Gdyby nie to, że język angielski nie jest językiem fleksyjnym, można by powiedzieć, że wyrażenie „polski sukces” było w tym tygodniu odmieniane w Waszyngtonie przez wszystkie przypadki. O naszej drodze do grona G20, formatu zrzeszającego najbardziej liczące się gospodarki świata, z uznaniem mówili w ostatnich dniach wszyscy, którzy podejmują kluczowe decyzje w polityce finansowej, fiskalnej i pieniężnej. Historia polskiej transformacji i skoku, jaki wykonaliśmy, była ukazywana jako ścieżka, którą może podążyć Ukraina, aspirująca do dołączenia do świata Zachodu nie tylko w wymiarze wspólnoty interesów, ale też w wymiarze ekonomicznym.
Awans do G20 testem dla polskiej klasy politycznej
Sukces, według powiedzenia, ma wielu ojców. W polskich realiach jest to raczej ojcostwo podwójne. Polega to na zawłaszczaniu danego sukcesu przez koalicję rządzącą z jednej strony, a opozycję z drugiej, ewentualnie przez duży pałac i mały pałac (jeśli akurat jego lokatorami są przedstawiciele zwalczających się obozów politycznych). Dobrze by było, żebyśmy akurat to konkretne osiągnięcie – związane z naszym dołączeniem do G20 – byli w stanie wyjąć poza nawias politycznego sporu.
Polska jak nigdy potrzebuje promocji na arenie międzynarodowej. Obecny czas jest czasem dynamicznych przemian gospodarczych, który stawia pod znakiem zapytania pozycję „starych” potęg, a stwarza szanse przed wschodzącymi graczami. Powinniśmy wykorzystać awans do G20, by budować swoją pozycję w tej nowej rzeczywistości. Otwartym pozostaje pytanie, czy nasza klasa polityczna będzie w tym celu potrafiła zjednoczyć się pod polską flagą – a nie podzielić się na dwie grupy, z których każda stanie pod swoim własnym, partyjnym sztandarem.
Z tej perspektywy nie jest ważne to, że zaproszenie dla Polski na szczyt G20 na Florydzie w grudniu 2026 r. Donald Trump skierował bezpośrednio do Karola Nawrockiego. Nie jest też ważne, że szef polskiego MSZ, Radosław Sikorski, informował, iż to on rozpoczął zabiegi dyplomatyczne o przyjęcie nas do G20 na spotkaniu z amerykańskim sekretarzem stanu, Marco Rubio. Gramy tutaj do jednej bramki.
Stowarzyszenie Morawieckiego. Samograj pod negatywną kampanię: pandemia, kredyt 2 proc.
Trzymajmy za słowo premiera Donalda Tuska, który powiedział, że „nie przeszkadza mu” fakt, iż to prezydent RP otrzymał osobiste zaproszenie na grudniowy szczyt G20 od amerykańskiego przywódcy. Oby tak dalej – i obyśmy nie byli pod koniec roku świadkami kolejnej zawstydzającej odsłony wojny polsko-polskiej, w której mały i duży pałac będą licytować się, kto będzie bardziej widoczny na Florydzie i czyj głos będzie bardziej słyszalny.
Minister finansów i szef NBP dają przykład
Doskonałym przykładem spokojnej kohabitacji, która na arenie międzynarodowej służy Polsce w wymiarze finansowym, są relacje ministra finansów i gospodarki, Andrzeja Domańskiego, z prezesem Narodowego Banku Polskiego, Adamem Glapińskim.
Nie chodzi tylko o to, że szef MF i szef NBP polecieli wspólnie do Waszyngtonu – poniekąd wymusił to format spotkania, które zgromadziło ministrów finansów i prezesów banków centralnych państw G20. Domański i Glapiński nie wchodzą publicznie w żadne spory, nie dogryzają sobie „na odległość” podczas konferencji prasowych czy wywiadów w mediach. Minister finansów przyjął żelazną zasadę, że nie podważa zaufania międzynarodowych inwestorów w to, co robi polski bank centralny. Wie, że taka postawa służy sile złotego i sprzyja popytowi na nasze obligacje, bo buduje obraz Polski jako wiarygodnego gracza. Pozostaje tylko życzyć całej polskiej klasie politycznej podobnej umiejętności współpracy tam, gdzie jest to konieczne.
Nie przywiązujmy się do prognoz
Warto też jeszcze wspomnieć o wątku zmieniających się prognoz gospodarczych, który – można odnieść takie wrażenie – niepotrzebnie przyćmiewa satysfakcję z polskiego sukcesu. Oto Międzynarodowy Fundusz Walutowy zrewidował swoje szacunki i dowiedzieliśmy się, że pod względem wielkości nominalnego PKB Polska stanie się 20. gospodarką świata jednak dopiero w 2028 r. Teraz jesteśmy 21. gospodarką, bo według tego kryterium w 2025 r. wyprzedzili nas Szwajcarzy, którzy dokonali rewizji swoich danych historycznych. Mamy też pozostać 21. gospodarką świata w 2026 r.
Prognozy ekonomiczne mają to do siebie, że lubią się zmieniać, a w ostatnim pięcioleciu – naznaczonym pandemią, wojną w Ukrainie, teraz zaś kryzysem energetycznym wywołanym konfliktem na Bliskim Wschodzie – zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nikt nie wie, jak potoczą się sprawy w Zatoce Perskiej, wobec czego nie można już dziś wyrokować o tym, która gospodarka okaże się bardziej odporna na zawirowania. Pod koniec roku może się okazać, że potrzebna jest kolejna rewizja.
Stanowski o Magierze. „Był mentalnym gigantem”
A skoro już mowa o tym, że Szwajcarom „pomogło” przeszacowanie ich historycznych danych, to warto wspomnieć o tym, że takie korekty dokonywane są cały czas, niejako standardowo. Zaledwie w czwartek, 16 kwietnia, GUS opublikował zaktualizowany szacunek PKB Polski za lata 2024-2025. Po oszlifowaniu danych okazało się, że nasza gospodarka urosła w 2024 r. o 3,2 proc., a nie o 3,0 proc. Jak wyliczyli ekonomiści Pekao, skumulowany wpływ rewizji z dwóch ostatnich lat to ok. 0,5 proc. dla nominalnego PKB – czyli prawie 19 mld zł, które „zyskaliśmy” wraz z publikacją GUS.
Nie myślmy więc obsesyjnie o danych i prognozach, a trzymajmy kciuki za nasz wspólny sukces.

