- Zamiast walczyć o lody dla „paskowiczów”, porozmawiajmy w końcu o tym, dlaczego polskie świadectwa są w dużej mierze fikcją.
- Ta sama ocena „dobra” w różnych szkołach oznacza coś zupełnie innego – to nie jest system, to jest loteria.
- Szkoła uczy dzieci walczyć o cyferki zamiast o wiedzę. Afera paskowo-lodowa tylko to obnaża.
Mało co jest tak medialne, jak kuriozalne decyzje urzędników i jaskrawe przykłady decyzji świadczące o niekompetencji polityków. Kiedy jednak wokół tej czy innej sprawy zaczyna unosić się medialno-bitewny kurz, często przesłania on nam głębiej ukrytą rzeczywistość: istotę i skalę problemu.
Tak jest też w przypadku ostatniej afery paskowo-lodowej, w której problemem nie są wcale darmowe lody dla uczniów z paskiem, lecz sam system świadectw promocyjnych i ocen szkolnych: wciąż niewiarygodny, biurokratyczny i nadmiernie skupiający uwagę na stopniach, które rzadko kiedy rzetelnie oddają realny stan wiedzy i kompetencji uczniów.
Pszczyńska lodziarnia pod lupą
Pszczyna to niewielkie, liczące 25 tys. osób miasto, znane jako Perła Śląska. Znajduje się w niej Lodziarnia Pod Dębem, która od 25 lat w dniu zakończenia roku szkolnego rozdawała darmowe lody uczniom, którzy mogli pochwalić się świadectwem z biało-czerwonym paskiem.
W tym roku ta lokalna ćwierćwieczna tradycja zostanie przerwana. Wyrządza bowiem krzywdę dzieciom w ocenie rzecznika praw dziecka (RPD). I to zapewne niemałą, biorąc pod uwagę rozmiar zaangażowania tego urzędu w sprawę.
Gdyby RPD zakończył na wysłanym niegdyś ogólnym liście do przedsiębiorców, byłoby to w jakimś stopniu zrozumiałe. Ale interwencyjne napominanie konkretnych firm to już gruba przesada. Tym bardziej, że nie mówimy o tylko jednym piśmie do tej lodziarni… O co więc chodzi?
Kto kandydatem KO na prezydenta Krakowa? Padły trzy nazwiska
Zdaniem RPD dawanie darmowych lodów dzieciom, które mają paski na świadectwie, dzieli je ze względu na ich osiągnięcia edukacyjne. Nalega więc, aby tego nie robiono.
Błędna diagnoza i zły adresat
Gdyby na takich wnioskach korespondencja się zakończyła, uznałbym, że to zwyczajny efekt dosyć lewicowych poglądów RPD, co pokrywałoby się zresztą ze stosowaniem przez ten urząd w swojej korespondencji elementów charakterystycznej nowomowy.
Ale RPD wyjaśnia swoje stanowisko szczegółowo, wskazując, iż docenianie „paskowiczów” jest niewłaściwe, bowiem „wiele czynników wpływa na wyniki w nauce, w tym m.in. sytuacja rodzinna i finansowa, zdrowie psychiczne i fizyczne oraz dostęp do zasobów edukacyjnych, ale również różnorodna interpretacja zapisów szkolnych systemów oceniania w statutach szkół i placówek oświatowych, dlatego też koncentrowanie się na ocenach jako kryterium nagradzania może prowadzić do niepotrzebnej presji wśród osób uczniowskich, które z różnych przyczyn nie osiągają wysokich wyników w nauce”.
Przyznam, że w tym momencie opadają mi ręce. RPD publicznie wyraża wszak pogląd, iż wyróżnianie uczniów biało-czerwonym paskiem jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Sęk w tym, że swoje pretensje w tej materii kieruje do… lodziarni. Ot, takie punktowe leczenie wybranego skutku zamiast przyczyny.
Afera jest sztuczna, ale problem ocen prawdziwy
Katalog przyczyn, dla których docenianie uczniów z najlepszymi ocenami (celowo nie nazywam ich najlepszymi uczniami) jest niesprawiedliwe otwiera szereg przyczyn o charakterze populistyczno-utopijnym.
Największy comeback w polskim tenisie. Niezwykła historia Mai Chwalińskiej
Jeśli bowiem zróżnicowane: sytuacja rodzinna, zdrowie i dostęp do zasobów mają uniemożliwiać jakiekolwiek rywalizowanie ludzi oraz ocenę ich określonych umiejętności, to tak naprawdę krzywdzące jest wszystko, z zawodami sportowymi, rekrutacjami wszelakimi, premią w pracy i szansą na znalezienie odpowiednich partnerów życiowych na czele.
Z drugiej strony, jest w całej tej litanii jeden poważny argument, który ma realnie i praktycznie olbrzymią wagę. Otóż oceny, jakie uczniowie uzyskują w szkołach nie są w żaden sposób w Polsce standaryzowane.
Ta sama ocena „dobra” w dziesięciu różnych szkołach będzie oznaczała za każdym razem coś innego. I to już na poziomie oficjalnych wymogów określonych w szkolnych regulacjach. A przecież zwykle najbardziej kuleje praktyczna ich realizacja. Jak więc można je porównywać między szkołami?
Ta sama ocena, różne znaczenia
Wszystko zaczyna się od różnych standardów oceniania w poszczególnych szkołach. W jednych dobre oceny zdobywa się trudno, bo nauczyciele i rodzice utożsamiają to z wysokim poziomem nauczania. W innych otrzymuje się je znacznie łatwiej, bo ważniejszy jest spokój i zadowolenie uczniów oraz rodziców.
W tym systemie najczęściej przegrywa sama idea oceniania. Pod koniec roku szkolnego uczniowie i rodzice rzadko zabiegają o uzupełnienie wiedzy czy rozwijanie zainteresowań. Znacznie częściej walczą o wyższą ocenę, niezależnie od tego, na ile odpowiada ona rzeczywistym umiejętnościom ucznia.
50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak
Tę logikę wzmacniają również przepisy, które nakazują szkołom tworzenie procedur podwyższania ocen przewidywanych. W efekcie końcówka roku szkolnego zamienia się w okres negocjacji, poprawek i dodatkowych prac, których celem jest nie zdobycie wiedzy, lecz poprawienie cyferki w dzienniku.
Paradoksalnie często uczestniczą w tym także osoby najgłośniej krytykujące standaryzowane egzaminy zewnętrzne, doskonale zdając sobie sprawę z ograniczonej wiarygodności szkolnych ocen.
A gdyby tak zlikwidować świadectwa promocyjne?
Prawda jest taka, że wiele wspomnianych problemów można by rozwiązać szybkim i tanim ruchem. A mianowicie likwidacją świadectw, jakie uczniowie otrzymują, gdy w szkole przechodzą z danej klasy do wyższej, czyli świadectw promocyjnych. Dlaczego tak? Powodów jest sporo.
Zacznijmy od tego, że nie mają one żadnej realnej wartości użytkowej i nie są praktycznie do niczego potrzebne. Co ciekawe, sam system nie uznaje ich jako dokumentów, choć je wystawia. Kiedy uczeń zmienia szkołę w trakcie nauki, nowa szkoła oczekuje na przesłany z poprzedniej arkusz ocen. I świadectwo nie może go zastąpić.
Szkolne świadectwa mają znikomą wiarygodność jako dokumenty, są bardzo łatwe do podrobienia, ponieważ drukuje się je na zwykłych drukarkach i opiera na łatwych do sfałszowania elementach jak podpisy i pieczątki.
Nie ma też żadnego centralnego rejestru, który pozwalałby na weryfikację ich autentyczności. Ponieważ przez długi czas blankiety świadectw nie były dokumentami publicznymi (wymagającymi ścisłego zarachowania), nietrudno je nabyć.
V-dolce, obrazy, 15 tys. książek. Partyjni liderzy pokazali swój majątek
Świadectwa promocyjne nie są uznawane za granicą a do tego większość krajów ogranicza liczbę wydawanych dokumentów szczególnie wtedy, gdy dany poziom uczenia się jest obowiązkowy.
Krótko mówiąc, skoro niemal wszyscy kończą szkołę podstawową, bo muszą, to coroczne formalne potwierdzanie tego jest zbędne. W końcu to świadectwa sprawiają, że społeczeństwo nadmiernie skupia się na ocenach zamiast na kompetencjach.
To one wzmacniają kulturę „walki o stopnie”, a nie rzeczywistego zdobywania wiedzy i umiejętności. Tworzy się presja na wysokie oceny niezależnie od faktycznych umiejętności. Od lat przecież rodzice i uczniowie koncentrują się na średniej i pasku, zamiast na rozwoju.
Do tego dorzućmy kwestię biało-czerwonego paska, oceny z zachowania i wpływu na całość dostosowań dla uczniów z trudnościami. I bałagan gotowy.
Nie należy też lekceważyć kosztów organizacyjnych związanych ze świadectwami promocyjnymi. Ich przygotowanie wymaga całego łańcucha procedur: wcześniejszego wystawiania ocen, rad klasyfikacyjnych, drukowania i podpisywania dokumentów.
W praktyce oznacza to, że na kilka tygodni przed zakończeniem roku szkolnego uwaga uczniów, rodziców i nauczycieli przesuwa się z nauki na ocenianie. Rozpoczynają się poprawy, odwołania i negocjacje dotyczące stopni, a normalna praca dydaktyczna stopniowo zamiera. Wielu uczniów uznaje wręcz, że skoro oceny są już ustalone, dalsza obecność na zajęciach nie ma większego sensu.
Szkoła bez świadectw
Wyobraźmy sobie szkołę bez świadectw promocyjnych. Nauczyciele mogliby wpisać oceny końcowe już po zakończeniu zajęć z uczniami, bez pośpiechu i bez konieczności organizowania całej procedury związanej z drukowaniem dokumentów.
Oznaczałoby to również koniec ocen przewidywanych i wielotygodniowych sporów o stopnie. Szkoły mogłyby normalnie pracować niemal do ostatniego dnia roku szkolnego, zyskując od dwóch do nawet czterech dodatkowych tygodni realnej nauki rocznie. W skali całej edukacji dawałoby to czas porównywalny z dodatkowymi miesiącami nauczania.
Kiedy znikają świadectwa promocyjne, znikają także paski, a wraz z nimi część sporów i emocji, które dziś koncentrują się wokół samych ocen.
Świadectwa końcowoszkolne i rekrutacja
Zostaje jeszcze kwestia świadectw na koniec szkoły. Te trzeba z oczywistych względów zachować. Jak jednak rozwiązać problem wiarygodności poziomu ocen?
I nie chodzi wcale o darmowe lody, to jest bowiem tylko nieszkodliwa zabawa. Chodzi o znaczny wpływ ocen na takim świadectwie ukończenia szkoły podstawowej przy rekrutacji do liceum.
Można za nie uzyskać do 77 punktów spośród wszystkich 200. Kolejne 7 daje ewentualny biało-czerwony pasek. Tu już oceny nie tylko mogą, ale często decydują o czyjejś przyszłości. Jeśli tak ma być, to dobrze byłoby to zobiektywizować.
Jak koalicja przegra wybory przez Martę Cienkowską
Nie można tego zrobić zwiększając znaczenie egzaminu zewnętrznego, bo chodzi o uwzględnienie oceny pracy rozłożonej w czasie. I to również jest do zrobienia. Na przykład wystarczyłoby szkołom obliczać specjalny współczynnik – wagę – przez którą mnożona byłaby średnia ocen na świadectwie jej ukończenia. A waga ta powstawałaby na podstawie wyników egzaminów zewnętrznych.
Jeśli szkoła „produkuje” same piątkowe świadectwa, choć jej uczniowie słabo piszą egzaminy zewnętrzne, to stosowny współczynnik mógłby to skorygować. To rozwiązanie jaki przychodzi mi do głowy „na szybko”. Czyli z pewnością można stworzyć inne, jeszcze lepsze.
Potrzebna jest zmiana mentalności w domu i szkole
Czegokolwiek byśmy nie deklarowali oficjalnie, w praktyce nadal szkoła i społeczeństwo pokazują dzieciom, że liczba na świadectwie jest miarą ich wartości. Dzieje się to nie w lodziarni, ale przy rodzinnym stole, podczas wakacyjnych rozmów albo wtedy, gdy dorośli porównują swoje dzieci między sobą pozornie niewinnymi komentarzami o paskach, średnich i wynikach egzaminów.
Nic więc dziwnego, że jedni panicznie walczą o stopnie, a inni zaczynają postrzegać wszelką rywalizację jako zagrożenie dla dobrostanu uczniów. Tymczasem oba te podejścia prowadzą donikąd.
Rywalizacja sama w sobie nie jest niczym złym. Przeciwnie – jest naturalnym elementem życia społecznego i ważnym motywatorem rozwoju. Musi jednak opierać się na możliwie uczciwych i obiektywnych zasadach.
Równocześnie trzeba nauczyć dzieci czegoś, o czym dorośli bardzo często sami zapomnieli: ocena jest jedynie niedoskonałą próbą opisania fragmentu pracy ucznia. Nie definiuje człowieka, jego inteligencji, charakteru ani przyszłej wartości.
Dopiero rozdzielenie wyniku od wartości osoby może stać się fundamentem zdrowego podejścia do edukacji. Wtedy troska o dobrostan dzieci nie będzie oznaczała walki z każdą formą oceniania i współzawodnictwa, a szkolne stopnie przestaną tak silnie wpływać na samoocenę młodych ludzi.
Taka zmiana nie zacznie się jednak od ministerialnych rozporządzeń ani kolejnych reform dokumentów. Ona musi rozpocząć się najpierw w domu.

