Reklama
Nauka

Kozacki numer, klasowe intrygi i wojna o wycieczkę. Oto czego nauczyła mnie szkoła syna

Mój syn rozpoczyna rok szkolny. Ostatni raz. Potem już tylko matura i fajrant. Tę epokę żegnam nie bez ulgi. Ale nie z powodu szkół (choć bywały kiepskie, z jednej młodego zabraliśmy), nauczycieli (niektórzy byli zaskakująco głupi, ale niektórzy zaskakująco mądrzy) czy innych dzieci (trudno mieć do nich pretensje, że są dziećmi). Najgorzej będę wspominał innych rodziców.

Igor Zalewski
Opinia autorstwa: Igor Zalewski
Dzisiaj 08:16
4 min
Dla uczniów to początek roku szkolnego, dla ich rodziców – powrót do wojen na klasowych czatach. (fot. tło: Getty Images; Igor Zalewski: Kanał Zero)
TYLKO NA

Nie wszystkich oczywiście, bo nie jestem socjopatą. A tych z liceum już w ogóle nie znam i chwała im za to. Ale na wcześniejszym etapie edukacji troskliwy wielkomiejski rodzic stara się uczestniczyć w niej w miarę aktywnie. Co gorsza, jest teraz taki trend, że rodzice dzieci, które się kumplują, też się kumplują. Co oznacza, że znajomych wybierają ci twoje dzieci. Muszę przyznać, że istotny wpływ nieletniego syna na kształt mego kręgu towarzyskiego mocno mnie przygnębiał. Zwłaszcza że spodziewałem się raczej sytuacji odwrotnej.

Przeczytaj także: 113 dni bez tygodnia przerwy. Tak polska szkoła męczy uczniów

Kozacki numer

Ale o tym może przy innej okazji. Raczej chciałbym opowiedzieć o galerii postaci, które napotkałem na różnych etapach edukacji panicza – jak nazywamy młodego. Zaczęło się szybko, w pierwszej klasie. Podczas pierwszego zebrania ukonstytuowała się rada rodziców, a jedna z mam bohatersko zgłosiła się do niełatwej roli skarbniczki. Zebrała oklaski oraz pierwszą składkę rodzicielską, po czym więcej się już w szkole nie pojawiła.

Trzeba przyznać, że taki numer w sytuacji, kiedy twoja córka ma przed sobą osiem lat nauki z dziećmi, których rodziców okradłaś, jest naprawdę kozacki. Dziewczynkę odbierał ze szkoły jej starszy brat, a z mamą nawiązano jakikolwiek kontakt dopiero po wielu miesiącach – za pomocą policji. Okazało się, że jest oszustką, która zasadniczo naciąga ludzi na wynajem mieszkania, którego nie jest właścicielem.

Ale rodzice w tej klasie to była zaiste wyjątkowa kompania. Był facet, z którym eskortowałem maluchy podczas jakiejś wycieczki, a on uczył je krzyczeć „Andrzej Dupa”, co było jego aktem oporu przeciw reżimowi. Była babka, która pouczała innych, że trzeba mieć klasę, a na grupę rodziców wrzucała zdjęcia swojego synka po komunii – z wachlarzem stuzłotówek w ręku. Może jakoś tłumaczy ją fakt, że była prawniczką. Było w końcu małżeństwo, które zajmowało się intrygowaniem. Byli w tym absolutnymi mistrzami – skłócali ludzi jak szatan w jednym z opowiadań Stephena Kinga. Ale najciekawsze jest, po co to robili. Otóż po nic. Po prostu uwielbiali intrygować.

Reklama
Reklama

Trójka klasowa na wojnie

Ponieważ szkoła była kiepska, uciekliśmy z niej przy pierwszej możliwej okazji. Następna była lepsza, a i rodzice wydawali się mniej diaboliczni. I faktycznie – byli po prostu grubiańscy. Nie wszyscy oczywiście. Ale w ostatnich dwóch latach edukacji podstawowej obserwowałem z zapartym tchem, jak na messengerowej grupie rodziców kilkuosobowa „opozycja” klasowa atakowała klasowy rząd, czyli trójkę rodzicielską, zarzucając jej wszystko z wyjątkiem pedofilii, przy czym i tym razem stawka rozgrywki nie była niebotyczna.

Może Cię zainteresować: Tak koalicja traci pokolenie, które dało jej zwycięstwo

Chodziło o to, gdzie pojechać na wycieczkę, kogo zaprosić na bal, jakiego nauczyciela uhonorować. Takie pierdółki. Ale docinki były tak grubiańskie i plugawe (jak powiedziałby Stefan Niesiołowski), że w końcu „trójka” się wkurzyła, zamknęła grupę i otworzyła nową – już bez tych warchołów. Co ciekawe, nikt nie zaprotestował. Pozostali rodzice przyjęli pogonienie krzykaczy z ulgą, choć wcześniej całkowicie obojętnie milczeli.

I tego nauczyło mnie bycie rodzicem ucznia. Umiarkowani, rozsądni, spokojni – zazwyczaj milczą. Aktywni są natomiast krzykacze. Nikomu normalnemu nie chce się użerać na forach klasowych, bo przecież lubimy święty spokój. W tę próżnię wpełzają ludzie, którzy wytwarzają mnóstwo hałasu, sprawiając wrażenie, że są większością. Nie jest to bez wątpienia szczególnie głębokie odkrycie. Pewnie do tych samych wniosków można dojść, lustrując media społecznościowe. Ale to właśnie wyniosłem ze szkoły. Szkoły mojego syna. O, jakże bardzo nie będę za tym tęsknił!

Źródło: Zero.pl
Igor Zalewski
Igor ZalewskiDziennikarz Kanału Zero