- Reforma edukacji uderzyła w rekrutację na studia: Likwidacja gimnazjów i wprowadzenie limitu przedmiotów rozszerzonych w liceach sprawiły, że szkoły publiczne nie są w stanie przygotować uczniów do wymogów rekrutacyjnych na najbardziej oblegane kierunki.
- Korepetycje przestały być ratunkiem, stały się systemem. Zajęcia pozalekcyjne ewoluowały z funkcji kompensacyjnej (pomoc słabszym) do systemowej – dziś to biznes mający na celu maksymalizację wyników egzaminów, na który stać tylko nielicznych.
- Publiczne uczelnie promują bogatych. Wymóg posiadania punktów z 3, 4 czy nawet 5 przedmiotów rozszerzonych faworyzuje kandydatów z dużych miast oraz zamożnych domów, zamykając drogę zdolnym uczniom opierającym się wyłącznie na publicznym systemie edukacji.
W ostatnim czasie media obiegła wiadomość, iż Uniwersytet Jagielloński postanowił ułatwić kandydatom na studia udział w rekrutacji. Dotychczas uwzględniała ona wyniki matur rozszerzonych z matematyki, chemii i biologii. W naborze na rok akademicki 2030/2031 liczyć będą się już jedynie biologia i chemia, a podczas dwóch lat przejściowych – wyniki dowolnych dwóch spośród trzech dotychczas uwzględnianych rozszerzeń. Skąd ta decyzja?
Zdaniem rektora przygotowanie się do matury z trzech tak trudnych przedmiotów to duże obciążenie. Poza tym obecny system „odrzuca” wielu zdolnych kandydatów, którym słabiej idzie z matematyki. Czy ta decyzja władz Collegium Medicum jest słuszna? Oczywiście. Z tym zastrzeżeniem, że mam nieodparte wrażenie, iż władze krakowskiej uczelni realnego źródła tego, co zaobserwowały, niestety nie rozumieją. I nie tylko one.
Przeczytaj także: RPD i afera paskowo-lodowa. Dlaczego system ocen w polskich szkołach jest fikcją
Reforma, której skutki przeoczono
Zadajmy więc sobie pytanie: dlaczego od jakiegoś czasu przyszli lekarze zaczęli gorzej sobie radzić z matematyką rozszerzoną na maturze? Przecież nie chodzi o pojedynczych kandydatów, a o statystycznie dostrzegane zjawisko. Mam pewną teorię, która wiąże się z rozpoczętą niecałe 10 lat temu (tak, to już tyle czasu!) reformą systemu edukacji, która zlikwidowała gimnazja. W jej efekcie dotychczasowe trzyletnie liceum zostało zastąpione szkołą czteroletnią. Analogicznie o rok wydłużył się również czas nauki w technikach. Dokonała się jednak jeszcze jedna subtelna zmiana, którą akademicy przeoczyli, a która ma jednak konsekwencje.
Jeżeli spojrzymy do obowiązującego rozporządzenia w sprawie ramowych planów nauczania w szkołach publicznych, dowiemy się, że uczeń liceum powinien realizować dwa lub trzy przedmioty na poziomie rozszerzonym. Zresztą na wpisanie tylko trzech rozszerzanych przedmiotów jest miejsce na świadectwach promocyjnych i końcowoszkolnych. Przed likwidacją gimnazjów licealista mógł zaś rozszerzać od jednego do aż czterech przedmiotów. To oznacza, że zmniejszono ten limit o jeden przedmiot.
Ta z pozoru niewielka różnica ma spore konsekwencje. Jeśli bowiem uwzględnimy, że w praktyce większości liceów jednym z rozszerzanych przedmiotów był i coraz częściej jest (i zresztą bardzo słusznie) język obcy (zwykle angielski), do wyboru pozostają jeszcze dwa przedmioty. Co więc stanie się, gdy w rekrutacji na studia jakaś uczelnia daje punkty za wynik z więcej niż dwóch rozszerzeń niejęzykowych? Kandydat często będzie musiał na własną rękę przygotować się do dodatkowej matury z przedmiotu, którego na tym poziomie w szkole nie ma.
Ta zaś sytuacja jest patologiogenna, bo w praktyce oznacza, że świetny wynik z trzeciego rozszerzenia uczeń musi okupić swoją ciężką dodatkową pracą (tylko po co mu wtedy szkoła?) albo ponoszonymi przez rodziców kosztami korepetycji czy kursów maturalnych. Te przecież nie są tanie i nie każdego na nie stać. Można oczywiście też spróbować, mimo zrealizowania matematyki na poziomie podstawowym, zdać z niej maturę na poziomie rozszerzonym – a nuż jakoś się uda. I pewnie zwykle się udaje, ale no właśnie – „jakoś”. Nie na tyle dobrze, by dostać się na wymarzoną medycynę. I to te wyniki zapewne dostrzeżono w rekrutacyjnych statystykach!
Przygotowanie do matury rozszerzonej przenosi się poza szkołę
Ktoś może jednak powiedzieć: no dobrze, ale są klasy, w których nie ma rozszerzanego języka, a są rzeczywiście rozszerzane trzy przedmioty „pod medycynę”. To prawda. Zdarzają się w dużych miastach.
Przeanalizujmy jednak statystyki. Zgodnie z danymi CKE w latach 2019–2022 (matura dla absolwentów szkół średnich po gimnazjum) zdawanie matury rozszerzonej z co najmniej czterech przedmiotów zadeklarował co dwudziesty abiturient, z trzech przedmiotów co czwarty, z dwóch co trzeci, a pozostali podchodzili do najwyżej jednego takiego egzaminu.
Średnio każdy przystępował do około 1,9 egzaminu rozszerzonego. Wyniki dla lat późniejszych nie różnią się zauważalnie od wspomnianych danych. Jaki wniosek więc z tego płynie, jeśli skorelować to z wiedzą nt. zmian w programie nauczania szkół średnich przed i po reformie? Kluczowa zmiana nie dotyczy liczby zdawanych egzaminów, lecz stopnia ich pokrycia przez formalny program nauczania. Ewidentnie część przygotowania do rekrutacji na studia przeniosła się poza system szkolny: na samodzielną naukę i rynek korepetycji. Różnica polega nie na samym istnieniu edukacji pozaszkolnej, lecz na jej rosnącym znaczeniu jako elementu koniecznego do maksymalizacji wyniku rekrutacyjnego. Widać to zresztą po tym, jak ten rynek ewoluuje.
Analizując dane CBOS (komunikaty z badań wydatków rodziców na edukację dzieci) dotyczące wydatków na edukację dzieci oraz badania rynku korepetycji, można zaobserwować wyraźną zmianę funkcji zajęć dodatkowych w ostatnich kilkunastu latach. Zmiana ta w literaturze określana jest jako edukacja w cieniu (shadow education system) i opisywana jako przejście od funkcji kompensacyjnej do systemowej. W pierwszym okresie, tak do 2010 r., korepetycje miały więc charakter przede wszystkim kompensacyjny i dotyczyły relatywnie niewielkiej części uczniów.
W kolejnych latach ich znaczenie rosło, a wraz z nim pojawiły się kursy przygotowawcze do egzaminów, co wskazuje na przesunięcie w stronę optymalizacji wyników edukacyjnych. Od czasu pandemii COVID-19 korepetycje i kursy stały się powszechnym elementem przygotowania do egzaminów, funkcjonując równolegle wobec systemu szkolnego i obejmując również uczniów osiągających dobre wyniki w nauce. Oznacza to, że korepetycje przestają być korektą słabości, a stają się elementem strategii maksymalizacji wyniku egzaminacyjnego.
Cóż, a jak w tym wszystkim wypadają absolwenci techników, w których dawniej rozszerzano dwa przedmioty, a obecnie jeden lub dwa (i rzadko kiedy języki obce)? W praktyce trudno założyć niestety, że świetny absolwent technikum dzięki samej szkole może dostać się na elitarne studia.
Państwowa uczelnia, prywatne przygotowanie
System publiczny musi działać w taki sposób, aby uczeń uczący się w liceum, realizujący wynikającą z przepisów liczbę rozszerzeń, mógł dzięki nim przygotować się do zdania matury, która pozwoli mu na uczciwą rywalizację w rekrutacji na studia. Prawo dopuszcza, by zdawał większą liczbę przedmiotów. Ale w rekrutacji na studia państwowe uwzględniane powinny być wyniki z takiej liczby przedmiotów, na przygotowanie do której pozwala program obowiązujący w liceum czy technikum. Branie pod uwagę wyników z większej liczby przedmiotów rozszerzonych naraz w istocie premiuje i napędza prywatny rynek korepetycji i kursów maturalnych – rynek, do którego wielu bardzo zdolnych nie ma dostępu.
Przeczytaj także: Oszukiwanie na maturze. Jak dziurawy jest system egzaminów w Polsce
Dlatego bardzo cieszę się, że UJ dokonał zmiany. Już przejściowe zasady są satysfakcjonujące. Niestety, nadal są uczelnie, na których można uzyskać punkty rekrutacyjne za więcej niż dwa przedmioty rozszerzone niejęzykowe naraz. Tak jest choćby w przypadku kierunku lekarskiego i lekarsko-dentystycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. W rekrutacji na psychologię na Uniwersytecie Warszawskim punktowane mogą być wyniki z aż czterech przedmiotów na poziomie rozszerzonym. Podobnie jest na Uniwersytecie Gdańskim czy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Szczególnie kontrowersyjna jest w mojej ocenie jednak rekrutacja na prawo na UW, gdzie punktacja jest w stanie uwzględnić aż pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym!
Komplet punktów dla tych, których stać
Podkreślmy dla jasności: nie chodzi o to, że kandydat musi koniecznie zdać maturę z aż tylu przedmiotów na poziomie rozszerzonym, aby przystąpić do rekrutacji i się dostać. Z tylu przedmiotów musi ją zdać, aby był w stanie uzyskać maksymalny możliwy wynik rekrutacyjny. Jeśli jesteś licealnym prymusem, który zrealizował maksymalną dopuszczalną liczbę rozszerzeń i zdał z nich matury (oraz wszystkie podstawowe) na 100 proc., to nie uzyskasz maksymalnego wyniku rekrutacyjnego.
Jeśli więc zależy ci na tych studiach, to albo będziesz się w liceum zajeżdżał po nocach, samemu douczając się z kolejnego rozszerzenia, na które nie chodzisz, albo zapłacisz za korepetycje i kursy. A i to jedynie, gdy masz szczęście mieszkać tam, gdzie takie będą dostępne. Możesz też od początku to zaplanować, szukając niepublicznego liceum, w którym rozszerzeń będzie więcej, niż wynika z przepisów. Dodatkowe punkty w rekrutacji możesz więc „kupić” albo swoim przepracowaniem (czy ostatnio ktoś coś mówił o dobrostanie psychicznym nastolatków?), albo za pieniądze. Często nijak ma się to do realnych kwalifikacji samego kandydata.
Na wielu kierunkach wiedza weryfikowana na maturze z przedmiotu nie jest niezbędna do rzetelnego studiowania. Widać to doskonale po tym, że w rekrutacji zamiennie uwzględnia się niekiedy wiele różnych przedmiotów. Jeśli więc wynik matury ma pokazać zdolność kandydata do efektywnego przyswajania wiedzy, wykorzystywania jej do rozwiązywania problemów i robienia tego na wysokim poziomie doskonałości, to uwzględnienie wyniku z pięciu przedmiotów nie daje szczególnej przewagi nad wynikiem dwóch. Upieranie się przy uwzględnianiu większej liczby wyników może być po prostu szkodliwe społecznie. Tym bardziej że problem dotyczy kierunków „elitarnych”.
Przeczytaj także: Egzamin (nie)dojrzałości. Oszustwa podważają sens matury
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że system pozwala uczniowi zdawać maturę z wielu przedmiotów na poziomie rozszerzonym. Jeśli jednak w szkole publicznej do zdania matury na tym poziomie przygotowuje realizacja przedmiotu na nim, a można ich realizować w ten sposób co najwyżej trzy, to rekrutacja na studia na państwowych uczelniach powinna uwzględniać wyniki nie więcej niż trzech matur rozszerzonych naraz. Inaczej otwarcie dyskryminuje tych, którzy postanowią albo z przyczyn życiowych muszą ograniczyć się do tego, co zgodnie z prawem oferuje im dana szkoła średnia.
Czy więc darmowe studia na elitarnych kierunkach są rzeczywiście dla bogatych i z dużych miast? Czy publiczna uczelnia powinna premiować kompetencje, które przeciętny uczeń może zdobyć w publicznej szkole, czy także te wymagające dodatkowych zasobów poza systemem szkolnym? Czy w końcu państwo nie powinno tworzyć systemu, w którym sukces można sobie znacznie ułatwić, wykraczając poza standard publicznej edukacji? Udzielenie odpowiedzi na te pytania tym razem pozostawiam Czytelnikowi.

