- Polskie państwo wydaje rocznie setki milionów złotych na współpracę z Polonią, ale środkami dysponuje niezależnie od siebie kilka ministerstw oraz Senat, co prowadzi do dublowania działań i białych plam.
- W Wielkiej Brytanii i Kanadzie powstał już „biało-czerwony maj" – w ramach Polish Heritage Days odbywa się rocznie od 100 do 150 wydarzeń, a Kanada ustanowiła maj Miesiącem Polskiego Dziedzictwa.
- Polityka polonijna powinna być oceniana także pod kątem tego, czy ułatwia decyzję o powrocie – za granicą mieszka wciąż około półtora miliona polskich obywateli, a z samej Wielkiej Brytanii wróciły już setki tysięcy.
Zacznijmy od rzeczy podstawowej: po co nam w ogóle polityka polonijna? Odpowiedzi są co najmniej cztery. Po pierwsze, Polonia pilnuje dziedzictwa. To w sobotnich szkołach, parafiach i harcerstwie przetrwały język i pamięć tam, gdzie nie sięgało już państwo albo gdy zamiast Rzeczypospolitej i polskiej dyplomacji był PRL i dyplomacja komunistyczna.
Po drugie, Polonia i Polacy za granicą są dziś bezcennymi sojusznikami w promocji Polski i wiedzy o niej. Żadna kampania nie zastąpi milionów ludzi, którzy swoim życiem, pracą i wiarygodnością świadczą o swoim kraju. Po trzecie, Polonia bywa skuteczną grupą nacisku, od spraw historycznych po gospodarcze oraz w dziedzinie bezpieczeństwa. Po czwarte wreszcie, w czasach kryzysu demograficznego jest naturalnym rezerwuarem powrotów. Kto traktuje wydatki polonijne jako koszt sentymentalny, nie zrozumiał, czym jest nowoczesna racja stanu.
Biało-czerwony maj
Że ten zasób działa, wiemy z praktyki. W Wielkiej Brytanii Polacy wspólnie z Brytyjczykami tworzą od blisko dekady „biało-czerwony maj". W ramach Polish Heritage Days odbywa się co roku od 100 do 150 wydarzeń, od ratuszy, na których zawisają nasze flagi, po pikniki z udziałem posłów do Izby Gmin i lokalnej policji. Polacy stali się widoczni i zaczęli inspirować innych. W Kanadzie dyplomacji, Polonii i przyjaciołom Polski udało się najpierw w parlamentach poszczególnych prowincji, a następnie w parlamencie federalnym doprowadzić do ustanowienia maja Miesiącem Polskiego Dziedzictwa (Polish Heritage Month).
Do tego dochodzi zjawisko, które uważam za jedno z najbardziej obiecujących: rosnący krąg Przyjaciół Polski bez kropli polskiej krwi, jak twórcy Polish Heritage Flight w Imperial War Museum w Duxford, Brytyjczycy, którzy w dawnej bazie RAF Ingham stworzyli ośrodek pamięci polskich dywizjonów bombowych, czy Szkoci pieczołowicie dbający o Wielką Polską Mapę Szkocji. To wszystko jest dyplomacją otwartą w czystej postaci: państwo, obywatele i przyjaciele kraju grający do jednej bramki. Łączy nas wszystkich przekonanie, że Polska ma ważną rolę do odegrania.
Zobacz także: Naloty ucichły, strach został. Polonia w Chicago żyje w zawieszeniu przez ICE
A teraz druga strona bilansu. Środkami polonijnymi dysponuje dziś, w dużej mierze niezależnie od siebie, kilka ministerstw oraz Senat. Efekt jest łatwy do przewidzenia: dublowanie jednych działań i białe plamy w innych, konkursy o nie zawsze czytelnych kryteriach, premiowanie sprawnych w pisaniu wniosków zamiast skutecznych w działaniu, a bywa, że i finansowanie projektów bardziej ideologicznych niż polonijnych. Zdarzają się wreszcie środki wydane fikcyjnie.
Na papierze wszystko się zgadza, w terenie nie widać nic. Przy setkach milionów rocznie nie wolno machnąć na to ręką. Przecież te konkursy to także wizytówka naszego kraju. Niestety źle przeprowadzone konkursy i stawianie na pierwszym miejscu partykularnych interesów nie tylko nie pozwalają na efektywne wykorzystanie środków, ale także działają demobilizująco i mogą być źródłem zgorszenia oraz zniechęcenia.
Nie chodzi o odbieranie kompetencji
Co zatem robić? Zacząłbym od wskazania jednego ośrodka koordynującego. Moim zdaniem powinno nim być Ministerstwo Spraw Zagranicznych, bo tylko ono zna całość agendy państwa wobec poszczególnych krajów i potrafi wpiąć działania polonijne w szerszą strategię. Nie chodzi o odbieranie komukolwiek kompetencji, lecz o to, by ktoś widział całą szachownicę.
Równie ważna jest elastyczność. Polonia amerykańska, brytyjska, niemiecka, kazachstańska i brazylijska to zupełnie różne społeczności, o odmiennej historii i potrzebach. Polityka „jednego wzoru" musi więc zawodzić. Trzeba łączyć formy sprawdzone z odwagą inspirowania nowych.
Warto także zachęcać organizacje polonijne do sięgania po środki krajów, w których żyją. Grant z brytyjskiej loterii czy kanadyjskiego samorządu buduje przy okazji lokalne zakorzenienie i partnerstwa, których nie kupi żadna dotacja z Warszawy.
Nie można też lekceważyć kwestii powrotów. Skoro za granicą żyje wciąż około półtora miliona naszych obywateli, a z samej Wielkiej Brytanii wróciły już setki tysięcy, to każda złotówka polityki polonijnej powinna być oceniana także pod tym kątem: czy podtrzymuje więź, która pewnego dnia ułatwi decyzję o powrocie. Szczególną troską trzeba objąć młode pokolenie urodzone już za granicą. To ono za 20 lat będzie Polonią albo jej nie będzie. Szkoła sobotnia, harcerstwo i letni obóz w Polsce znaczą tu więcej niż niejedna konferencja.
Najgłębszej zmiany wymaga jednak sposób myślenia o relacjach z Polonią. Potrzebne jest podejście prawdziwie partnerskie. Polonia nie jest petentem państwa polskiego ani odbiorcą jego łaski; jest współgospodarzem wspólnej sprawy. A partnerstwo działa w obie strony: Polonia może i chce pomagać ulepszać polskie instytucje. To od Polonii z Londynu wyszła inicjatywa dodatkowych lekcji wyrównawczych dla dzieci wracających do polskich szkół, bo to rodzice na emigracji pierwsi zobaczyli, o co rozbijają się powroty.
To ze środowisk polonijnych wyszedł pomysł zorganizowania profesjonalnych Targów Pracy w samym centrum Londynu, które połączyły polskich pracodawców z tysiącami rodaków rozważających powrót. Państwo, które umie takich sygnałów słuchać, dostaje za darmo to, za co konsultanci biorą miliony: wiedzę z pierwszej ręki o tym, co naprawdę działa.
Przeczytaj również: Paraliż w polskiej dyplomacji? Były ambasador: szkodzi to naszym interesom
I rzecz może najważniejsza: wsparcie wcale nie musi oznaczać pieniędzy. Znakomity program „Polska Półka", realizowany przez MSZ z Instytutem Książki, za ułamek kosztów kampanii wprowadza książki o Polsce do bibliotek w Wielkiej Brytanii, Ukrainie i Stanach Zjednoczonych. Czasem wystarczy udostępnić salę ambasady, pomóc w promocji wydarzenia, użyczyć patronatu albo po prostu wysłuchać sugestii.
Najlepsze pomysły ostatniej dekady nie rodziły się w gabinetach, lecz we wzajemnej inspiracji między Polonią a polską dyplomacją. Taki właśnie model państwa otwartego na obywateli, diasporę i przyjaciół opisałem w książce „Dyplomacja otwarta"; polityka polonijna jest jego naturalnym poligonem.
Setki rozczarowań
Czy setki milionów rocznie to dużo, czy mało? To pytanie źle postawione. Dobrze wydane to kwota, która może przynosić Polsce korzyści warte wielokrotność tej sumy; źle wydane to miliony rozczarowań. Miarą nie jest budżet, lecz efekt: liczba dzieci uczących się polskiego, flag na obcych ratuszach, przetłumaczonych książek, lokalnych radnych i parlamentarzystów, którzy o Polsce mówią z wiedzą i sympatią.
Na koniec dowód, że stawka jest realna. Zmiana, jaka w ciągu jednej dekady dokonała się w Wielkiej Brytanii, w postrzeganiu Polski, w wiedzy o polskiej kulturze i historii, w rutynowym już dziś traktowaniu nas jako kluczowego sojusznika, nie była dziełem samego państwa. Dokonała się dzięki ogromnemu zaangażowaniu Polonii i tej właśnie wzajemnej inspiracji, która połączyła ją z polską dyplomacją. Skoro udało się nad Tamizą, w dumnym Albionie, może się udać wszędzie. Warunek jest jeden: przestańmy traktować politykę polonijną jak zbiór rozproszonych dotacji, a zacznijmy traktować ją jak to, czym jest naprawdę, jedną z najlepszych inwestycji, jakie Rzeczpospolita może zrobić we własną przyszłość. Polonia od 200 lat dotrzymuje słowa danego Polsce. Czas, by państwo polskie w pełni dotrzymało słowa danego Polonii.


