- W Zabrzu mieszkańcy odwołali w maju 2025 roku prezydentkę Agnieszkę Rupniewską – to pierwszy przełomowy przypadek pokazujący, że referendum odwoławcze może realnie zadziałać.
- W Krakowie komitet zebrał ok. 130 tys. podpisów przy wymaganych 58 tys., a prezydent Aleksander Miszalski został odwołany w referendum, mimo że próbował jeszcze przed głosowaniem wycofać się z części niepopularnych decyzji.
- W Warszawie 30 lipca rusza zbiórka podpisów pod referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego, zainicjowana po aferze Szpitala Południowego – do ważności głosowania potrzeba jednak rekordowej frekwencji na poziomie 35,3 proc.
- Wrocław i Radom pokazują, że fala referendalna wciąż może rozbić się już na etapie zbierania podpisów – w obu miastach komitety nie zdołały zebrać wymaganej liczby podpisów.
Dlaczego prezydenci byli niezatapialni
W polskim systemie odwołanie samorządowego włodarza jest bardzo trudne. Najpierw trzeba w ciągu 60 dni zebrać podpisy 10 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców. Potem, żeby głosowanie w ogóle było ważne, do urn musi pójść co najmniej 3/5 liczby osób, które wzięły udział w wyborze odwoływanego włodarza. Dopiero wtedy liczy się większość.
Statystyka nie zostawia złudzeń. W ciągu ostatnich dwudziestu lat odbyło się w Polsce 320 referendów w sprawie odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta. Skutecznych było 43, czyli ok. 13 proc. W dekadzie 2014–2024 na 109 takich głosowań mieszkańcy odwołali zaledwie 13 włodarzy. Niemal wszystkie porażki miały tę samą przyczynę: zbyt niską frekwencję. Za odwołaniem głosuje zwykle ponad 90 proc. uczestników, tyle że uczestników jest za mało.
Do tego dochodzi arsenał obronny urzędujących prezydentów: miejskie media i budżety promocyjne, ogłoszenia kupowane w lokalnej prasie, wpływ na tysiące miejsc pracy w urzędzie, spółkach i szkołach. No i strategia najprostsza: bojkot. Skoro ważność referendum zależy od frekwencji, wystarczy namówić własnych wyborców, by zostali w domu. Włodarze byli więc niemal nieodwoływalni.
Czytaj też: Wybory w Krakowie. Znamy datę głosowania
Pęknięcie mitu: Zabrze
Mit pękł 11 maja 2025 roku. W Zabrzu mieszkańcy odwołali Agnieszkę Rupniewską, bezpartyjną prezydentkę z poparciem Koalicji Obywatelskiej, wybraną zaledwie rok wcześniej. Powody były na wskroś lokalne: zwolnienia grupowe w miejskich jednostkach, podwyżki opłat i podatków lokalnych, rezygnacja z cyklicznych wydarzeń kulturalnych, przeciągająca się prywatyzacja Górnika Zabrze. Rupniewska broniła się, że przejęła miasto na progu bankructwa i ratowała je programem oszczędnościowym, ale to nie wystarczyło. Frekwencja wyniosła 25,2 proc. i próg został przekroczony: za odwołaniem głosowało ponad 27 tys. osób, przeciw 2 tys. Rada miasta ocalała o włos, do progu ważności zabrakło nieco ponad 100 głosujących.
Przeczytaj również: Zełenski przyleciał do Tuska. Wiadomo, o czym rozmawiali
To Zabrze dało kolejnym miastom przepis na sukces: połączenie wielu różnorodnych środowisk skoncentrowanych na odwołaniu włodarza i kilku konkretnych, policzalnych zarzutów zamiast ogólnego niezadowolenia.
Kraków: dowód w drugim największym mieście
Kolejnym punktem zwrotnym był Kraków, drugie największe miasto w Polsce i bastion Koalicji Obywatelskiej. Mogło się wydawać, że Aleksander Miszalski, ważna postać krakowskiej KO, ma autostradę do dwóch spokojnych kadencji. Nic bardziej mylnego.
W krótkim czasie Miszalski podjął serię kosztownych dla mieszkańców decyzji: podniósł ceny biletów komunikacji miejskiej, podrożało parkowanie, a na ok. 60 proc. powierzchni miasta wprowadzono Strefę Czystego Transportu, zamykającą wjazd samochodom niespełniającym norm. Równolegle opozycja i lokalne media punktowały „epidemię kolesiostwa" – obsadzanie publicznych stanowisk działaczami związanymi z prezydentem. Czarę goryczy przelewały finanse: Kraków stał się nominalnie najbardziej zadłużonym miastem w Polsce. Na koniec 2025 roku dług sięgnął 7,9 mld zł (rok wcześniej: 6,84 mld), a według prognoz do końca 2026 roku miał urosnąć do blisko 9 mld, o ponad 2 mld więcej niż w chwili objęcia urzędu przez Miszalskiego.
Inicjatywę referendalną zawiązał obywatelski komitet Jana Hoffmana, przewodniczącego dzielnicy Stare Miasto. Dołączyli wszyscy, którzy krytykowali prezydenta: od lewicowej współprzewodniczącej partii Razem Aleksandry Owcy, przez ruchy miejskie, Kraków dla Mieszkańców Łukasza Gibały, po PiS i Konfederację. Zebrano ok. 130 tys. podpisów przy wymaganych 58 tys. I tu ciekawostka, która potwierdza tezę o wiarygodnej groźbie: jeszcze przed głosowaniem Miszalski zaczął korygować kurs, zapowiedział poluzowanie zasad SCT i wycofał się z części opłat parkingowych. Na obronę władzy było już za późno. W głosowaniu do urn poszło prawie 30 proc. uprawnionych do głosowania, co wystarczyło do odwołania prezydenta.
Warto zapamiętać ten paradoks progu: prezydenta wybranego w drugiej turze, przy niższej frekwencji, odwołać jest łatwiej niż radę wybieraną w pierwszej. I znacznie łatwiej niż prezydenta, który wygrał w pierwszej turze przy wysokiej mobilizacji. To będzie miało znaczenie w Warszawie.
Wirus referendalny rozlewa się po Polsce
Sukcesy w Zabrzu i Krakowie ośmieliły ruchy polityczne w innych miastach i udowodniły, że sposób rządzenia ma znaczenie. Nawet w największych ośrodkach, gdzie do tej pory wystarczało poparcie KO i dystans wobec PiS, nie da się już rządzić bezkarnie. Miejskie elektoraty tracą cierpliwość i zaczynają patrzeć władzy na ręce.
Częstochowa. Trwa zbiórka komitetu „Czas na referendum", który do 17 sierpnia musi zebrać 15,9 tys. podpisów. Sytuacja jest bezprecedensowa: prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (Lewica, u władzy od 2010 roku) został w lutym zatrzymany przez CBA i usłyszał dwa zarzuty korupcyjne. Ma prokuratorski zakaz pełnienia funkcji, wstępu do urzędu, a nawet kontaktów z pracownikami. Miastem kieruje jego zastępca, którego, jak podkreślają inicjatorzy, nikt nie wybierał. W całym śledztwie zarzuty usłyszało ponad 20 osób, w tym samorządowcy Lewicy i KO. Sam Matyjaszczyk konsekwentnie utrzymuje, że jest niewinny. Drugą osią kampanii jest postępujący upadek miasta, którego liczba mieszkańców stopniała z ok. 260 tys. do ok. 200 tys.
Sprawdź również: Kaczyński uderza w Morawieckiego. „Rozłam w najgorszym momencie”
To już druga próba. Poprzedni komitet nie zebrał wymaganych 16 tys. podpisów do października 2025 roku, a w kwietniu 2026 roku rada miasta odrzuciła projekt uchwały PiS o referendum z własnej inicjatywy. Tym razem układ poparcia jest inny: na początku lipca do zbiórki oficjalnie włączył się PiS, wycofała się natomiast Konfederacja, bardzo aktywna w poprzedniej kampanii. Dotychczas komitet ogłosił zebranie 12,5 tys. podpisów, czyli ok. 80 proc. wymaganej liczby. Do końca zbiórki pozostało jeszcze ponad dwa tygodnie. Na dziś prawdopodobnie zbiórka okaże się sukcesem. Kolejny krok to referendum. W Częstochowie do ważności głosowania potrzeba 30 proc. uprawnionych. Jeśli do niego dojdzie, odwołanie wydaje się prawdopodobne.
Radom. I tu przychodzi zimny prysznic. Komitet zawiązany przez stowarzyszenie „Lepszy Radom" wraz z kilkoma organizacjami społecznymi zbierał podpisy od 27 maja. Zarzuty brzmiały znajomo: obsadzanie stanowisk partyjnym kluczem, zadłużenie miasta, podwyżki podatków i opłat, niespełnione obietnice. Oliwy do ognia dolała „potańcówka w klimacie PRL" z przebierańcami z ZOMO, którą ratusz zainaugurował obchody 50. rocznicy Czerwca '76. Inicjatywę referendalną popierali Bezpartyjni Samorządowcy, Polska 2050 oraz PiS. Bezskutecznie. Z wymaganych 15 035 podpisów zebrano ok. 10 tys. Referendum nie będzie.
Wrocław, czyli lekcja pokory
Dowodem na to, że referenda odwoławcze pozostają diabelnie trudne, jest Wrocław. W tej kadencji podjęto już dwie próby odwołania Jacka Sutryka. Pierwsza, na początku 2025 roku, po aferze Collegium Humanum i zatrzymaniu prezydenta przez CBA, przyniosła stowarzyszeniu „SOS Wrocław" ok. 33 tys. podpisów z wymaganych 46,6 tys.
Zobacz także: Akt oskarżenia Sutryka. Media: Za to odpowie prezydent Wrocławia
Jesienią komitet spróbował ponownie, tym razem oficjalnie wsparty przez Konfederację i z radą miejską na celowniku. Efekt był gorszy: nieco ponad 20 tys. podpisów.
Wrocławska porażka jest pouczająca. Sam skandal nie wystarczył. Wydaje się, że zabrakło klarownej komunikacji, połączenia większej liczby środowisk politycznych i zarzutów, które mogłyby trafić do przeciętnego mieszkańca.
Warszawa: mission impossible?
Najświeższy front otworzył się w stolicy. 25 czerwca, tuż przed sesją absolutoryjną, Maciej Wilk, prezes stowarzyszenia „Tak dla CPK", ogłosił Stołeczną Operację Referendalną, w skrócie SOR. Nazwa nie była przypadkowa, bo inicjatywa wyrosła na fali afery Szpitala Południowego: od szpitalnego oddziału ratunkowego, w którym według medialnych doniesień politycy KO korzystali z szybkiej ścieżki, przez prosektorium, gdzie fałszowano karty zgonu, po zwolnienie sygnalisty alarmującego o nieprawidłowościach. Rafał Trzaskowski odpowiedział dymisjami dwóch wiceprezydentek i zapowiedzią zmian, a w lipcu przedstawił ich następczynie.
Zbiórka rusza 30 lipca i tu widać rzecz najciekawszą. Argumentacja SOR w ciągu miesiąca przesunęła się ze skandalu w stronę zarządzania. Organizatorzy mówią dziś o przeroście administracji, ponad 9 tys. etatów urzędniczych i wzroście ich liczby o połowę od 2005 roku, o dwóch awariach Czajki, przeciągającym się remoncie Sali Kongresowej, zwężaniu ulic, likwidacji miejsc parkingowych i Strefie Czystego Transportu. Zarzucają też prezydentowi, że traktuje urząd jako przystanek w drodze do najwyższych stanowisk w państwie i w ratuszu „jedynie bywa". To jest dokładnie ten rejestr, który wygrał w Zabrzu i Krakowie, a którego zabrakło we Wrocławiu.
Może Cię zainteresować: Marcin Kierwiński pozwie kolejną osobę. W tle Szpital Południowy
Skala wyzwania pozostaje jednak bezprecedensowa. W 60 dni trzeba zebrać 132 290 podpisów, a krakowskie doświadczenie uczy, że zbierać trzeba z dużym zapasem, bo komisarz odrzuca znaczną część kart. Realistycznie mówi się o 200 tys. Jeszcze wyżej zawieszona jest poprzeczka frekwencyjna. Trzaskowski wygrał w 2024 roku już w pierwszej turze, zdobywając 444 006 głosów, a w wyborach wzięło udział 779 049 osób. Do ważności referendum potrzeba więc 467 430 głosujących, czyli frekwencji na poziomie 35,3 proc., o ponad osiem punktów wyższej niż ta, która wystarczyła w Krakowie. To więcej niż łączny warszawski elektorat PiS i Konfederacji z wyborów parlamentarnych.
Czy to znaczy, że SOR jest skazany na porażkę? Zadanie wydaje się bardzo trudne, a organizatorzy celują w głosowanie na początku grudnia. Nawet jeśli do niego nie dojdzie, sama zbiórka jest dla Rafała Trzaskowskiego czytelnym sygnałem niezadowolenia ze sposobu sprawowania władzy. Tym bardziej że oprócz afery Szpitala Południowego wśród mieszkańców Warszawy pojawia się krytyka tempa realizowanych inwestycji i niewystarczającej polityki mieszkaniowej. Znamienne jest też, że PiS przez pierwsze tygodnie trzymał się od inicjatywy z daleka, traktując ją jako przedsięwzięcie przede wszystkim medialne. Po Krakowie w partii przyjęto zasadę, by nowych akcji referendalnych nie firmować własnym szyldem. Okazał się on w tej kampanii raczej obciążeniem niż zasobem.
Nowa równowaga strachu
W teorii gier groźba nie musi zostać wykonana, żeby działać. Musi być wiarygodna. Przez dwie dekady referendum odwoławcze wiarygodne nie było, bo odwołanie prezydenta było zbyt trudne. Zabrze dostarczyło przepisu, a Kraków dowodu wykonania w skali metropolii. Od 24 maja 2026 roku każdy prezydent miasta wie, że scenariusz „przeczekam" przestał być bezpieczny.
Ta zmiana ma strukturalne podłoże. Po pierwsze, kończy się etap prostego zarządzania dużymi miastami. Dotychczas, aby uchodzić za dobrego włodarza, wystarczało budować duże projekty za pieniądze Unii Europejskiej i przecinać wstęgi. Większość miast była samograjami. Proste środki unijne już się skończyły, a mieszkańcy zaczynają zwiększać swoje oczekiwania wobec miasta, obserwując planowanie przestrzenne, sprawną komunikację publiczną czy infrastrukturę jakości życia. Po drugie, media społecznościowe obniżyły koszt mobilizacji i zneutralizowały przewagę miejskich tub propagandowych. Miejskie media i reklamy w lokalnych gazetach już nie wystarczą, aby mieć pełną kontrolę nad opinią publiczną.
Nie ma jednak róży bez kolców. Wrocław i Radom pokazują, że bez silnej organizacji i skutecznej komunikacji fala referendalna rozbija się już o próg podpisów, na długo przed jakimkolwiek głosowaniem. Próg frekwencyjny to dopiero druga bariera i wciąż chroni włodarzy z mocnym mandatem z pierwszej tury. W Krakowie do ważności głosowania wystarczyło 26,98 proc. uprawnionych, w Warszawie potrzeba 35,3 proc. A wiarygodna groźba ma też ciemną stronę: prezydenci mogą zacząć unikać wszystkich trudnych, niepopularnych decyzji, od stref czystego transportu po urealnianie cen biletów, bo każda z nich może stać się paliwem referendalnym. Demokracja bezpośrednia bywa bezlitosna dla polityki długiego trwania.
Referendum w Krakowie z kolei ujawniło ogromny problem ustrojowy. Mieszkańcy mogą odwołać prezydenta i przez długi czas nie odzyskać wpływu na to, kto rządzi miastem. Z taką sytuacją mamy do czynienia w stolicy Małopolski. Krakowem rządzi Stanisław Kracik, komisarz wyznaczony przez premiera. Ten sam Stanisław Kracik, którego Aleksander Miszalski powołał w maju 2024 roku na zastępcę prezydenta. Formalnie wybory powinny odbyć się w ciągu 90 dni od ogłoszenia wyników. Istnieje jednak legislacyjna luka, która nie precyzuje, od kiedy liczyć ten termin w razie wystąpienia procesów wyborczych. Z tej ustawowej luki skorzystał Edward Nowak, związany z Komitetem Obrony Demokracji, składając protest wyborczy (który w pierwszej instancji został przez sąd rozpatrzony negatywnie – nie stwierdzono wpływu na wynik wyborów), a następnie, nie odbierając pisma z sądu i składając apelację, dalej przeciągał termin wyborów. Wybory w Krakowie odbędą się więc prawdopodobnie nie po trzech, a po pięciu miesiącach, nadal z tą samą ekipą polityczną u steru. Dla lokalnej demokracji to zła wiadomość i mechanizm wymagający pilnej poprawy. Mieszkańcy wyegzekwowali odejście prezydenta, ale nie odzyskali prawa do wskazania następcy, a władzę przejął zastępca odwołanego prezydenta.
Podsumowując, chociaż odwołanie włodarzy nadal jest bardzo trudne, jedno jest pewne: era niezatapialnych prezydentów właśnie się skończyła, choć era łatwych odwołań wcale się nie zaczęła. Mandat wyborczy przestał być pięcioletnią gwarancją. Trzeba go odnawiać między wyborami, codziennie.


