Adaptacji high-tech w Polsce zazdrości nam połowa świata, pokazują nas jako przeciwieństwo modelu montowni, w której poza skręcaniem śrubek nic się nie dzieje. Mamy 30 razy mniej patentów niż Korea, a nadganiamy tak samo szybko, bo nie musimy wymyślać koła - z Marcinem Klucznikiem z Polskiego Instytutu Ekonomicznego rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: Możemy zaraz utknąć?
Marcin Klucznik, Polski Instytut Ekonomiczny: Niczego takiego na horyzoncie się widać.
„Nasz polski model wzrostu się wyczerpuje”. „Polsce grozi pułapka średniego rozwoju” - to cytaty z gazet.
Nie ma czegoś takiego jak pułapka średniego rozwoju. Ten groźny zwierz po prostu nie istnieje.
„Musimy uciec z pułapki średniego rozwoju” - to dość typowa opinia.
Tylko warto wiedzieć, skąd się wzięło to określenie. Pojawiło się 20 lat temu w raporcie Banku Światowego o gospodarkach azjatyckich. Dwójka ekonomistów postawiła tam tezę, że można utknąć na takim średnim poziomie, kiedy gospodarka jest już zbyt zaawansowana, żeby nadal konkurować tanią pracą i niską ceną, ale jednocześnie wciąż za mało zaawansowana, żeby konkurować wysoką jakością i technologią. Przy czym oni sami w tym raporcie zaznaczyli, że to jest tylko teoria, która idzie wbrew uznanym modelom wzrostu gospodarczego, ale BYĆ MOŻE istnieje takie ryzyko. I stąd to się wzięło.
Z „być może”?
Tak. Te pięć krajów, o których pisali - specjalnie sobie wynotowałem - to Malezja, Tajlandia, Indonezja, Filipiny i Chiny. Jak spojrzysz w dane, to od razu widzisz, że coś jest nie tak, i że koncepcja pułapki średniego rozwoju się nie sprawdziła. Chiny - od czasu publikacji tego raportu - zwiększyły PKB o 320 proc. Ponad siedem proc. rocznie. Pozostałe kraje zrobiły między 55 a 110 proc. wzrostu gospodarczego. Wszystkie zachowywały się podręcznikowo z wyjątkiem Chin, które rozwijały się szybciej, niż każdy model ekonomiczny przewiduje.
Bo model co przewiduje?
Że działa siła konwergencji, to znaczy biedniejszy kraj będzie dobijać do bogatszego. Czasem się mówi, że jest to warunkowe: musisz mieć podobne instytucje, zasady gry, stabilne prawo, żeby dołączyć rozwojowo do podobnych sobie krajów. Pułapka średniego rozwoju jest takim strachem, o którym dużo mówimy, ale w danych go nie zobaczymy.
Bank Światowy odszczekał tę teorię?
Nie musiał. Raporty MFW, OECD, Banku Światowego piszą też konkretni ekonomiści, czasem jest nawet wyraźna informacja, że prezentują poglądy autorów, a nie instytucji. Tych raportów jest bardzo dużo i często maja być zarzewiem dyskusji, a nie prawdą objawioną.
Czyli ekonomiści 20 lat temu podyskutowali sobie o pułapce średniego rozwoju, na końcu powiedzieli, że nie ma czegoś takiego, a u nas w Polsce to nadal żyje?
Tak.
A dlaczego?
Bo nasze społeczeństwo aspiracyjnie jest już na Zachodzie, a rozwojowo ciągle jesteśmy na tzw. ścieżce konwergencji. Nasz model polega na imitowaniu Zachodu, co z jednej strony powoduje dobre wyniki gospodarcze, a z drugiej prowadzi do pewnych deficytów szczęścia: „Jeszcze nie jesteśmy tym Zachodem? No jak to? To chyba robimy coś źle?”. Tymczasem procesy nadganiania gospodarczego liczy się w dekadach, a nie latach. Kwestia pokoleń.
Polska przeszła daleką drogę, zamknęliśmy ogromną część luki rozwojowej, ale żeby osiągnąć w pełni poziom gospodarek zachodnich nie tylko w poziomie PKB, ale też w majątku, strukturze gospodarki – to zajmie nam kolejne dekady. Im bardziej jesteś opóźniony, tym szybciej dobiegasz, a teraz zostało nam tych ostatnich kilka mil, trudniejszych do zrobienia. Ale wiemy, że to się będzie działo.
Czyli jak się spotka trzech ekonomistów od modeli wzrostu, to nie jest tak, że sobie rwą włosy z głowy: „Jezus Maria, co z tą Polską? Musimy coś ze sobą zrobić, ogarnąć się, postawić na innowacje, bo inaczej utkniemy”?
Jeśli to ekonomiści akademiccy, to raczej powiedzą, że Polska idzie zgodnie z podręcznikiem. Podręcznikowy model wzrostu gospodarczego powie ci, że taki kraj jak Polska powinien rocznie redukować około dwóch proc. luki PKB. Ta luka to różnica między naszym PKB, a PKB kraju, który gonimy. I wiesz, ile wynosi średnio ta nasza redukcja? Dwa proc. rocznie.
Jak po sznurku.
Owszem.
Do kogo?
Do Niemiec.
I nic się nie psuje? Nie spowalnia?
Nie.
Polacy zgłaszają 30-krotnie mniej wniosków patentowych niż Koreańczycy - wynika z ostatniego raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Koreańczycy są ekstremalnie wysokim punktem odniesienia.
Po Twitterze krąży wykres grozy, który pokazuje liczbę patentów w Polsce i Korei: tam 3,8 tysiąca patentów na każdy milion mieszkańców, u nas na każdy milion mieszkańców przypada jedynie 111 patentów. Niemcy - 780, Duńczycy - 600, Francuzi - 400.
Patenty są prawdopodobnie jedną z najgorszych miar innowacyjności gospodarki. Zamiast się ekscytować ich liczbą, raczej trzeba patrzeć na to, jaki efektywnie robimy wzrost gospodarczy z dostępnego kapitału i pracy. Kiedy spojrzysz na wyniki Polski i Korei, to one są porównywalne. Jeden i drugi kraj ma równie dynamiczną ścieżkę rozwoju. A więc liczy się to, czy osiągamy wzrost gospodarczy, a nie czy spełniamy kryterium pod nazwą patenty.
No ale MFW pisze, że ta beznadziejna liczba patentów to jeden z przejawów niskiej innowacyjności polskiej gospodarki.
Bo patenty łatwo policzyć, porównać, więc bierze się tę miarę, ale to tak naprawdę nic nie mówi o innowacyjności.
Dlaczego?
Okej. To muszę ci wyjaśnić, czym w ekonomii jest technologia. U noblisty Roberta Solowa, który opracował pierwszy współczesny model wzrostu gospodarczego, technologią jest wszystko to, czego w gospodarce nie rozumiemy. Mierzymy kapitał, mierzymy pracę, mierzymy PKB i widzimy, że gospodarka rośnie systematycznie szybciej, niż by wynikało z ilości kapitału i pracy. Dlaczego rośnie szybciej? Bo działa technologia. Tajemnica, manna z nieba, która spada nie wiadomo jak.
No ale co z tego wynika?
Chodzi mi o to, że technologia jest dla ekonomisty taką czarną skrzynką, procesem wejście-wyjście, który sprawia, że kapitał i praca dają na końcu lepszy wynik. W tak rozumianej technologii nie chodzi tylko o rakiety, satelity, komputery, ale też istnieje miękka technologia, na przykład praktyki menedżerskie, praktyki księgowe. Czarna skrzynka sprawia, że jedna gospodarka działa lepiej, inna gorzej, jeżeli masz firmę, która ci rośnie, i w pewnym momencie dodajesz dział księgowości, żeby tym efektywniej zarządzać, to też jest to technologia.
I u nas ta czarna skrzynka działa dobrze?
Bardzo dobrze. Tak samo dobrze jak w Korei. A co tam jest w środku - to już nie jest takie oczywiste. U nas w każdym razie nie patenty.
„Montownia”, „pustynia technologiczna”, „nie wejdziemy na wyższy poziom rozwoju”.
„Montownia” to kompetnie nietrafione. Bzdura.
No ale mamy słabą innowacyjność - jak ciągle słyszę - czy nie?
Nie broni się taka teza. Najczęściej mówi się o niskich nakładach na B+R - badania i rozwój - wokół czego narosło masę mitów. Bo porównujemy się do najlepszych, najbogatszych. Tymczasem postęp techniczny w krajach, które doganiają bogatszych od siebie, nie polega na wyważaniu otwartych drzwi. To nie jest tak, że powinniśmy wynaleźć wszystkie koła na nowo i opracować technologie suwerennie od zera, w naszej sytuacji postęp polega na tym, że chcemy zaadaptować cudze technologie. To w praktyce oznacza, że w krajach takich jak Polska duża część wydatków na B+R idzie na przystosowywanie zagranicznych technologii na potrzeby krajowych firm. Adaptacja, modyfikacja, dostosowanie. Kupujesz linię montażową, robota albo jakieś rozwiązanie techniczne, musisz je dopasować do potrzeb konkretnego zakładu w Polsce. Albo kupujesz jakąś technologię, które następnie lekko zmieniasz, bo twoi inżynierowie tu na miejscu wykombinowali, że po modyfikacjach będzie działać jeszcze wydajniej. I to jest w zupełności okej. W dodatku jest to tańsze niż wymyślanie od zera. A ponieważ jest tańsze, to kraje, które konwergują - czyli doganiają bogatszych i lepiej rozwiniętych - co do zasady mają niższe wydatki na badania i rozwój w relacji do PKB. Mamy tyle wydatków na badania i rozwój, ile wynikałoby z naszego poziomu rozwoju. Ani mniej, ani więcej.
Wydajemy tyle, ile trzeba, żeby spolszczać cudze technologie?
Tak. Plus robimy trochę swoich własnych rzeczy, bo to też się dzieje. Wydatki na badania i rozwój rosną, dwadzieścia lat temu było to 0,6 proc. PKB, teraz jest 1,4 proc. Polska tu idzie jak po sznurku, bo ten wzrost nakładów dokładnie wynika z naszej ścieżki rozwojowej.
I nie trzeba więcej?
Może warto dosypać więcej, ale nie jest tak, że coś robimy źle. Inny laureat ekonomicznego Nobla - Daron Acemoglu - wypuścił ostatnio badanie, z którego wynika, że o szybkości konwergencji, czyli gospodarczego doganiania bogatszych, decyduje w największym stopniu zdolność kraju do adaptowania technologii. Czyli nie chodzi o jakieś nie wiadomo co, wodotryski patentów i innowacji, tylko sprytne kopiowanie.
A w tym jesteśmy dobrzy?
Bardzo dobrzy. Byliśmy otwarci na kapitał zachodni, łącznie od wejścia do Unii przez 20 lat przyjęliśmy 360 mld euro bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Razem z tymi pieniędzmi szedł transfer technologii zarówno tych twardych, jak i miękkich, na przykład zarządczych. To się potem rozpływało po całej gospodarce, bo nasze społeczeństwo ma pewien rodzaj smykałki do adaptowania cudzych pomysłów. Zachodnie know-how przejęli nasi pracownicy, wokół tych firm wyrósł cały ekosystem polskich firm, to jest znana i dobrze opowiedziana historia.
Czyli jak widzisz tabelkę grozy porównującą patenty w Korei i w Polsce, z komentarzem „ale pustynia”, to co myślisz?
No ale co mam myśleć? Wystarczy spojrzeć w liczby. Wzrost produktywności TFP w ostatnich trzech dekadach mieliśmy taki sam jak Korea.
Wzrost produktywności TFP?
Chodzi o całkowitą produktywność czynników produkcji.
A po ludzku?
Już ci o tym mówiłem. Wyobraź sobie technologię jako taką czarną skrzynkę. Liczysz nakłady pracy i kapitału, które wchodzą do gospodarki, a na końcu wychodzi coś o większej wartości, niż by wnikało tylko z tych nakładów. TFP obrazuje, jak efektywnie wykorzystywane są zasoby w gospodarce dzięki postępowi technicznemu, innowacjom i lepszej organizacji - czyli dzięki wszystkiemu, co w tej czarnej skrzynce się znajduje.
I to TFP rosło u nas jak w Korei?
Owszem. Bo byliśmy otwarci na zagraniczne technologie, a potem genialnie następowały spillovery.
Co takiego?
Spillover. Chodzi o rozlewanie się tych nowych technologii i ulepszeń po całej gospodarce, co u nas szło szczególnie sprawnie. Na ten temat istnieje dużo badań naukowych, począwszy od prac Beaty Javorcik z EBOiR-u. Wraz ze spilloverami nastąpiły duże przyrosty produktywności.
Jak to dokładnie działa?
Firma A wprowadza jakąś nową technologię i po niedługim czasie okazuje się, że firmy B, C i D też coś podobnego wprowadzają.
Podpatrują?
Na przykład dlatego, że trwa rotacja pracowników, menedżerowie przechodzą z jednej do drugiej firmy i mówią: to się da zrobić inaczej, nowocześniej, tam wprowadziliśmy ulepszenia, możemy tu też tak zrobić. Polska strategia imitacyjna polega przecież na ściąganiu z Zachodu nie jakiegoś badziewia, tylko technologii dobrych i sprawdzonych. Natomiast model koreański polegał na tym, że szli ścieżką bardziej suwerenną technologicznie, ale to oznacza koszty. Musisz coś robić od zera, musisz wiele razy się mylić, płacić za te błędy, wynalazki wdrażać od początku, rząd w Korei wymuszał bardzo wysokie stopy oszczędności, żeby były pieniądze na to wszystko, czyli ludzie musieli mniej konsumować. Inwestycje w Korei nie zawsze były jakoś super produktywne.
My braliśmy gotowe i sprawdzone?
No tak. Ale nie tylko braliśmy, bo też zmienialiśmy, ulepszaliśmy, dostosowywaliśmy. To też jest innowacyjność, tylko mniej widowiskowa.
Ale ostatecznie o co chodzi? Że Polak potrafi podejrzeć, podpatrzeć, pomajstrować i ulepszyć? To historia o sprycie?
O sprycie i elastyczności. Oraz o kreatywnej destrukcji. W Polsce mamy dużo branż i firm, które przeszły negatywną selekcję rynkową. W naszej gospodarce nie było dużych barier dla nieustannych zmian, odchodzenia mniej produktywnych biznesów. Firmy u nas swobodnie upadają.
Upadają i to dobrze?
Tak. Bo o to również chodzi w rozwoju. W polskim modelu - jak spojrzysz na strukturę naszej gospodarki - widać dynamizm. Niedawno przyglądałem się indeksowi giełdowemu sWIG80. W ciągu ostatnich piętnastu lat przez ten indeks osiemdziesięciu małych spółek przewinęło się prawie trzysta firm. Niektóre odpadły, bo sobie nie poradziły, inne zaliczyły duże wzrosty i poszły wyżej. Nastąpiła duża selekcja, byli przegrani i zwycięzcy. I to jest typowe dla dynamicznej gospodarki, gdzie firmy rosną i rosną, niektóre będą potężne, być może międzynarodowe, tylko to się dzieje powoli. Ten strumień zmian w Polsce się nie zatrzymuje, przeciwnie, przyspiesza.
W Polsce zasoby cały czas przesuwają się z branż i firm, które były mniej produktywne, do bardziej produktywnych. W latach 2014-24 zatrudnienie w rolnictwie spadło u nas o 1,2 mln osób. Za to zatrudnienie w sektorach, które moglibyśmy zdefiniować jako motory wzrostu - tam gdzie szybko rośnie wartość dodana - wzrosło o 700 tys., chodzi mi o IT, usługi profesjonalne, usługi biznesowe. Struktura naszej gospodarki w ciągu ostatnich piętnastu lat fundamentalnie się zmieniła. W polskim eksporcie usług w 2010 r. dominowały proste rzeczy, takie jak transport, kierowca sobie jeździł TIR-em po Europie, a dzisiaj są to usługi IT, prawne, księgowe. W ekonomii mówi się o tym: duże dostosowanie.
I to „duże dostosowanie” teraz też się dzieje?
Cały czas to widać. Można to pokazać na przykładzie rosnących polskich inwestycjach wychodzących. Zbudowaliśmy już trochę takich firm, które są na tyle duże, żeby prowadzić ekspansję międzynarodową. To nam zajmie jeszcze dekady, ale właśnie zaczyna się rozkręcać. Adamed przejmuje w Hiszpanii fabrykę leków. Firmy motoryzacyjne ogłaszają ekspansję na rynek niemiecki, czyli odwracają dotychczasową historię. Mamy polskie usługi finansowe, które wchodzą do Ameryki Południowej.
Adaptacja high-tech w Polsce jest aspiracyjnym punktem odniesienia dla połowy świata. I podawane jest to właśnie jako przeciwieństwo modelu montowni, w której poza skręcaniem śrubek nic się nie dzieje. Polska jest podręcznikowym przykładem konwergencji niezmąconej przez burze polityczne, dyktatury, junty wojskowe, które zawiesiły rozwój w Ameryce Południowej. W raportach Banku Światowego przeznaczonych dla Ameryki Południowej Polska jest punktem odniesienia: tak powinno być. Oni do nas się porównują. Azja, Afryka - podobnie. Właśnie dlatego, że mieliśmy dobrą absorpcję technologiczną, nie wyważaliśmy otwartych drzwi. Istnieje w Polsce sporo branż, w których radzimy sobie lepiej niż Korea, na przykład w przemyśle chemicznym czy włókienniczym. Polak jak myśli o Korei to widzi Samsunga, Hyundaia, a zapomina, że poza supergwiazdami w Korei istnieje całe uniwersum przedsiębiorstw, które wcale nie są bardziej konkurencyjne od polskich odpowiedników, a często bywają mniej konkurencyjne. Nie mamy się czego wstydzić.
A umiesz wyjaśnić, dlaczego mamy słaby i od lat spadający poziom inwestycji? Bo to kolejny obiekt nieustannych narzekań i powód rwania włosów z głowy. Morawiecki chciał podjechać z inwestycjami do 25 proc. PKB, a tymczasem zjechały do 15 proc. PKB i nadal są niskie, sporo poniżej średniej unijnej. O co chodzi?
Jeden z moich profesorów opowiadał, że kiedy 25 lat temu dołączył do pewnej ważnej polskiej instytucji publicznej jako dyrektor do spraw analiz, to młodzi ekonomiści mieli taką opowieść, że niska stopa inwestycji w Polsce za chwilę zahamuje nasz wzrost gospodarczy. 25 lat później kolejne młode pokolenie ekonomistów opowiada to samo, a w międzyczasie nasze PKB wzrosło o 220 proc. Pewnie byłoby dobrze, gdyby inwestycje były na wyższym poziomie, a nasz rynek kapitałowy potrafił mocniej finansować firmy. Ale to nie jest fundamentalny problem.
No ale dlaczego polska gospodarka szybko rośnie mimo słabych nakładów inwestycyjnych, które spadają od lat? To nie jest dziwne?
Owszem. To zagadka, na którą nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Nie jestem w stanie ci jej udzielić. Wśród rozmaitych wyjaśnień pojawia się też takie, że być może te dane są nie do końca prawdziwe. Bo jeśli je skorygujemy - na przykład o to, że koszty dóbr inwestycyjnych na całym świecie spadają - to jakaś część tej luki staje się iluzją. Stopa inwestycji jest u nas słabsza niż w innych krajach Europy, ale prawdopodobnie nie aż tak słaba, jak wynika z oficjalnych danych.
A w ogóle widać jakiś sufit?
Nie widać. Idziemy po tym sznurku, płynnie przechodzimy kolejne etapy. Polska może trwale wejść do grupy krajów rozwiniętych za 10-15 lat pod względem wysokości PKB, a około 2040 r. pod względem struktury gospodarki: mniejszy udział przetwórstwa przemysłowego, rolnictwa, większy udział sektora usług. Jeśli chodzi o akumulację majątków to raczej zadanie na kilkadziesiąt lat. Jeśli mamy jakiś sufit, to dotyczy nie nas, ale całej Europy. To co jest barierą rozwoju dla Niemiec czy Holandii, stanie się też barierą dla nas. Chodzi tu głównie o niewystarczającą produktywność całej Europy. W tzw. raporcie Draghiego - napisanym na zlecenie Komisji Europejskiej, żeby zdiagnozować europejskie słabości - pojawia się teza, że rosnąca luka między amerykańską i europejską produktywnością wynika w dużej mierze z innej absorpcji rewolucji informatycznej. Sektor IT objawił się znacznie mocniej w USA niż w Europie, u nich od lat 80-tych kapitał firm związanych z branżą IT wzrósł 9-krotnie, a w dużych gospodarkach europejskich wzrósł może 3-krotnie. I to właśnie spowodowało lukę produktywności, która dziś doskwiera gospodarce UE. Obecność na wspólnym rynku europejskim robi nam konwergencję, a to oznacza że europejskie problemy zaczynają być problemami Polski. Natomiast nie jest tak, że mamy jakieś typowe polskie ułomności i słabości gospodarcze, które nas ciągną w bagno, jak nic natychmiast nie zrobimy, to będzie klops.
***
Marcin Klucznik (1996) jest doradcą w Polskim Instytucie Ekonomicznym (pracuje w zespole gospodarki światowej). Absolwent ekonomii w Szkole Głównej Handlowej. Z Polskim Instytutem Ekonomicznym związany od 2021 r. Odpowiada za tematy ekonomii rozwoju, konkurencyjności międzynarodowej oraz zagadnienia związane z rynkami finansowymi.
