliśmy mu dużo dobrej woli: podstawiono mu samochód, którym podjechał ze swojej siedziby – Zamku Królewskiego – na przystań w pobliżu mostu Kierbedzia.

Tyle historycznych analogii, a co z pozostałymi „radzieckimi”? Do listopada 1957 r. kraj opuściło 56 oficerów na etatach w Ludowym Wojsku Polskim (łącznie z Rokossowskim), w tym 27 generałów. Odnośnie do doradców: do 1958 r. na tego typu stanowiskach pozostało czterech reprezentantów Związku Radzieckiego.


Reklama

Pozostałe kwestie okołomilitarne Gomułka i jego współpracownicy starali się omówić podczas wizyty w Moskwie (15–19 listopada 1956 r.). Na pierwszy rzut oka efekty tej wyprawy nie były oszałamiające: politycy ustalili, że „czasowe stacjonowanie jednostek wojsk radzieckich na terytorium Polski jest jeszcze celowe”, choć nie mogą one „naruszać suwerenności państwa polskiego i nie może [stacjonowanie] prowadzić do ich [jednostek] ingerencji w wewnętrzne sprawy PRL”.


Reklama

Sęk w tym, że bez tej podróży nie byłoby zapewne polsko-radzieckiej umowy „o zasadach prawnych stacjonowania wojsk ZSRR w Polsce” (17 grudnia 1956 r.) i kolejnych aktów regulujących pobyt „czerwonych” żołnierzy nad Wisłą. Mowa m.in. o umowie dotyczącej przelotów sowieckich samolotów nad naszym niebem (25 stycznia 1957 r.) czy dokumentach poświęconych zasadom komunikacji wewnętrznej Armii Radzieckiej (9 maja 1957 r.) i jej liczebności (z podziałem na poszczególne rodzaje sił zbrojnych) na terytorium PRL (23 października 1957 r.).

Zgodnie z nimi, Sowieci mogli mieć do dyspozycji siły liczące maksymalnie 40 tys. żołnierzy wojsk lądowych, 17 tys. żołnierzy wojsk lotniczych i 7 tys. żołnierzy marynarki wojennej. Ich obecność poza przypisanymi garnizonami określało osobne porozumienie. Ponadto strona radziecka zobowiązała się do respektowania przez swoich żołnierzy polskiego prawa. Powołano też rządowego pełnomocnika w sprawie stacjonowania wojsk sowieckich, potencjalne spory miała zaś wyjaśniać specjalna komisja mieszana.


Reklama

Wiele z tych zapisów pozostało na papierze, niemniej skończyła się wreszcie radziecka wolnoamerykanka. Towarzysz „Wiesław” wywalczył zatem niemało, ale niewątpliwym cieniem na jego rządach kładzie się zgoda na udział Ludowego Wojska Polskiego w inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację (1968, operacja „Dunaj”). Gomułka był nie tylko jednym z „jastrzębi” zachęcających Sowietów do zbrojnej rozprawy z demokratycznymi dążeniami Czechosłowaków („Gdyby to zależało od nas, już dawno bym ich złamał”). Domagał się wręcz od Kremla ustanowienia nad Wełtawą dyktatury wojskowej.


Reklama

Rakietofilia i Virtuti dla Breżniewa

O skali zaangażowania w agresję, która splamiła polski mundur, niech świadczą liczby: wykorzystano do niej 24 341 żołnierzy, 4798 samochodów, 647 czołgów, 566 transporterów, 191 dział i moździerzy, 36 śmigłowców itd. Dwa lata później Gomułka odszedł w niesławie, skompromitowany przelaniem robotniczej krwi na Wybrzeżu, a jego miejsce zajął Edward Gierek.

Bilans jego epoki nie jest jednoznacznie negatywny; bez większego wysiłku można wskazać plusy lat 70. (i w mieście – np. rozwój budownictwa mieszkalnego, i na wsi – wprowadzenie emerytur dla rolników, zniesienie obowiązkowych dostaw płodów rolnych itd.). Problem w tym, że o ile Gomułka w relacjach – nie tylko wojskowych – z Sowietami był twardym graczem, Gierek zdecydowanie wolał kłaść uszy po sobie. Może nie do tego stopnia, co Bolesław Bierut – gdyby Stalin rozkazał mu skakać, ten zapytałby „Jak wysoko?” – ale i tak służalcza postawa nowego I sekretarza KC PZPR do dziś może budzić niesmak.

Co ciekawe, choć następca „Wiesława” na długo przed objęciem PZPR-owskiego „tronu” zajmował się sprawami militarnymi (przez kilka kadencji przewodniczył sejmowej komisji obrony narodowej; tam poznał m.in. Wojciecha Jaruzelskiego), jako przywódca państwa niespecjalnie interesował się LWP.


Reklama

W sytuacji, gdy Gomułka potrafił np. wstrzymać montaż nowych transporterów bojowych TB-40 (decyzję o produkcji podjęto za jego plecami), Gierek w wielu aspektach dotyczących wojskowości dawał wolną rękę ministrowi obrony, czyli Jaruzelskiemu. Sam ograniczał się najczęściej do funkcji reprezentacyjnych – przykładem ćwiczenia „Kraj-73”. W ramach tych działań sprawdzano m.in. zdolności obronne państwa w warunkach wojny jądrowej. Udział I sekretarza polegał natomiast głównie na uściskach żołnierskich dłoni oraz pozowaniu z mundurowymi do pamiątkowych fotografii.


Reklama

Jako że w latach 70. Gierek dysponował dyktatorską władzą, nie zdejmuje to z niego odpowiedzialności za ówczesny stan armii i stosunki wojskowe z ZSRR. A jakie one były? Optymista powiedziałby, że w tym czasie Ludowe Wojsko Polskie wyposażano w nowy sprzęt; pesymista – że owszem, ale podporządkowując te zakupy interesom Związku Radzieckiego. Jaruzelski, a za nim Gierek, zbyt często ulegali tzw. „rekomendacjom militarnym” Kremla, inwestując chociażby nadmiernie w rozwój broni rakietowej.

Cieśnina Ormuz zablokowana. Polska powinna wysłać wojska po słowach Trumpa? [SONDAŻ]

Rozrost rakietowej osłony przeciwlotniczej wojsk operacyjnych, tworzenie nowych jednostek rakietowych (szczeble frontu i armii), plany zaopatrzenia brygad rakiet operacyjno-taktycznych w pociski z dwukrotnie większym zasięgiem – jednym słowem: jedna wielka „rakietofilia”. Jak podsumował jeden z biografów architekta stanu wojennego, „kosztowała ona bardzo dużo; za dużo, jak na możliwości Polski”.


Reklama

Ekipę towarzysza Edwarda obciąża też zgoda na przekazanie kontroli nad wieloma jednostkami LWP bezpośrednio naczelnemu dowództwu Układu Warszawskiego (zamiast polskiego Sztabu Generalnego). I ostatnia rzecz, choć nie mniej ważna: prosowieckie gesty i działania, często o symbolicznym znaczeniu, ale charakterystyczne dla mentalności Gierka oraz jego współpracowników.


Reklama

Odznaczenie Leonida Breżniewa Krzyżem Wielkim Orderu Virtuti Militari, informowanie w encyklopediach i pracach naukowych, że za mord katyński odpowiadają Niemcy (za Gomułki starano się pomijać tę zbrodnię w opracowaniach historycznych, a tym bardziej kwestię sprawców), budowanie legendy Rokossowskiego (hagiograficzne albumy i broszury) itp. Pozytyw pozostaje taki, że to zwiększające się z roku na rok uzależnienie nie przełożyło się na wojenną współpracę Ludowego Wojska Polskiego i Armii Radzieckiej.

Przewidywała ona bowiem ofensywę polskich żołnierzy poprzez Niemcy na takie kraje jak Dania, Belgia czy Holandia. Zresztą do dziś zachowały się w archiwach kolorowe, ręcznie malowane mapy ilustrujące przebieg potencjalnej konfrontacji z NATO. Podpisane przez Edwarda Gierka, Wojciecha Jaruzelskiego i Leonida Breżniewa...


Reklama

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny

Reklama