Były wiceminister sprawiedliwości, poseł Prawa i Sprawiedliwości, polityk obozu, który przez lata budował swoją tożsamość na haśle silnego państwa, twardej polityki wobec Rosji i bezwzględnego egzekwowania prawa, według – co trzeba podkreślić – niepotwierdzonych informacji medialnych znalazł się w Tyraspolu, stolicy Naddniestrza, terytorium formalnie należącym do Mołdawii, lecz od dekad funkcjonującym poza kontrolą Kiszyniowa i pozostającym pod rosyjskim parasolem.
W tej historii warto rozdzielić dwie kwestie. Pierwsza jest prawna i wymaga zachowania podstawowej ostrożności. Romanowski pozostaje podejrzanym, a o jego odpowiedzialności powinien zdecydować sąd. Polityk ma prawo kwestionować zarzuty, krytykować działania prokuratury, korzystać z pomocy obrońcy i wszystkich instrumentów przewidzianych przez prawo. Druga jest polityczna i tutaj trudno przejść obojętnie obok faktu, że człowiek, który przez lata współtworzył polskie państwo i system wymiaru sprawiedliwości, wybrał życie poza jego granicami zamiast zmierzyć się z jego instytucjami.
Od Funduszu Sprawiedliwości do Tyraspolu
Marcin Romanowski był jednym z najważniejszych polityków środowiska Zbigniewa Ziobry. Jako wiceminister sprawiedliwości zajmował się między innymi Funduszem Sprawiedliwości, którego sposób wydawania pieniędzy publicznych stał się później przedmiotem szerokiego postępowania prokuratorskiego.
Śledczy zarzucają Romanowskiemu m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej odpowiedzialnej za nieprawidłowości związane z rozdysponowywaniem środków Funduszu Sprawiedliwości. Po uchyleniu immunitetu przez Sejm sąd zdecydował o zastosowaniu wobec niego tymczasowego aresztowania, a następnie wydano za nim Europejski Nakaz Aresztowania.
Romanowski ma, tak jak każda inna osoba podejrzana o popełnienie przestępstwa, pełne prawo do obrony i przedstawiania własnej wersji wydarzeń. Jeżeli uważa postępowanie za polityczną zemstę, właśnie przed sądem ma możliwość wykazania tej tezy, a jego obrońcy mogą korzystać z całego dopuszczalnego przez przepisy arsenału środków procesowych.
Tymczasem polityk najpierw znalazł się na Węgrzech, gdzie otrzymał azyl polityczny od rządu Viktora Orbána, po jego przegranej przebywał prawdopodobnie w Serbii, a obecnie - jeśli potwierdzą się informacje o jego pobycie – przebywa w Naddniestrzu. Jego pełnomocnik potwierdził złożenie wniosku o wydanie listu żelaznego, który miałby umożliwić mu powrót i odpowiadanie przed polskim wymiarem sprawiedliwości z wolnej stopy. I właśnie tutaj historia nabiera szczególnie przewrotnego i trudnego dla środowiska Romanowskiego charakteru.
Schronienie pod rosyjskim parasolem
Naddniestrze jest jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów rosyjskich wpływów w Europie. Formalnie stanowi część Mołdawii, faktycznie od lat funkcjonuje jako separatystyczny region pozostający poza kontrolą władz w Kiszyniowie, a jego bezpieczeństwo i polityczne przetrwanie są ściśle związane z obecnością Rosji, a tamtejsze władze w praktyce w pełni podlegają decyzjom Moskwy.
Dlatego to zestawienie jest wyjątkowo ironiczne. Polityk obozu, który przez lata, zresztą bardzo słusznie, przedstawiał Rosję jako jedno z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski, który budował swój kapitał na twardej polityce wobec Moskwy i ostrzegał przed rosyjskimi wpływami, szuka dziś bezpieczeństwa właśnie na terytorium, którego funkcjonowanie w dużej mierze zależy od woli Władimira Putina.
Z samego pobytu Romanowskiego w Naddniestrzu oczywiście nie wynika fakt współpracy z rosyjskimi służbami czy Kremlem – na takie wnioski na razie brakuje dowodów. Maluje się z tego jednak bardzo wymowny politycznie obrazek. Człowiek związany z formacją, która uczyniła z przeciwstawiania się rosyjskiemu zagrożeniu jednym ze swoich znaków rozpoznawczych, znalazł się być może w miejscu będącym jednym z najbardziej trwałych efektów rosyjskiej polityki wpływów.
Praworządność działa także wtedy, kiedy boli
W całej historii najważniejsza pozostaje jednak kwestia odpowiedzialności politycznej. Można krytykować prokuraturę, rząd, sądy i sposób prowadzenia postępowania, można uważać zarzuty za absurdalne i politycznie motywowane, można wreszcie walczyć o swoje prawa wszelkimi przewidzianymi prawem metodami. Właśnie na tym polega państwo prawa.
Jednocześnie jego reguły wymagają zaakceptowania sytuacji, w której instytucje podejmują decyzje dla nas niekorzystne, a spór z nimi rozstrzygamy za pomocą prawa, zamiast szukać bezpiecznej przystani poza granicami – niezależnie od tego, w jakim to będzie kraju.
Romanowski był wiceministrem sprawiedliwości, czyli człowiekiem odpowiedzialnym za obszar, którego jednym z najważniejszych zadań jest zapewnienie obywatelom sprawnego działania wymiaru sprawiedliwości. Od osoby pełniącej taką funkcję można więc oczekiwać szczególnej wiary w instytucje, również wtedy, gdy ich zainteresowanie kieruje się w jej stronę.
W tym sensie wyjazd z kraju staje się nie tyle decyzją procesową, ile jasnym politycznym komunikatem, że własne państwo i jego instytucje budzą we mnie tak małe zaufanie, że bezpieczniej będzie znaleźć się gdzie indziej.
Można nazwać to „ochroną przed represjami”, „obroną przed politycznym prześladowaniem” albo „walką o sprawiedliwy proces”. Można też użyć znacznie prostszego słowa – tchórzostwo – rozumianego jako brak gotowości do zmierzenia się z konsekwencjami własnej działalności publicznej.
To słowo brzmi ostro, ale trudno wymagać od obywatela wiary w państwo, kiedy politycy odpowiedzialni za jego funkcjonowanie sami pokazują, że zaufanie do jego instytucji kończy się wraz z utratą władzy. Niezależnie więc od tego, czy doniesienia o miejscu pobytu się potwierdzą, działań Romanowskiego nie można określić inaczej niż tchórzliwą ucieczką przed odpowiedzialnością.
Problem większy niż jeden polityk
Najbardziej niepokojące w tej historii jest jednak to, że Romanowski może być jedynie szczególnie wyrazistym przykładem znacznie szerszego problemu polskiej polityki.
Od lat przyglądamy się jako szarzy obywatele sytuacji, w której te same instytucje są przedstawiane jako gwarant praworządności, kiedy rozliczają przeciwników politycznych, a jako narzędzie politycznej zemsty, kiedy zaczynają interesować się „naszym” środowiskiem. Sąd jest niezależny, kiedy wydaje korzystne orzeczenie, a jego niezależność staje się nagle przedmiotem poważnych pytań, kiedy wynik, który ma dotyczyć „naszego” zaplecza politycznego, jest niewygodny. Innymi słowy, prokuratura jest strażnikiem prawa, dopóki prowadzi sprawy przeciwko „naszym” przeciwnikom.
Ten mechanizm jest znacznie bardziej niebezpieczny niż pojedynczy przypadek polityka opuszczającego kraj, ponieważ w dłuższej perspektywie odbiera obywatelom przekonanie, że zasady obowiązują wszystkich w jednakowym stopniu. Dodatkowo, przy silnej polaryzacji politycznej, tak dobitne oskarżanie prokuratury i wymiaru sprawiedliwości o działanie na polityczne zlecenie wpływa na podważanie i tak już małego społecznego zaufania do tych instytucji.
Historia Romanowskiego, którego środowisko polityczne dopiero w ostatnich dniach przycichło jakoś wyjątkowo w bronieniu jego decyzji o ucieczce, pokazuje więc coś ważniejszego niż los jednego polityka. Pokazuje klasę polityczną, która przez lata chętnie mówiła obywatelom, że prawo musi być przestrzegane, a jednocześnie zbyt często traktowała tę zasadę jako obowiązek przede wszystkim dla innych.
Romanowski wybrał kapitulację i robienie z siebie papierowego rycerza walki o sprawiedliwość – tylko dla siebie. Resztę osób zamieszanych prawdopodobnie w nieprawidłowości przy Funduszu pozostawił w Polsce, w myśl zasady, że własna skóra jest najważniejsza. A jeżeli dodatkowo rzeczywiście schronił się w miejscu pozostającym pod rosyjskim parasolem, historia dopisała do tej decyzji wyjątkowo ironiczną puentę. Obóz, który tak wiele mówił o obronie Polski przed Rosją, ma dziś swojego polityka ukrywającego się w cieniu rosyjskich wpływów.


