- Reformy ograniczyły możliwość zdobywania kwalifikacji wyłącznie przez studia podyplomowe, ale uczelnie wciąż rekrutują na nie osoby bez wymaganego podłoża merytorycznego z wcześniejszych etapów edukacji.
- Uprawnienia nauczyciela oceniają m.in. dyrektorzy szkół, kuratoria oraz OKE, lecz uznanie kwalifikacji przez jedną instytucję nie chroni przed ich podważeniem przez inną.
- Systemowym rozwiązaniem chaotycznych przepisów ma być jednorazowa, państwowa decyzja administracyjna, wiążąco określająca pełen zakres uprawnień zawodowych nauczyciela.
W powszechnym przekonaniu wakacje to dla szkół jedynie czas rekrutacji i remontów. Jednak dla wielu nauczycieli jest to dosyć stresujący okres finalizowania awansów zawodowych. Większość je uzyska. Będą jednak i tacy, dla których spotkanie z komisją zakończy się nie tylko brakiem nadania pożądanego stopnia awansu, lecz również informacją, że z perspektywy formalnej nie posiadają kwalifikacji do stanowiska, na którym od lat pracują.
Dziś państwo mówi nauczycielowi: sam sprawdź, czy uczelnia, której zaufałeś, miała prawo obiecać ci kwalifikacje. A jeśli jeden wskazany przez nas organ je uznał, nic nie stoi na przeszkodzie, by inny zrobił to inaczej. Tak czy siak, nikt nie da ci pewności. Ty zaś, nauczycielu, możesz stracić czas, pieniądze i być może pracę.
Czytaj także: PiS składa wniosek do TK ws. edukacji zdrowotnej. Chce zablokować przepisy
W mediach społecznościowych nie brakuje grup zrzeszających nauczycieli, liczących często dziesiątki tysięcy członków. Od miesięcy pojawiają się tam setki pytań o kwalifikacje, których ich posiadacze byli dotąd pewni. Coraz głośniej jest też o przypadkach osób, które podczas procedury awansu na stopień nauczyciela mianowanego lub dyplomowanego dowiadują się nie tylko, że awansu nie otrzymają, ale również, iż nie spełniają wymagań kwalifikacyjnych do zajmowanego stanowiska lub nauczania danego przedmiotu. Zdarza się też, że kandydat słyszy to dopiero podczas kolejnej rozmowy o pracę. Wszystko mimo tego, że przez lata pracował w innej placówce na takim samym stanowisku i ukończył studia podyplomowe, które miały dawać odpowiednie kwalifikacje.
Problem jest wielowymiarowy. Po pierwsze, przepisy są skomplikowane, a ich zastosowanie do konkretnych przypadków bywa niejednoznaczne. Po drugie, uczelnie prowadzące studia kwalifikacyjne niekiedy organizują je w sposób budzący poważne wątpliwości co do zgodności z ustalonym standardem kształcenia. Potrafią też przedstawiać kandydatom oferty sugerujące uzyskanie kwalifikacji, których same studia w określonej sytuacji im nie dadzą. W końcu kwalifikacje nauczyciela są podczas kariery zawodowej oceniane wielokrotnie przez różne instytucje, czasem z diametralnie różnym wynikiem.
Sprawdź również: Zdolni uczniowie zaczynają przeszkadzać. Co dzieje się z edukacją?
Napięcie dodatkowo zwiększa widmo niżu demograficznego i związanych z nim redukcji etatów. W wielu szkołach może się wkrótce okazać, że wszelkie braki lub niejasności w dokumentacji kwalifikacji staną się jednym z kryteriów decydujących o tym, kto zachowa pracę.
Zawód regulowany
Zawód nauczyciela należy do grupy tzw. zawodów regulowanych. Jego wykonywanie wymaga spełnienia określonych prawem wymagań dotyczących m.in. wykształcenia i przygotowania pedagogicznego.
Problem zaczyna się przy odpowiedzi na pytanie, kto i kiedy ocenia spełnienie tych warunków. Dyrektor ocenia kwalifikacje przy zatrudnianiu. Kuratorium może analizować prawidłowość zatrudnienia podczas kontroli szkoły. Do dokumentów wracają organy uczestniczące w procedurze awansu zawodowego. Dyrektor OKE sprawdza kwalifikacje osoby wpisywanej na listę egzaminatorów. Przy zmianie miejsca pracy dokumenty zobaczy i od nowa oceni następny dyrektor.
Co tu nie gra? Otóż w praktyce dyrektor jednej szkoły, dyrektor drugiej, komisja zajmująca się awansem, pracownik kuratorium czy OKE mogą patrzeć na te same świadectwa, dyplomy i suplementy, a mimo to różnie ocenić posiadanie przez daną osobę kwalifikacji.
Problem nie polega więc na tym, że kwalifikacje są kontrolowane więcej niż raz. W zawodzie regulowanym trudno mieć o to pretensje. Problem polega na tym, że żadna z tych ocen nie daje nauczycielowi pewności, iż następna instytucja dojdzie do identycznego wniosku.
Złośliwie można by więc rzec, że należałoby dopisać do praw Murphy’ego jeszcze jedno, przeznaczone specjalnie dla polskiej oświaty: kwalifikacje nauczyciela pozostają bezsporne dokładnie do chwili, w której ktoś postanowi je ponownie sprawdzić.
A co, jeśli nauczyciel chce wyjechać za granicę i potrzebuje oficjalnego potwierdzenia swoich kwalifikacji? Wydawałoby się, że osoba wykonująca zawód regulowany powinna móc zwrócić się do właściwego organu z pytaniem: „Do czego mam kwalifikacje?” i otrzymać formalną odpowiedź: „do nauczania chemii w szkole podstawowej i ponadpodstawowej”.
Takiego prostego mechanizmu jednak nie mamy.
Prawo precyzyjne jedynie z pozoru
Łatwo powiedzieć: przecież wystarczy przeczytać rozporządzenie. Tylko że przepisy dotyczące kwalifikacji nauczycieli używają pojęć, które brzmią precyzyjnie, dopóki nie spróbujemy zastosować ich do konkretnego przypadku.
Jedną z dróg do uzyskania kwalifikacji jest ukończenie kierunku studiów „zgodnego z nauczanym przedmiotem”. Chemii uczy ktoś po chemii. Matematyki absolwent matematyki. Ale co dalej? Czy ekonomista może uczyć biznesu i zarządzania? Absolwent bezpieczeństwa narodowego edukacji dla bezpieczeństwa? Czy politologia, prawo albo socjologia dają odpowiednie przygotowanie do nauczania wiedzy o społeczeństwie? Co właściwie decyduje o zgodności? Nazwa kierunku? Program? Efekty uczenia się? Dyscyplina naukowa?
Może Cię zainteresować: Jak zaćmienia Księżyca zmieniały losy świata. Bitwy, spiski i przepowiednie
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zauważymy, że w przypadku kształcenia według nowego standardu przepisy posługują się konstrukcją studiów pierwszego i drugiego stopnia na określonym (tym samym) kierunku. Co to właściwie znaczy w świecie, w którym uczelnie mają dużą swobodę w tworzeniu nazw programów? Czy ktoś, kto kończy licencjat z chemii, a następnie magisterium z chemii przemysłowej, spełnia ten wymóg? A ktoś, kto po licencjacie z „chemii” realizuje magisterium na anglojęzycznym kierunku „chemistry”? Czy formalna różnica w nazwie może zmienić kwalifikacje człowieka? Jeśli tak, system zaczyna czasem oceniać nie tyle wiedzę absolwenta, ile kreatywność uczelni przy wymyślaniu nazw kierunków.
Istnieje jeszcze bardziej karkołomny wymóg. W określonych przypadkach trzeba porównywać efekty uczenia się osiągnięte na studiach z treścią szkolnej podstawy programowej.
Polecamy także: YouTube walczy z Netflixem o twórców. W tle konkurencja z Chin
Dobrym przykładem jest matematyka: szkolna podstawa programowa wymienia elementarne umiejętności, których program studiów matematycznych może wprost nie nazywać. Nie oznacza to przecież, że absolwent matematyki ich nie posiada.
Literalne porównywanie dokumentów prowadzi więc na manowce. Rzeczywista ocena merytoryczna wymaga wiedzy zarówno o programie akademickim, jak i o szkolnej podstawie programowej. Tymczasem analizę tę ma przeprowadzić dyrektor szkoły, który równie dobrze może być historykiem, polonistą albo nauczycielem wychowania fizycznego. Trudno mieć do niego pretensje, że nie jest jednocześnie ekspertem od wszystkich kierunków studiów funkcjonujących w Polsce przez ostatnich kilkadziesiąt lat.
Rewolucja, którą system przespał
Znaczna część obecnego zamieszania wiąże się ze zmianami zapoczątkowanymi w 2019 roku wraz z wprowadzeniem nowego standardu kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela.
Nowy model ograniczył w odniesieniu do osób nim objętych możliwość uzyskiwania kwalifikacji do nauczania kolejnych przedmiotów wyłącznie poprzez ukończenie studiów podyplomowych. Dawna logika była stosunkowo prosta: nauczyciel jednego przedmiotu mógł ukończyć odpowiednią podyplomówkę i uzyskać kwalifikacje do następnego. W nowym modelu część przygotowania merytorycznego kandydat musi w określonych przypadkach posiadać już wcześniej. A jak jest z nauczycielem, który część kształcenia odbył w nowym, a część w starym modelu? Tu jasnych wytycznych brak. Kluczowe jest jednak to, by uświadomić sobie, że ocena kwalifikacji nie zależy tylko od tego, co ktoś ukończył, ale również kiedy i według jakiego standardu był kształcony.
Czytaj też: Morawiecki z kolejnym postulatem. Proponuje „Polski Ład na sterydach”
Sęk w tym, że system tej rewolucji w znacznej mierze nie zauważył. Pierwsze zmiany pojawiły się tuż przed pandemią. Za chwilę szkoły, uczelnie, kuratoria i ministerstwa miały na głowie znacznie bardziej palące problemy. Stare praktyki nie zniknęły od razu. Jeszcze długo funkcjonowały oferty studiów i interpretacje odpowiadające raczej poprzedniemu modelowi. Dzisiaj natomiast dokumenty nauczycieli są coraz dokładniej sprawdzane i właśnie wtedy wychodzą problemy nagromadzone przez poprzednie lata.
Trzy drogi. Najwięcej problemów z trzecią
Przyjrzyjmy się sprawie na przykładzie kwalifikacji do nauczania przedmiotu ogólnokształcącego w liceum przez osobę kształconą według nowego standardu. W pewnym uproszczeniu można wskazać trzy podstawowe warianty.

Pierwszy jest intuicyjny: odpowiednie studia pierwszego i drugiego stopnia albo jednolite studia magisterskie na kierunku zgodnym z nauczanym przedmiotem oraz przygotowanie pedagogiczne.
W drugim kierunek nie musi nosić identycznej nazwy, ale jego program ma zapewniać efekty uczenia się obejmujące treści nauczania danego przedmiotu określone w podstawie programowej. Przy czym nie jest do końca jasne, czy pokrywać ma się wszystko (warunek praktycznie niemożliwy do spełnienia), czy wystarczy określona większość.
Najwięcej problemów pojawia się przy ścieżce trzeciej – tej ze studiami podyplomowymi. W przypadku osób objętych nowym modelem kwalifikacyjnym podyplomówka nie tworzy kwalifikacji do dowolnego przedmiotu „od zera”. Przepisy wymagają, aby wcześniejsze studia kandydata zapewniały już określony fundament merytoryczny – efekty uczenia się obejmujące treści odpowiadające wymaganiom ogólnym podstawy programowej danego przedmiotu. Do tego dochodzą przygotowanie pedagogiczne oraz odpowiednie studia podyplomowe. Dopiero suma tych elementów daje kwalifikacje.
I właśnie tutaj pojawia się problem znacznie poważniejszy niż nieczytelność samego przepisu. Zdarza się bowiem, że uczelnie przyjmują na takie studia również osoby, którym ich ukończenie kwalifikacji nie da.
Wyobraźmy sobie nauczyciela po teologii, który ma przygotowanie pedagogiczne i chce zostać nauczycielem fizyki. Znajduje ofertę podyplomowych studiów z nauczania fizyki. Przesyła dokumenty. Uczelnia go przyjmuje. Płaci kilka tysięcy złotych, poświęca trzy semestry, zalicza kolejne przedmioty i otrzymuje świadectwo.
Tyle że jeżeli jego wcześniejsze studia nie zapewniały wymaganego w tej ścieżce fundamentu z fizyki, sama podyplomówka tej przeszkody nie usuwa. Nie chodzi więc o sytuację, w której słuchacz nie ukończył studiów. Ukończył dokładnie te studia, na które przyjęła go uczelnia. Problem istniał już w dniu rekrutacji.
Polecamy również: Śmiertelne pobicie w Nowej Hucie. Policja zatrzymała kolejnych podejrzanych
W mojej głowie rodzą się w tym momencie pytania: dlaczego niektóre uczelnie prowadzące kształcenie przygotowujące do wykonywania zawodu regulowanego przyjmują osoby, których ta konkretna ścieżka kształcenia nie może doprowadzić do deklarowanego celu? Czy to niewiedza, zaniedbanie, czy może efekt tego, że rygorystyczne przestrzeganie przepisu ograniczałoby liczbę potencjalnych studentów? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że odpowiedzialność za odpowiedź na to pytanie nie powinna spadać na nauczyciela, który zaufał ofercie studiów.
Nie można wymagać od przeciętnego kandydata, żeby przed zapisaniem się na studia podyplomowe wykonywał własny audyt prawny programu studiów, porównywał efekty uczenia się ze szkolną podstawą programową i ustalał relacje pomiędzy kilkoma rozporządzeniami.
Problemów z kształceniem podyplomowym jest zresztą znacznie więcej. Ale to temat już opisywany, do którego zapewne wrócę niestety jeszcze nie raz.
Przeczytaj także: Kijów świętuje 35 lat niepodległości. Świat: „Ukraina jest obrońcą Europy”
Dyrektor, czy saper?
Kto ostatecznie ocenia, czy nauczyciel ma kwalifikacje do określonego rodzaju pracy? Przy zatrudnianiu – dyrektor szkoły.
Łatwo jest, gdy do uczenia chemii zatrudnia absolwenta chemii z przygotowaniem pedagogicznym. Gorzej, gdy przychodzi technolog chemiczny i trzeba punkt po punkcie porównać efekty uczenia się uzyskane na studiach z podstawą programową chemii. A dokonać tego ma dyrektor – być może historyk czy wuefista. Jeszcze ciekawiej jest, gdy kandydat przedstawia świadectwo świeżo ukończonych studiów podyplomowych, które według oferty miały przygotować go do nauczania chemii.
Co istotne, ocena dokonana przy zatrudnieniu nie daje nauczycielowi trwałego, wiążącego na przyszłość potwierdzenia jego kwalifikacji. Może zostać później zakwestionowana podczas kontroli, procedury awansu albo przy kolejnym zatrudnieniu. Dyrektor zostaje więc zmuszony do samodzielnego konfrontowania dokumentów wystawionych przez uczelnie z rozbudowanymi przepisami kwalifikacyjnymi, a konsekwencje ewentualnej pomyłki mogą po latach dotknąć zarówno szkołę, jak i nauczyciela.
Jak aktualny jest to problem, pokazuje komunikat Mazowieckiego Kuratora Oświaty z 31 lipca tego roku. Kuratorium poinformowało w nim, zapewne zasypane pytaniami nauczycieli, że nie dokonuje indywidualnej oceny kwalifikacji nauczycieli ani nie wydaje w tym zakresie indywidualnych rozstrzygnięć. Osoba mająca wątpliwości ma przedstawić swoje dokumenty dyrektorowi szkoły, bo to on dokonuje oceny kwalifikacji w konkretnym przypadku. Czyli wracamy do punktu wyjścia.
Problem trafił już do parlamentu za sprawą interpelacji posłanki Pauliny Matysiak. Odpowiedzi obu resortów dobrze pokazują systemowy charakter problemu.
MEN przypomniało obowiązujące wymagania, w tym ograniczenia dotyczące zdalnego prowadzenia nauczycielskich studiów podyplomowych. MNiSW wskazało natomiast, że nie rozstrzyga o kwalifikacjach nauczycielskich, a jego możliwości merytorycznej oceny studiów podyplomowych są ograniczone. W efekcie uczelnia prowadzi kształcenie i wydaje świadectwo, ale ocena kwalifikacji w konkretnym przypadku wraca do dyrektora szkoły.
Potrzebny paszport kwalifikacji
Liczba tych niejasności skłoniła mnie do skierowania w interesie publicznym dwóch petycji dotyczących obu stron tego samego problemu.
Do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – w sprawie doprecyzowania zasad prowadzenia studiów podyplomowych przygotowujących do wykonywania zawodu nauczyciela, treści wydawanych świadectw oraz zapewnienia odpowiedniej jakości kształcenia
Do Ministerstwa Edukacji Narodowej – w sprawie zasad ustalania kwalifikacji nauczycieli oraz zmiany przepisów regulujących przygotowanie do wykonywania zawodu nauczyciela
Obie petycje zostały opublikowane. Teraz pozostaje czekać na odpowiedzi resortów. Szczegółowych pytań i propozycji jest wiele. W gruncie rzeczy najważniejszy postulat można jednak streścić w jednym zdaniu: nauczyciel powinien móc raz i w sposób wiążący ustalić, jakie posiada kwalifikacje.
Rozwiązanie nie musi być szczególnie skomplikowane. Nauczyciel powinien mieć możliwość wystąpienia do właściwego organu o formalne ustalenie zakresu swoich kwalifikacji. Organ analizowałby dokumenty i wydawał uzasadnione rozstrzygnięcie: „język polski – szkoła podstawowa i ponadpodstawowa; historia – szkoła podstawowa; chemia – brak kwalifikacji”.
Warto przeczytać też: „Potrzebuję kilku dni odpoczynku”. Iga Świątek ogłosiła ważną decyzję
Od takiego rozstrzygnięcia powinno przysługiwać odwołanie. Po jego uprawomocnieniu wynik wiązałby dyrektora szkoły, kuratorium, OKE i organy zajmujące się awansem zawodowym. Dokument mógłby również służyć przy uznawaniu kwalifikacji zawodowych za granicą.
Możemy nazwać go decyzją, zaświadczeniem albo bardziej obrazowo – paszportem kwalifikacji nauczyciela. Kluczowe jest po prostu to, aby osoba wykonująca zawód regulowany mogła otrzymać od państwa jednoznaczną odpowiedź, czy wolno jej wykonywać dany rodzaj pracy i w jakim zakresie.
Nie tylko państwo jest bez winy
Oczywiście nie tylko państwo jest bez winy. Część odpowiedzialności spoczywa również na nauczycielach, którzy traktują zdobywanie kwalifikacji instrumentalnie i świadomie wybierają kształcenie „na skróty”. Trudno pogodzić to z etosem zawodu, zwłaszcza gdy później sami wymagają rzetelności od uczniów.
Czytaj również: Pysznie już było. „Będę dalej walczył o godne warunki pracy dla kurierów”
Odpowiedzialność ponoszą także uczelnie oferujące kształcenie budzące wątpliwości co do jakości lub skutków prawnych oraz środowisko akademickie, które przez lata pozostawiało znaczną część kształcenia nauczycieli na marginesie swojego zainteresowania.
Jeżeli organy państwa nadal będą bierne, możliwe, że dopiero pierwsze procesy nauczycieli, którzy poniosą realne konsekwencje błędnej oceny kwalifikacji, wymuszą odpowiedź na pytanie o odpowiedzialność szkół i uczelni.
Płaci najsłabszy
Obecny system ma, poza skomplikowaniem, nieprecyzyjnością i rozmyciem odpowiedzialności, jeszcze jedną szczególnie nieprzyjemną cechę. Ryzyko błędów wszystkich jego uczestników kumuluje się po stronie nauczyciela.
Uczelnia tworzy program. Minister nauki określa standard kształcenia. Minister edukacji reguluje kwalifikacje. Uczelnia przyjmuje na studia i wydaje świadectwo. Dyrektor ocenia dokumenty przy zatrudnieniu. Kuratorium może później skontrolować prawidłowość tej oceny. OKE dokonuje kolejnej. W procedurze awansu dokumenty mogą zostać sprawdzone ponownie. A kiedy po kilku latach okazuje się, że ktoś wcześniej zinterpretował przepisy inaczej niż ktoś później, to nauczyciel może stracić możliwość nauczania danego przedmiotu, awansu albo zatrudnienia.
Uczelnia powinna odpowiadać za rzetelne prowadzenie studiów i treść wydawanych dokumentów. Dyrektor – za prawidłowość zatrudnienia. Państwo – za stworzenie przepisów, które można stosować w sposób przewidywalny. Nie można natomiast wymagać, aby przeciętny nauczyciel samodzielnie rozstrzygał relacje między kolejnymi standardami kształcenia, przepisami przejściowymi, podstawami programowymi, programami własnych studiów i zmieniającymi się wymaganiami. Zwłaszcza jeżeli państwowe instytucje same potrafią dochodzić w tych sprawach do różnych wniosków.
Kwalifikacje zawodowe nie powinny być stanem kwantowym. Człowiek albo je posiada, albo ich nie posiada. A państwo powinno potrafić mu powiedzieć które.


