– Chcielibyśmy, by to było więcej – mówił premier Donald Tusk, proponując na 2027 r. podwyżkę płac w budżetówce o 3 proc. Związki odpowiadają: – To nie kwestia chciejstwa, a polskiej racji stanu. Jak przekonują, właśnie od sfery publicznej zaczyna się budowanie odporności państwa w niepewnych czasach, a budżetówka od lat jawi się jako mało atrakcyjne miejsce pracy. Czy na Radzie Dialogu Społecznego zostaną wywalczone większe podwyżki?

- Rząd chce, by pensje w budżetówce wzrosły w 2027 r. o 3 proc. To więcej, niż prognozowana przez Radę Ministrów inflacja, która w tym i w przyszłym roku ma wynieść średniorocznie 2,5 proc.
- Problem w tym, że rząd nie uwzględnił w swoich prognozach efektów wojny na Bliskim Wschodzie. Inflacja może być wyższa – podnoszą związkowcy.
- Według Grzegorza Sikory z Forum Związków Zawodowych, budżetówka od lat jest niedoinwestowana, a to od niej zależy ciągłość działania państwa w sytuacji kryzysu. Związki chcą dwucyfrowej podwyżki płac. Przedstawiciele pracodawców są ostrożniejsi, ale też widzą, że 3 proc. to jednak mało.
– Chcielibyśmy, by to było więcej, ale na dziś ta propozycja to 3 proc. Pilnujemy, żeby inflacja nie zjadała tych podwyżek – tak na konferencji prasowej po wtorkowym (9 czerwca) posiedzeniu rządu mówił premier Donald Tusk, ogłaszając, że Rada Ministrów przyjęła propozycję średniorocznych wskaźników wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej na 2027 r.
Czy inflacja na pewno nie zje podwyżek w budżetówce?
Argumentacja premiera jest następująca: skoro prognozowana przez rząd inflacja w tym i przyszłym roku ma wynieść średniorocznie 2,5 proc., to wzrost pensji w budżetówce na poziomie 3 proc. sprawi, że realne możliwości zakupowe pracowników nie zostaną uszczuplone.
Problem w tym, że obecnie mało kto zakłada, że inflacja w tym i w przyszłym roku faktycznie będzie taka, jak prognozuje Ministerstwo Finansów i Gospodarki.
– Na wysokim poziomie ogólności, jeśli chodzi o przewidywania na 2027 r., to proponowana przez rząd podwyżka nadąża za inflacją i mamy zachowanie siły nabywczej – mówi Zero.pl Grzegorz Sikora, rzecznik Forum Związków Zawodowych (FZZ). To jedna z trzech reprezentatywnych central związkowych w Polsce, której przedstawiciele zasiadają w Radzie Dialogu Społecznego – forum, które skupia rząd, stronę pracowników i stronę pracodawców.
„Na papierze” bezrobocie w dół. Ale spadek maskuje niepokojące trendy
– Ale trzeba tutaj zrobić dwa ważne założenia – dodaje Grzegorz Sikora. – Po pierwsze, nie mamy przekonania, że ta inflacja w 2026 i 2027 r. wyniesie średnio 2,5 proc. Rząd w swoich prognozach nie ujął zmiennej związanej z efektami wojny na Bliskim Wschodzie, na co zresztą wskazują różne ośrodki analityczne.
Przykładów jest sporo. Według niedawno zrewidowanych prognoz banku Credit Agricole, inflacja w Polsce ma wynieść 2,8 proc. w br. i 3,8 proc. w 2027 r. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) przewiduje z kolei, że ceny towarów i usług w naszym kraju wzrosną o 3,7 proc. w 2026 r. i 2,7 proc. w 2027 r. Uśrednione prognozy ekonomistów ankietowanych przez Europejski Kongres Finansowy wskazują, że inflacja w 2026-2027 r. wyniesie odpowiednio 3,3 proc. i 3,1 proc. (średniorocznie).
Pewności, że inflacja „nie zje podwyżek”, zatem nie ma. Ale strona społeczna zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię.
Budżetówka pod presją zaciskania pasa
– To skala zaniechań – mówi Grzegorz Sikora z FZZ. – Spójrzmy na ostatnie sześciolecie jako na okres, w którym nastąpił skumulowany wzrost inflacji na dużą skalę. W tym czasie pensja minimalna i przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosły solidnie, w ujęciu realnym. Nikogo nie trzeba o tym przekonywać. Budżetówka, mimo 20-proc. podwyżki wynagrodzeń w 2024 r., w ujęciu 6-letnim jest tym sercem gospodarki, które straciło najwięcej. Tu pensje nie urosły realnie.
– Teza o tym, jakoby te podwyżki sprzed dwóch lat były jakieś gargantuiczne, nie ma podstaw, bo miały one po prostu charakter niepełnego wyrównania, kompensacji za wcześniejsze zaniechania – podsumowuje.
O tym, że budżetówka przez lata dźwigała na sobie ciężar konieczności zaciskania pasa, mówi też Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.
– Państwowa sfera budżetowa była przedmiotem działań oszczędnościowych przez wiele lat od czasu kryzysu finansowego 2008 r. – przyznaje. – Nawet kiedy w późniejszym czasie zamknięto procedurę nadmiernego deficytu wobec Polski, wskaźnik waloryzacji płac w budżetówce był albo zamrożony, albo jego wzrosty były naprawdę umiarkowane. Ta jedna duża podwyżka, w 2024 r., nie nadrobiła w całości lat zaniedbań. I rzeczywiście, w efekcie państwowa sfera budżetowa w wielu aspektach jest mało atrakcyjnym pracodawcą, nie przyciąga chętnych do pracy, a to niekorzystnie wpływa na efektywność jej funkcjonowania. My to widzimy.
Zdaniem Grzegorza Sikory z FZZ fakt, że sektor budżetowy boryka się z trudnościami w pozyskiwaniu pracowników, może odbić się na bezpieczeństwie państwa. Przypomnijmy, że sfera budżetowa to m.in. nauczyciele, urzędnicy, żołnierze i funkcjonariusze różnych służb.
– Kolejny aspekt, o którym mówimy już drugi rok z rzędu, to kwestia godnych wynagrodzeń w budżetówce w kontekście obronności – mówi przedstawiciel FZZ. – Przeznaczamy na obronność gigantyczne pieniądze, a zapominamy, że jej istotnym elementem jest odporność. Najbardziej solidny fundament tej odporności, nawet poniżej progu wojny, to z kolei zabezpieczenie ciągłości funkcjonowania państwa – szkół, urzędów. Za to odpowiedzialni są pracownicy sektora publicznego właśnie.
Jak dodaje nasz rozmówca, „w doktrynie obronności państw bałtyckich czy skandynawskich to właśnie budżetówka stanowi pierwszą linię budowania odporności”. – U nas tymczasem postępuje systemowa degradacja grup zawodowych, które decydują o zachowaniu zdolności państwa do działania. Mamy erozję kadrową w sferze budżetowej, bo poziom wynagrodzeń sprawia, że państwo jako pracodawca nie jest w stanie konkurować z sektorem prywatnym.
– Kiedy premier wychodzi i mówi: „chcielibyśmy, by to było więcej”, to aż się prosi, by powiedzieć, że to nie kwestia chciejstwa, a polskiej racji stanu.
Grzegorz Sikora, Forum Związków Zawodowych
Rządowa propozycja zostanie teraz przedstawiona oficjalnie Radzie Dialogu Społecznego i stanie się przedmiotem negocjacji. Strona związkowa mówi wprost: w budżetówce potrzeba dwucyfrowych podwyżek.
Podwyżki w budżetówce: związkowcy chcą więcej, pracodawcy ostrożni
– My postulujemy podwyżkę wynagrodzeń w sferze budżetowej o 15 proc. – mówi nam Grzegorz Sikora. – To może wydawać się dużo, ale trzeba rozpatrywać ten postulat w kontekście tego, o czym mówiłem wcześniej. Ten postulat to element wspólnego stanowiska FZZ, Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ) i „Solidarności”.
Z kolei ze strony pracodawców płyną sygnały, że obecna sytuacja budżetowa woła o umiarkowane podwyżki tych płac, które są finansowane przez państwo – tak, by publiczna kasa nie była nadmiernie obciążona.
– Faktem jest, że sytuacja finansów publicznych jest obecnie bardzo trudna – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista FPP. – Deficyt za ubiegły rok potwierdzono na poziomie 7,2 proc. PKB, a przecież jesteśmy w sytuacji w miarę dobrej koniunktury. Obsługa zadłużenia kosztuje coraz więcej – wraz z długiem funduszy pozabudżetowych, w tym roku to będzie kwota ponad 110 mld zł. Podwyżka wynagrodzeń w budżetówce o 3 proc. wydaje się dość mała – jednak trudno postulować radykalny wzrost właśnie teraz.
Minister potrzebowała żywej tarczy. Zrobiła ją sobie z malarki
Zdaniem prof. Jacka Męciny, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan, w obecnej sytuacji gospodarczej i budżetowej priorytetem powinno być przede wszystkim utrzymanie realnej wartości wynagrodzeń, czyli dostosowanie podwyżek do poziomu inflacji. Prof. Męcina, w komunikacie prasowym Lewiatana, który dotarł do naszej redakcji, określa rządową propozycję 3-proc. podwyżek w budżetówce jako „sensowną”, biorąc pod uwagę napięty budżet.
„Konfederacja Lewiatan skłania się do tej propozycji, deklarując równocześnie otwartość na rozmowy i konsultacje ze związkami zawodowymi i rządem, zwłaszcza w kontekście sytuacji poszczególnych grup zawodowych” – czytamy w komunikacie organizacji.
– Pracodawcy na RDS będą pewnie poruszać się pomiędzy wskaźnikiem inflacji a prognozowanym wzrostem wynagrodzeń w gospodarce i proponować, by płace w budżetówce wzrosły o 4, może 5 proc. – zauważa Łukasz Kozłowski z FPP.
– Obawiam się, że na dwucyfrową podwyżkę, proponowaną przez związki zawodowe, zwyczajnie nas nie stać.
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Wzrost wynagrodzeń w budżetówce nastąpi w ciągu trzech miesięcy po ogłoszeniu ustawy budżetowej na 2027 r., z wyrównaniem od 1 stycznia.
W czerwcu ub. r. rząd zaproponował, by pensje w budżetówce w 2026 r. wzrosły również o 3 proc. – i tak ostatecznie się stało.
