Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
- Reprezentacja Polski nie zagra na Mistrzostwach Świata 2026, co dla kibiców jest potężnym ciosem – to jednak idealny, choć bolesny moment, by sprawdzić, jak wyglądałaby kadra, gdyby całkowicie wymazać z niej Roberta Lewandowskiego.
- Polski futbol od lat cierpi na syndrom pasażera na gapę – „Lewy” gwarantował spokój, ale jego odejście zmusi całe piłkarskie środowisko do wzięcia odpowiedzialności za wynik.
- Przez dwie dekady nauczyliśmy się traktować obecność snajpera światowej klasy jako oczywistość. Zderzenie z rzeczywistością, w której go brakuje, będzie dla kibiców i działaczy potężnym szokiem kulturowym.
Włodzimierz Lubański nadal byłby w nim niedościgniony jako najlepszy strzelec w historii reprezentacji. Jakub Błaszczykowski, najskuteczniejszy ze współczesnych, mógłby się poszczycić dorobkiem bramkowym o ponad połowę od niego skromniejszym. Byłby za to rekordzistą pod względem liczby występów w narodowych barwach. Statusem ostatniego Polaka nominowanego do Złotej Piłki cieszyłby się Emmanuel Olisadebe.
Najlepszym polskim strzelcem w historii Bundesligi byłby Jan Furtok, La Ligi – Jan Urban, Ligi Mistrzów – Arkadiusz Milik. Zbigniew Boniek jako ostatni piłkarz sięgnąłby po tytuł Sportowca Roku w Polsce, a Grzegorz Krychowiak byłby bohaterem najwyższego transferu z udziałem Polaka. Bo przecież nie Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik, za których w szczytach karier płacono więcej, ale także dlatego, że byli napastnikami z kraju Lewandowskiego.
Jak by to było, gdyby go nie było
Reprezentacja nie pojechałaby też na kilka wielkich turniejów, na które wciągnęły ją jego gole. Na EURO 2016, za Adama Nawałki, musiałaby się przebijać przez baraże i niewykluczone, że największym sukcesem polskiej piłki w XXI wieku byłby awans z grupy kadry Czesława Michniewicza na mistrzostwach świata w Katarze. Bo bez goli Lewandowskiego na wcześniejszy mundial w Rosji Polska w ogóle by nie pojechała.
Szczytem marzeń młodych polskich piłkarzy nadal byłby debiut w reprezentacji i wyjazd do zagranicznego klubu, a wszyscy wzdrygaliby się na słowo „kariera", bo tę to zrobił Boniek. Szczytem osiągnięć Polaka w Bayernie Monachium pozostałyby trzy mecze Sławomira Wojciechowskiego sprzed ćwierć wieku.
Takie ćwiczenia warto od czasu do czasu przeprowadzać, by uświadomić sobie, że informacje o kolejnej bramce Roberta Lewandowskiego, spływające ze świata co weekend od piętnastu lat, które zdążyły już wszystkim spowszednieć, w żaden sposób nie są oczywiste. Że Lewandowski to ewenement.
Zjawisko, którego pojawienie się nieodwracalnie zmieniło nie tylko polski futbol, nie tylko polski sport, ale w ogóle polską mentalność. Bo stanowi żywy dowód, że Balcerowiczowskie hasła z lat 90. o tym, że wszystko jest możliwe, tylko trzeba zakasać rękawy, zacisnąć zęby i ciężko pracować, nie były tylko pustymi frazesami. Że faktycznie Polak może pojechać do Niemiec i zarabiać więcej niż miejscowi. Może zdobywać świat, być podziwiany. Może osiągnąć to wszystko bez znajomości, samą tylko ciężką pracą i łutem szczęścia.
Produkt epoki Balcerowicza
Wszedł do dusznego polskiego pokoju i otworzył okna. Pokazał współczesny świat, pokazał, co się ceni, za czym się goni. Nadał polskim marzeniom nową skalę i nowy kierunek. Zaproponował narodową ambicję. Nowoczesną, atrakcyjną, drapieżną, która jest chciwa bogactwa oraz znaczenia […]. To ciekawe, że po raz pierwszy w naszej historii w roli strażnika narodowej ambicji wystąpił człowiek tak oschły, kostyczny, wręcz odpychający. Technokrata.
To o Leszku Balcerowiczu, nie o Lewandowskim. Gdyby jednak Robert Krasowski przekleił ten akapit „Czasu gniewu" do kolejnego tekstu o najlepszym polskim piłkarzu, nikt by się nie zorientował. Autor konkluduje opisy działań jednej z najbardziej polaryzujących postaci polskiej polityki lat 90.: „Balcerowicz naprawdę jest wielki. Ale nie jako polityk, lecz jako buntownik przeciwko narodowej małości".
I jako taki pierwszy polski „influencer produktywności" występuje też w tym tekście. Przywołuję go niezależnie od oceny jego reform i ich skutków społecznych, jako reprezentanta ducha epoki, w której wychowywało się pokolenie Lewandowskiego. Pokolenie „chcę więcej". Najdoskonalszym ucieleśnieniem tego ducha okazał się napastnik Barcelony.

Robert Lewandowski podczas towarzyskiego meczu z Ukrainą na stadionie Tarczyński Arena we Wrocławiu. (fot. Maciej Kulczyński / PAP)
We wszystkich opowieściach o tajemnicach sukcesu Lewandowskiego najpiękniejsze jest, że nie ma w nich żadnej tajemnicy. Znalezienia drogi na skróty. Gry na kodach, która pozwala przetrwać wszystkie przeciwności, jakie stawia młodym piłkarzom polski system. Nie ma iskry bożej, tłumaczącej, dlaczego akurat on został jednym na milion, któremu się udało. Tę inni polscy piłkarze mieli może nawet w większej ilości niż Lewandowski. Ale nie potrafili roztropnie obchodzić się z talentami.
Przeczytaj także: Mundial pod napięciem. Gospodarz toczy wojnę z Iranem
Przedwiośnie polskiej piłki
W czasach młodości Lewandowskiego, w latach 90. i na początku XXI wieku, modelowa opowieść o polskim piłkarzu była historią o przepitym talencie. Granica epok, „przedwiośnie" polskiej piłki, musiałaby przebiegać gdzieś między 1987 a 1988 rokiem.
Dawid Janczyk, największa nadzieja Legii i zarazem polskiej piłki w czasach, gdy z Lewandowskiego w tej Legii rezygnowano, jest od napastnika Barcelony ledwie rok starszy. Gdy wyjeżdżając z Warszawy do Moskwy jako bohater wielomilionowego transferu, zaczynał wpadać w sidła choroby alkoholowej, która nie pozwalała mu potem wytrwać w reżimie treningowym nawet amatorskich klubów, Lewandowski mozolnie wykuwał sobie w skale pierwsze kroki naprzód.
Odkąd to on, a nie Janczyk, okazał się prawdziwym zbawcą polskiego futbolu, już żaden młody polski piłkarz nie uwierzy, że do zrobienia wielkiej kariery najważniejszy jest talent. Każdy będzie już miał wtłoczone, że absolutnie najważniejsza jest pracowitość i dyscyplina. Wszystkie inne braki da się dzięki nim nadrobić. Warren Buffet, najskuteczniejszy inwestor w historii, miał kiedyś powiedzieć, że nie był mądrzejszy od innych, był tylko bardziej zdyscyplinowany. Tak samo Lewandowski nie grał w piłkę lepiej od innych.
Nie ma też w opowieści o Lewandowskim jednego mentora, który wziąłby go pod skrzydła i wskazał właściwą drogę. Ojca stracił, akurat wchodząc w dorosłość. Spotkania z polską myślą szkoleniową to zwykle historie kłód rzucanych mu pod nogi. Jest dziś jedynym człowiekiem na świecie, który może o sobie powiedzieć, że pracował z Januszem Wójcikiem i Pepem Guardiolą. Z Franciszkiem Smudą i Juergenem Kloppem. Z Czesławem Michniewiczem i Julianem Nagelsmannem. Z Jackiem Zielińskim i Carlo Ancelottim.
Przeczytaj także: Polacy, nic się nie stało! Mundial bez nas to najlepsze, co mogło się wydarzyć
Kto, jak Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak, czy Wojciech Szczęsny, wyjechał z Polski za młodu z łatką wielkiego talentu, tego ominęła szkoła życia, jaką rodzimy futbol oferuje tym, u których zagraniczne akademie w wieku nastu lat nie dostrzegły ponadprzeciętnego potencjału. Choć niektórzy polscy trenerzy mieli niewątpliwe zasługi dla jego rozwoju, być może najważniejszą radą, jaką dostał od krajowego środowiska, była ta przekazana przez Cezarego Kucharskiego, jego byłego wieloletniego agenta, który przed przeprowadzką z Pruszkowa do Poznania namawiał go, by uważnie słuchał, co powie mu tamtejsza starszyzna, złożona z uznanych postaci polskiej ligi. A potem działał dokładnie odwrotnie.
Przesunięte sufity
Z perspektywy całej kariery wiadomo, że posłuchał. I choć od znakomitych polskich ligowców tamtych czasów odróżnia go mnóstwo cech, najbardziej chyba skala marzeń. Ciągle nienasycona ambicja. Kiedy podczas nagrań do serialu „Wisła Cupiała" spotkałem się z Radosławem Majdanem, by poprosić go o powspominanie kilku pomnikowych piłkarzy Wisły Kraków, która zdominowała polski futbol przełomu wieków, niektórym nie szczędził komplementów. O Macieju Żurawskim, największym polskim napastniku czasów sprzed Lewandowskiego, powiedział, że miał talent na miarę gry w najlepszych klubach, z Barceloną włącznie. Gdy powtórzyłem te słowa Żurawskiemu, potraktował je poważnie.
Jak pamiętam takie moje marzenie chłopaka, grającego w Warcie Poznań, to było patrzenie w kierunku gwiazd Lecha Poznań, grającego w Ekstraklasie. To było coś dla mnie w danym momencie nieosiągalnego. A o innych rzeczach, reprezentacji, grze w zagranicznym klubie, to już w ogóle nie myślałem. Przechodząc do Lecha Poznań, udało mi się to zrealizować i potem nie myślałem nawet o tym, co dalej, czego oczekuję, tylko tak naturalnie stwierdziłem, że co ma być, to będzie – opowiadał.
Przy czym trzeba pamiętać, że akurat on nie jest przykładem zmarnowanej kariery, grał na mundialu, występował z Celtikiem w Lidze Mistrzów, w czasach, gdy biegał po boiskach, był zdecydowanie synonimem sukcesu. Dopiero jego następca w reprezentacyjnym ataku zmienił perspektywę na to, co oznacza udana kariera polskiego piłkarza. Także perspektywę samego Żurawskiego.
Mogłem więcej osiągnąć, gdybym bardziej był wyczulony na szczegóły i miał większą dbałość o to, co może dać mi możliwość jeszcze lepszej formy. Kiedy byłem w dobrej dyspozycji i zdobywałem dużo bramek w Ekstraklasie, nigdy nie pomyślałem, że mógłbym jeszcze więcej. „Nie no, dużo zdobywam, jest OK, jest w porządku". Ale nie pomyślałem: „Zdobywasz 20 na sezon, ale może mógłbyś np. 35?" Co zrobić, żeby to robić? Człowiek zadowolił się tym, jak by nie patrzeć.
Majdan, pamiętając umiejętności Żurawskiego i widząc, jak gra Lewandowski, ma prawo nie dostrzegać między nimi przepaści. Skoro jeden z nich trafił do Barcelony, to znaczy, że tamten też by mógł. Różnica między Lewandowskim a innymi polskimi piłkarzami nie tkwiła w nogach, lecz w głowie. Tam, gdzie oni odczuwali spełnienie, napawając się drogą, jaką pokonali, aby dotrzeć w dane miejsce, Lewandowski organizował się w nowym miejscu, a potem zaczynał myśleć, jak można by je zmienić na lepsze. Nawet jeśli mowa o przeprowadzkach z Borussii Dortmund do Bayernu Monachium czy z Bayernu do Barcelony. A przecież spokojnie miałby prawo traktować je jako kluby docelowe, z których nie chciałby się ruszać do końca życia. Nikomu nawet nie przyszłoby do głowy zarzucać mu braku ambicji. On jednak ciągle chciał iść dalej.
Porażka, która uratowała karierę
To opis kariery z perspektywy makro. Z perspektywy mikro stopniowe postępy Lewandowskiego było widać w detalach, epizodach. Gdy patrzy się z odpowiedniej odległości, od momentu odbudowy w Zniczu Pruszków po odrzuceniu przez Legię, widać tylko harmonijny rozwój, ciągłą wędrówkę na szczyt, za każdym razem zmienianie klubu na jeszcze lepszy, jeszcze większy. Gdy jednak przyłoży się lupę, wszędzie widać przezwyciężanie początkowych trudności.
W debiutanckim sezonie w dawnej II lidze, który zakończył z koroną króla strzelców, po dziesięciu kolejkach był tym słabszym z dwójki napastników rewelacyjnego beniaminka z Pruszkowa. Strzelił cztery gole, co było przyzwoitym wynikiem, ale wszyscy mówili o Bartoszu Wiśniewskim, jego partnerze z ataku, który strzelił osiem i szybciej zmienił klub na lepszy, bo już w zimie ściągnęła go aspirująca do awansu Wisła Płock. Wiśniewski utknął z nią w niższych ligach na lata. I nigdy nie zadebiutował w Ekstraklasie.
Po jego odejściu Lewandowski stał się centralną postacią pruszkowskiego ataku. Wiosną strzelił dwanaście goli i omal sensacyjnie nie wprowadził Znicza do Ekstraklasy. Ostatni mecz sezonu, przegrany z niewalczącym już o nic Podbeskidziem, w którym doświadczony stoper Maciej Szmatiuk kompletnie nie dał mu pograć, kosztował go emocjonalnie bardzo wiele. Do dziś zachowały się zdjęcia, jak kompletnie zdruzgotany siedzi ze łzami w oczach na murawie starego stadionu w Bielsku-Białej. Niewykluczone, że tamta porażka uratowała mu karierę.
Gdyby awansował do Ekstraklasy, Znicz niekoniecznie pozwoliłby mu odejść. Skoro się nie udało, Lewandowski mógł przebierać w ofertach od ligowych potentatów. Jagiellonię Białystok od początku odrzucał, miał dwie porównywalne oferty z Wisły Kraków i Lecha Poznań. Lepsza była wówczas Wisła, ale jej właściciel Bogusław Cupiał nie chciał zapłacić agentowi Lewandowskiego prowizji, która dla władz Lecha nie stanowiła problemu. 20-latek wylądował więc w Poznaniu.
Islandzki wulkan
Drobne decyzje, zrządzenia losu, to niesamowite, że ostatecznie Lewandowski mógł wylądować w zupełnie innych miejscach. Jak w „Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego, gdzie to, czy główny bohater, goniąc na peronie odjeżdżający pociąg, zdoła do niego wskoczyć, ostatecznie decyduje, czy wiele lat później znajdzie się na pokładzie samolotu, w którym dojdzie do katastrofy. Wisła była lepsza, ale zmierzała już w dół, gdy Lech szedł w górę. Wejście Lewandowskiego do Poznania pamięta się dziś ze względu na efektowną bramkę krzyżakiem, jaką zdobył w ekstraklasowym debiucie. Rzadziej wspomina się jednak, że trener Franciszek Smuda początkowo stawiał na niego oszczędnie. W roli numeru jeden w ataku widział raczej Peruwiańczyka Hernána Rengifo, a Lewandowskiego próbował wzmacniać fizycznie, nasyłając na niego na treningach potężnego i nieprzyjemnego dla rywali stopera Manuela Arboledę, przy którym młody Polak uczył się, że do gry na najwyższym poziomie niezbędna jest siła.
Przeczytaj także: Meksyk gotowy na mundial. Kraj wchodzi w wielką piłkarską operację logistyczną
Historia poniekąd powtórzyła się, gdy odchodził z Poznania jako gwiazda polskiej ligi. To symboliczne, że drugi raz w odniesieniu do nadziei polskiego futbolu można się zastanawiać, co by było, gdyby trafił do Blackburn Rovers. We wszystkich alternatywnych historiach kariery Marka Citki, absolutnej polskiej gwiazdy lat 90., pojawia się motyw, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie doznał ciężkiej kontuzji, tylko przeszedł do Blackburn, które było nim wówczas poważnie zainteresowane. W domyśle: wszystko mogło potoczyć się znacznie lepiej.
W alternatywnej historii kariery Lewandowskiego można z trwogą zastanawiać się, co by było, gdyby wybuch wulkanu na Islandii w kwietniu 2010 roku nie sparaliżował europejskiego ruchu lotniczego, co uniemożliwiło sfinalizowanie transferu napastnika do Blackburn. Gdyby wylądował w rozpadającym się angielskim klubie – trzy lata po tamtych wydarzeniach spadł z Premier League i do dziś do niej nie wrócił – nie trafiłby do Borussii Dortmund, która trzy lata po tamtych wydarzeniach wystąpiła w finale Ligi Mistrzów i do dziś należy do grona 20 największych klubów świata. A przede wszystkim nie spotkałby na swej drodze Juergena Kloppa.
Lepiony przez wielkich
To absolutnie nie było oczywiste, że przechodząc do ówczesnego niemieckiego średniaka, spotka tam wschodzącą gwiazdę zawodu, jednego z najbardziej wpływowych trenerów XXI wieku, który z każdego zawodnika, z jakim się zetknął, był w stanie wykrzesać maksimum. On również, jak Smuda, nie zakochał się w Lewandowskim od pierwszego wejrzenia, tyle że zamiast Peruwiańczyka, stawiał przed nim Paragwajczyka.
To Lucas Barrios był numerem jeden w ataku Borussii, a Lewandowski funkcjonował w pierwszym sezonie jedynie jako jego zmiennik. Osiem goli w debiutanckich rozgrywkach w Dortmundzie to mniej niż zdobył tam chwilę wcześniej Euzebiusz Smolarek. Gdyby Barrios w przerwie między rozgrywkami nie poleciał z reprezentacją na Copa América, na którym doznał kontuzji wykluczającej go z początku sezonu, Lewandowski mógłby nie doczekać się szansy w Dortmundzie. Kiedy jednak Paragwajczyk się wyleczył, nie miał już do czego wracać. To dla niego nie było miejsca w zdominowanym przez Lewandowskiego ataku.
Albo Liga Mistrzów, której Polak jest dziś absolutną legendą. Więcej goli od niego strzelili w niej tylko Cristiano Ronaldo i Leo Messi. Dowolny wielki napastnik z przeszłości, od Thierry'ego Henry'ego, przez Filippo Inzaghiego, Ruuda van Nistelrooya, po Zlatana Ibrahimovicia, zdobył od niego o połowę mniej bramek. Ale pierwsze zderzenie z nią było dla Lewandowskiego bolesne. Dosłownie. W wyjazdowym meczu w Marsylii Borussia została zmiażdżona trzema bramkami, a Souleymane Diawara i Nicolas N'Koulou, potężni stoperzy francuskiej drużyny, wręcz poniewierali wówczas jeszcze cokolwiek patykowatym napastnikiem. Branie na plecy rywali o posturze gladiatorów nie zawsze było dla Polaka oczywiste.
Wszystkiego w karierze musiał się nauczyć. Nic tu nie było zesłane z niebios. Nic nie przyszło łatwo. Włącznie z funkcjonowaniem w ataku drużyny Pepa Guardioli. Zanim spotkał Lewandowskiego, hiszpański geniusz uchodził za trenera, który nie ceni typowych środkowych napastników. Pracę w Barcelonie rozpoczął od usunięcia Samuela Eto'o, Ibrahimović rok spędzony u niego wspomina jako najgorszy w karierze. Początkowo Guardiola też próbował sadzać Lewandowskiego na ławce. Ale gdy wypuszczony z niej strzelał pięć goli w dziewięć minut, nawet on musiał przekonać się, że nie warto. Obrazki, na których Guardiola łapie się za głowę, z wypisanym na twarzy niedowierzaniem po wyczynach polskiego napastnika, to jedne z najcenniejszych niewerbalnych dowodów jego klasy.
Dlaczego nie Barcelona?
Lewandowski nie poprzestał w Monachium na udowodnieniu Guardioli, że warto z niego korzystać. Ścigał się też ze światowej klasy kolegami z drużyny. Kiedy do Bayernu u schyłku kariery trafił Xabi Alonso, hiszpański mistrz świata i Europy, triumfator Ligi Mistrzów z Liverpoolem i Realem Madryt, Polak z irytacją odkrył w sobie, że… nie potrafi podawać. Jeden z członków sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski u Adama Nawałki opowiadał mi kiedyś, że Lewandowski, przyjeżdżając na zgrupowania, część treningów odbywał indywidualnie, mając do nich oddelegowanego osobnego trenera.
W tamtym czasie zażyczył sobie monotonnego ćwiczenia… podań. Trener początkowo nie rozumiał, dlaczego Lewandowski, wówczas już światowa gwiazda, chce szlifować tak prozaiczny element. Napastnik postawił sobie jednak za cel, by piłka po jego podaniach cięła murawę tak samo, jak wtedy, gdy zagrywa Alonso. Pracował nad tym tak długo, aż zadowolony z efektów przeszedł do kolejnego detalu. Za Carlo Ancelottiego jego nowym konikiem stały się rzuty wolne. Nigdy wprawdzie nie stały się jego specjalnością, dorzucił je jednak do ofensywnego repertuaru na już mocno zaawansowanym etapie kariery i dołożył w ten sposób kilka goli.
Przeczytaj także: Gemini dostanie mały guzik, który dużo zmieni. Poproszę o taki do Perplexity
Kiedy w dorosłość zaczynało wchodzić pokolenie polskich piłkarzy, które wnikliwie obserwowało ten proces, słuchało kolejnych opowieści o Lewandowskim czy wręcz spotykało go na zgrupowaniach kadry, nie było już odwrotu. Dla całego środowiska musiał zmienić się punkt odniesienia i zestaw narzędzi niezbędnych, by osiągnąć piłkarskie szczyty. Kiedy Lewandowski był już bardzo dobry, ale jeszcze nie wybitny, czyli w czasach schyłkowej Borussii Dortmund, cała Polska dyskutowała, jaki powinien być jego następny krok.
Podczas jednej z takich medialnych rozmów w programie „Cafe Futbol" Roman Kołtoń wypalił nagle: „A dlaczego nie Barcelona?!". To fraza, która natychmiast zaczęła żyć własnym życiem, wykroczyła poza piłkarski słownik jak „Ale że Dudka nie wzięli na mundial?!". Stała się synonimem czegoś oderwanego od rzeczywistości, zdania rzuconego kompletnie z kosmosu. Barcelona była wówczas piłkarskim Olimpem. W Lewandowskiego, jak przez większość jego kariery, powątpiewano. Publicznie zapytać „dlaczego nie Barcelona?!" mógł w jego kontekście tylko ktoś, kogo poniosła publicystyczna fantazja. Dziesięć lat po tamtych słowach Lewandowski został pierwszym polskim piłkarzem, który podpisał kontrakt z Barceloną.
Polski model kariery
Kibice czy dziennikarze, którzy wychowali się w czasach przed Lewandowskim, nie od razu dostrzegli mentalną zmianę, jaką spowodowała jego kariera, ale inni piłkarze pojęli ją w lot. Krótkoterminowymi beneficjentami spektakularnego wzlotu rodaka zostali inni polscy napastnicy, bo wszyscy nagle zaczęli eksplorować polską ligę w poszukiwaniu „nowego Lewandowskiego".
W latach następujących po odejściu Polaka z Lecha do Dortmundu z Ekstraklasy do silnych lig zagranicznych wyjechali m.in. Artur Sobiech, Mariusz Stępiński, Łukasz Teodorczyk, Dawid Kownacki, Arkadiusz Milik czy Krzysztof Piątek. Co charakterystyczne, zdecydowana większość z nich raczej prędzej niż później lądowała w Niemczech, gdzie wyczyny Lewandowskiego siłą rzeczy robiły największe wrażenie. Każdego witano oczywiście w mediach jako „nowego Lewandowskiego", ale żaden tego porównania nie udźwignął.
Długoterminowo beneficjentami zostali jednak wszyscy polscy piłkarze, niezależnie od boiskowej pozycji. Nie każdy się sprawdził, nie wszyscy byli gotowi, by unieść trudy gry za granicą, nie wszędzie moda na Polaków trwała długo. Ale znany z lat 90. stereotyp polskiego piłkarza jako trochę nieokrzesanego, niewylewającego za kołnierz, lecz charakternego przybysza ze wschodu Europy zastąpił wizerunek zawodnika, któremu może brakować talentu, lecz nie zabraknie pracowitości, dyscypliny, dbałości o pozaboiskowe detale, czy choćby chęci uczenia się języków obcych. Bo Lewandowski pokazał, że tak trzeba.
Gdy obserwowałem go w strefie mieszanej po ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów Barcelony z Borussią Dortmund, mimochodem zauważyłem, że udzielił tamtego wieczoru czterech wywiadów w czterech różnych językach. Ze mną porozmawiał po polsku, wcześniej swobodnie opowiedział o meczu w niemieckiej telewizji, później podzielił się spostrzeżeniami z miejscowymi dziennikarzami z Hiszpanii, a na koniec jeszcze pogawędził z Thierrym Henrym, idolem z dzieciństwa, po angielsku. Widać on też był z pokolenia, któremu od małego kładziono do głowy, że może osiągnąć dosłownie wszystko i nie ma przed nim żadnych granic, o ile tylko będzie się uczył języków obcych.
Doskonałe mikroprzedsiębiorstwo
Również Lewandowski, wraz z żoną, nauczył polskie środowisko, że piłkarz musi dbać o dietę. Pokazał, poprzez przykład, że trzeba pielęgnować nawet te mięśnie, z których istnienia większość ludzi nie zdaje sobie sprawy. Pilnować jakości snu, regeneracji. W Niemczech pokolenie piłkarzy takich jak on określa się, lekko pejoratywnie, jako „Ich-AGs", czyli dosłownie „ja-spółka akcyjna". Nostalgicznie wspomina się czasy, gdy po boiskach biegało jedenastu kumpli, a nie jedenaście jednoosobowych działalności gospodarczych. Także dlatego Lewandowskiego nigdzie w pełni nie pokochano. Bo ani na moment nie przestał sprawiać wrażenia perfekcyjnej jednoosobowej działalności gospodarczej. Mikroprzedsiębiorstwa zorientowanego na rozwój każdego sektora działalności i ekspansję na kolejne rynki, kiedy tylko nadarzy się okazja. Balcerowicz byłby dumny.
To jednak wszystko efekty, które widać już teraz, gdy Lewandowski wciąż jeszcze gra na wysokim poziomie. Największe prawdopodobnie pojawią się jednak dopiero, gdy już przestanie, a w dorosłość wejdzie pokolenie, które kompletnie nie pamięta już świata sprzed niego. Taki rozwój wypadków sugeruje historia Mosesa Kiptanuiego, biegacza długodystansowego, jaką w bestsellerowej książce „Kopalnie talentów" opisał Duńczyk Rasmus Ankersen.
W 1991 roku na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie objawił się środowisku lekkoatletycznemu biegacz, który wkrótce potem zostanie trzykrotnym mistrzem świata w biegu na 3000 metrów z przeszkodami, jako pierwszy człowiek w historii przebiegnie ten dystans w mniej niż osiem minut i pokona 5000 metrów w mniej niż trzynaście minut.
Dzień przed startem w Szwecji siedział jeszcze w samolocie z Nairobi, nigdy wcześniej nie będąc w Europie. Nie był też zawodowym biegaczem, na co dzień w ojczyźnie pracował jako żołnierz. Przymierzał się wprawdzie do startu w biegu na 1500 metrów, ale że dotarł późno, listy startowe były już pełne, więc dopisano go do dwukrotnie dłuższego dystansu. Wygrał, a do pobicia rekordu świata zabrakło mu tamtego dnia ledwie kilku sekund.
Efekt kuzyna Richarda
Ankersen pojechał do Kiptanuiego dwadzieścia lat później, by dowiedzieć się, czy tamto zwycięstwo było dla niego zaskoczeniem. „Ani trochę. Żywiłem niezachwiane przekonanie, że wygram ten wyścig. Porażka nie wchodziła w grę". Jego zadziwiająca pewność siebie brała się z obserwacji najbliższego otoczenia. Kiptanui i jego koledzy słyszeli o kilku mężczyznach z okolicy, którzy wcześniej zarobili dobre pieniądze, biegając w Europie. „Oprócz tego kenijski zwycięzca ze Sztokholmu wiedział, że jego młodszy kuzyn i późniejszy rekordzista w biegu na 10 kilometrów, Richard Chelimo, wygrał kilka zawodów na Starym Kontynencie. Jak relacjonuje Moses:
Pomyślałem: Richard nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Wygrywa, choć jest niższy ode mnie. Jeśli on potrafi, to i ja.
To zjawisko „młodszego kuzyna" tłumaczy, dlaczego w sporcie tak często rzeczy dzieją się falami. Po Adamie Małyszu, którego wspaniała kariera wyrosła na pustyni, jeszcze zanim zdąży zejść ze sceny, wyskakuje Kamil Stoch, przerastający jego osiągnięcia. Po Agnieszce Radwańskiej, odnoszącej w tenisie sukcesy kompletnie niewynikające z polskiego systemu szkolenia, niemal natychmiast nastaje jeszcze lepsza Iga Świątek.
Widać to też przy różnego rodzaju rekordach, uznawanych za barierę ludzkich możliwości. Dopóki wydaje się, że NIE DA SIĘ jakiegoś dystansu pokonać szybciej albo skoczyć wyżej czy dalej, rekord potrafi utrzymywać się przez lata. Jeśli jednak ktoś już dowiedzie, że się da, zwykle w krótkim czasie następuje wysyp podobnych wyników.
Nie oznacza to oczywiście, że następny Lewandowski jest bliżej, niż myślimy. To jak z firmami, które odniosły gigantyczny sukces, zwanymi „jednorożcami". Ich twórcy jeżdżą wprawdzie po świecie, by wygłaszać motywacyjne przemowy, piszą poradniki dla ludzi chcących odnieść podobny sukces i próbują ze swojej drogi wynieść jakieś uniwersalne prawdy.
W rzeczywistości jednak nawet oni nie mają żadnej recepty, którą można by jeden do jednego przenieść w inne warunki. Nie każdy piłkarz, który wynajmie trenera personalnego, założy miernik jakości snu, porzuci gluten, posiłki będzie zaczynał od deseru, a za żonę będzie miał celebrytkę z branży fitness, trafi do Barcelony. Ale każdy już będzie wiedział, że nie święci garnki lepią. Albo inaczej mówiąc, że do Barcelony nie biorą tylko Argentyńczyków, Brazylijczyków i Holendrów.
Marzenia o Złotej Piłce
Następującą w mentalności polskich piłkarzy zmianę przypadkiem zdradził w 2022 r. 17-letni wówczas Dawid Drachal, który przechodził do ekstraklasowej Miedzi Legnica, a na pożegnanie udzielił wywiadu oficjalnej stronie Escoli Varsovia, gdzie się wychował. „Mój sufit jest zawieszony bardzo wysoko. Największe marzenie, a zarazem cel to Złota Piłka […]. Wierzę w to i wiem, że jest to możliwe. Nie mam spersonalizowanych oczekiwań co do określonego klubu czy ligi. Wiadomo, od małego lubiłem Barcelonę, więc jest sentyment […]. Mimo sympatii do Blaugrany, w Realu też mogę zagrać" – stwierdził, co trochę kontrastuje ze słowami Żurawskiego o Lechu Poznań jako szczycie jego nastoletnich marzeń.
Historia ze Złotą Piłką miała jednak ciąg dalszy. Gdy Drachal pokazał się na boiskach Ekstraklasy, został zapytany o tamte słowa w wywiadzie dla portalu Weszło. Zamiast bezpiecznie się ich wyprzeć, poparł je przykładem Lewandowskiego.
Mamy takiego jednego Polaka, który udowodnił, że wszystko jest możliwe. Robert Lewandowski był w innym miejscu w moim wieku i patrząc z tej perspektywy, wierzę, że kiedyś zdobędę Złotą Piłkę.
Tamte słowa wywołały już burzę. Sugerowano, że 18-latek odleciał. On sam precyzował, że to nie objaw arogancji, lecz zwyczajnej wiary, że ma taką samą szansę zostać najlepszym piłkarzem świata, jak każdy inny chłopak, bo „z wiarą i sumienną pracą nie ma rzeczy niemożliwych". Wywołany do tablicy poczuł się sam Lewandowski:
Dawid, nikt nie może Ci odebrać marzeń. Rób wszystko, aby je spełnić, bo nie ma rzeczy niemożliwych. Trzymam kciuki! – odpisał.
Nie wszyscy jeszcze zdążyli zorientować się, że pochodząc z Polski, można marzyć o Barcelonie, ale akurat Lewandowski dobrze już o tym wiedział. Najciekawszy w tej burzy w szklance wody był jednak element porównywania się do Lewandowskiego na tym samym etapie. „Skoro on w moim wieku grał w III lidze w Zniczu Pruszków, a ja gram już w Ekstraklasie, to nie ma żadnego powodu, bym w jego wieku nie grał w Barcelonie" – mniej więcej tak musiał wyglądać proces myślowy. A to już jeden do jednego przeniesienie efektu kuzyna Richarda: „Skoro Richard jest ode mnie niższy, a wygrywa biegi w Europie, to i ja mogę".
Polski jednorożec
W latach 90. i na początku XXI wieku na Zachodzie obowiązywała powabna, choć z perspektywy czasu kompletnie chybiona, wizja „końca historii", ogłoszona przez Francisa Fukuyamę. Zgodnie z nią wszędzie na świecie zatriumfować miała liberalna demokracja, zakończyć się miała epoka ideologicznych wojen, a dalszym sensem istnienia świata miało być jedynie stopniowe bogacenie się społeczeństw. Polska po transformacji z jednej strony była tego ucieleśnieniem, przeszła bowiem z bloku państw komunistycznych do świata zachodnich demokracji. Wciąż miała jednak do stoczenia walkę, by nadrobić stracone dekady i wskoczyć do odpowiedniego pociągu.
To była epoka powszechnego aspirowania. Poprawiania statusu społecznego. Pracy na trzy zmiany, by dać dzieciom możliwości, których samemu się nie miało. Zdobywania wykształcenia. Rodzącej się przedsiębiorczości, handlowania czymkolwiek i gdziekolwiek oraz dodawania firmom obco brzmiących końcówek – ex, by brzmiały trochę bardziej zagranicznie. Dziś tamten Balcerowiczowski kult zapier***, zaciskania zębów w imię lepszego jutra, ubiera się w piórka rywalizacji pokoleń. Zaznacza się, że tzw. pokolenie Z nie chce pracować po godzinach tak, jak ich poprzednicy, millenialsi. Lewandowski, późny millenials, nie wychowywał się już w czasach punkowego „no future", jak jego rodzice, lecz w epoce amerykańskiego „sky is the limit".
Wielu przedstawicieli jego pokolenia z rozczarowaniem odkryło w dorosłości, że ciężka praca nie zawsze popłaca, nauka to niekoniecznie potęgi klucz, a znajomość języków obcych niekoniecznie oznacza zakup własnego mieszkania. Ale akurat Robert Lewandowski jest tym jednorożcem, u którego wszystko potoczyło się idealnie. A jego sukces świadczy o tym, że hasła powtarzane w czasach wczesnego polskiego kapitalizmu miały w sobie ziarno prawdy. Najlepszy polski piłkarz wszech czasów nie tylko został najbardziej rozpoznawalnym ambasadorem kraju za granicą, ale też na użytek wewnętrzny dowodem dla ludzi wszystkich branż i dziedzin: będąc z Polski, można osiągnąć absolutnie wszystko. Amerykańskie sny dzieją się także tutaj.


