Pracowałem jako nauczyciel, dyrektor szkoły, inspektor oświaty i nauczyciel akademicki. Dziś zasiadam w Sejmie, ale każdą zmianę w edukacji nadal czytam podwójnie – najpierw jak przepis, a później jak plan lekcji na poniedziałek od ósmej rano. Właśnie w tej drugiej lekturze najczęściej wychodzi, czy reforma jest realna, czy tylko dobrze wygląda na slajdzie.
W ministerstwie można przesunąć termin, dopisać paragraf i ogłosić program. W szkole ktoś musi jeszcze znaleźć nauczyciela, ułożyć plan, przygotować salę, porozmawiać z rodzicami, dostosować wymagania do uczniów ze specjalnymi potrzebami, a na końcu stanąć przed klasą i wziąć odpowiedzialność za efekt. Tego ostatniego nie da się zrobić komunikatem prasowym.
Nie bronię bezwarunkowo ani MEN, ani prezydenta. Bronię szkoły.
Dlatego nie należę ani do chóru, który każdą zmianę nazywa zamachem na edukację, ani do grupy, która każdą konferencję MEN uznaje za sukces. Dobre cele trzeba nazywać dobrymi. Złą kolejność, brak przygotowania i przerzucanie ryzyka na nauczycieli też trzeba nazywać po imieniu.
Co naprawdę zmieniło się w ostatnim roku
Rok szkolny 2025/2026 nie był rokiem bezczynności. Do szkół weszły edukacja obywatelska, edukacja zdrowotna w formule nieobowiązkowej oraz zmieniona podstawa programowa wychowania fizycznego. Sam kierunek edukacji obywatelskiej uważam za potrzebny. Szkoła ma przygotowywać nie tylko do egzaminu, lecz także do rozumienia państwa, prawa, wspólnoty i odpowiedzialności. Problem edukacji zdrowotnej nie polegał na jej programie, tylko na politycznym odwrocie od powszechności przedmiotu. Państwo najpierw ogłosiło ważną zmianę, a potem pozwoliło, aby strach i dezinformacja wyznaczyły jej zasięg.
Czytaj także: Idzie szkoła, idzie bieda. Portfele rodziców cierpią przez korepetycje
Były też zmiany w Karcie Nauczyciela, które należy uczciwie zaliczyć na plus – wyższe nagrody jubileuszowe, nowa nagroda po 45 latach pracy, korzystniejsze odprawy emerytalne, krótszy maksymalny okres umowy terminowej dla początkującego nauczyciela, rozszerzenie prawa do świadczeń kompensacyjnych oraz ujednolicenie pensum nauczycieli teoretycznych i praktycznych przedmiotów zawodowych do 18 godzin. Poprawiono także zasady wynagradzania godzin ponadwymiarowych, gdy zajęcia nie odbyły się z przyczyn niezależnych od gotowego do pracy nauczyciela.
To są konkrety. Nie rozwiązują jednak problemu zasadniczego. Nauczyciele nadal nie mają trwałego mechanizmu wynagradzania powiązanego z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce. Kolejne procentowe podwyżki są ważne dla domowego budżetu, ale nie tworzą przewidywalnej ścieżki zawodowej. Nie odbudowują też spłaszczonego awansu, w którym dodatkowa odpowiedzialność coraz częściej oznacza więcej obowiązków, a zbyt rzadko realnie lepsze warunki pracy.
Sprawdź również: Jak dobrze, że już się kończą! Dlaczego wakacje w Polsce są za długie?
Bilans ostatniego roku nie jest więc czarno-biały. MEN wykonało kilka potrzebnych korekt, ale zbyt często poprawia pojedynczy element, nie budując spójnego systemu. Szkoła dostaje nowe przedmioty, nowe obowiązki i nowe procedury. Znacznie rzadziej dostaje czas, ludzi i stabilne finansowanie.
Kierunek ma sens, kolejność – nie
Od 1 września 2026 r. zaczyna się właściwa faza reformy Kompas Jutra. Nowa podstawa programowa obejmie wszystkie przedszkola oraz klasy I i IV szkoły podstawowej. W kolejnych latach ma przechodzić na następne roczniki. Docelowo w klasach IV–VI pojawi się nowa, interdyscyplinarna przyroda, zajęcia praktyczno-techniczne, więcej treści przekrojowych oraz sześć modułów obejmujących bezpieczeństwo i obronę, media, filozofię, ekonomię i finanse, klimat oraz kulturę. Nauczyciel ma też otrzymać część wymagań do wyboru, które nie będą sprawdzane na egzaminie ósmoklasisty. Tydzień projektowy w roku 2026/2027 pozostanie możliwością, a obowiązek ma być wprowadzany stopniowo od kolejnego roku.
Ta filozofia jest mi bliska. Mniej encyklopedyzmu, więcej kompetencji fundamentalnych, współpracy, działania, doświadczeń edukacyjnych i sprawczości ucznia. Więcej praktyki, a mniej odtwarzania definicji. Szkoła naprawdę nie może udawać, że świat zatrzymał się w czasach kredy i tablicy. Jeżeli Kompas Jutra ma przesunąć ciężar z przerabiania materiału na uczenie się, to jest to kierunek wart wsparcia.
Trzeba przy tym oddać MEN i instytucjom wspierającym, że przygotowania nie ograniczyły się do jednej prezentacji. Były spotkania Instytutu Badań Edukacyjnych, pilotaż w 200 szkołach, szkolenia kaskadowe, poradniki Ośrodka Rozwoju Edukacji oraz środki na pracownie. To ważne. Tyle że obecność materiału na stronie internetowej nie jest jeszcze przygotowaniem całego systemu. Poradniki publikowane pod koniec lipca, szkolenia rozpoczynane latem i przepisy kadrowe ogłaszane pod koniec sierpnia nie dają każdemu nauczycielowi realnej szansy na spokojne przeprojektowanie pracy.
Uczestniczyłem w części spotkań z cyklu „Kierunek: Kompas Jutra”. Była na nich część merytoryczna – przedstawienie założeń, pytania nauczycieli i zbieranie informacji zwrotnej. Była jednak również część publicystyczna – prezentowanie sukcesów resortu i opowieść o tym, co już zrobiono. Na spotkaniach, w których uczestniczyłem, momentami przypominało to bardziej wydarzenie przedwyborcze niż roboczą naradę wdrożeniową. Ministerstwo ma prawo informować o swojej pracy. Nie powinno jednak mylić konsultacji z promocją, zwłaszcza gdy szkoły nadal czekają na odpowiedzi w sprawach podstawowych.
Przeprowadzona przeze mnie kontrola nie wykazała po stronie MEN dużych wydatków na same wyjazdy. Sale i zaplecze organizacyjne zabezpieczały kuratoria oświaty we współpracy ze szkołami. W budżecie resortu wygląda to oszczędnie, ale faktyczny koszt organizacji nie znika, bo ponosi go system oświaty. Można nazwać to współpracą. Można też widzieć w tym wykorzystanie infrastruktury szkół do obsługi ministerialnego objazdu. Nie zauważyłem również osobnego cyklu spotkań przeznaczonego dla szkół niepublicznych. Jeżeli dialog miał obejmować cały system, udział tej części oświaty powinien być widoczny, zaplanowany i możliwy do zweryfikowania.
Może Cię zainteresować: Pensje nauczycieli poszły w górę. Ale to nadal może nie wystarczyć
Reforma kompetencyjna wymaga czegoś więcej niż nowej podstawy. Nauczyciel potrzebuje, by jego przygotowanie do lekcji wliczało się do czasu pracy, potrzebuje dostępu do dobrych materiałów, możliwości konsultacji, sprzętu, bezpiecznej przestrzeni do eksperymentowania i jasnej odpowiedzi, jak nowe wymagania połączą się z egzaminami. Dyrektor potrzebuje odpowiednio wcześnie znać ramowy plan, kwalifikacje i finansowanie. Rodzic potrzebuje zrozumieć, co się zmienia. Uczeń potrzebuje ciągłości, a nie kolejnego pokolenia pilotażowego bez świadomej zgody.
Problem jest jednak większy niż spóźnione poradniki. Brakuje całościowej wizji reformy, która połączyłaby podstawy programowe, ramowe plany nauczania, szkolenia, kwalifikacje, finansowanie i egzaminy w jeden harmonogram. MEN pokazuje kolejne elementy, lecz szkoła nadal nie dostała pełnej mapy dojścia od pierwszej lekcji według nowej podstawy do egzaminu kończącego etap. Reforma programowa bez równolegle pokazanej reformy egzaminów pozostaje reformą niepełną.
Czytaj też: Ponad 17 tys. ofert pracy w szkołach. MEN podał nowe dane
MEN zapowiada pierwszy egzamin ósmoklasisty i pierwszą maturę w nowej formule na 2031 r. Na stronie CKE nadal dostępne są jednak informatory odnoszące się do obecnej formuły egzaminów. Nie opublikowano jeszcze informatorów, które pokazywałyby przyszłe typy zadań, kryteria oceniania oraz proporcje wiedzy i umiejętności po reformie. Nie chodzi o uczenie pod test. Chodzi o elementarną przewidywalność – nauczyciel, uczeń i rodzic powinni wiedzieć, czy nowa podstawa i nowy egzamin mówią tym samym językiem. Dziś MEN nie pokazało publicznie tego połączenia.
Dodatkową niepewność stworzył spór ustrojowy. W grudniu 2025 r. prezydent zawetował ustawową ramę reformy, a MEN kontynuowało zmianę poprzez rozporządzenia podpisane w marcu 2026 r. Można długo spierać się o polityczną odpowiedzialność obu stron. W szkole efekt jest jasny: to dyrektor i nauczyciel mają realizować reformę w atmosferze, w której państwo samo wysyła sprzeczne komunikaty o jej trwałości. Reforma edukacji nie może być przeciąganiem liny między Pałacem Prezydenckim a ministerstwem.
Polecamy także: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
Najbardziej jaskrawy problem dotyczy uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym. W szkołach ogólnodostępnych reforma jest rozłożona na roczniki, natomiast nowa podstawa dla tej grupy ma objąć od 1 września wszystkich uczniów. Trudno pedagogicznie wytłumaczyć, dlaczego zasada ciągłości chroni jednych, a nie chroni drugich. Włączanie nie polega na dopisywaniu słowa „inkluzja” do dokumentu. Polega na tym, że zmiana uwzględnia realny rytm rozwoju konkretnego ucznia.
Zdrowie, telefony i prace domowe – trzy problemy, trzy półśrodki
Od września edukacja zdrowotna ma być obowiązkowa w klasach IV–VIII oraz przez dwa lata w szkołach ponadpodstawowych. To dobra decyzja. Zdrowie psychiczne, profilaktyka uzależnień, odżywianie, bezpieczeństwo, higiena cyfrowa i umiejętność szukania pomocy nie są dodatkiem do edukacji. Są warunkiem, by uczeń w ogóle mógł się uczyć.
Jednocześnie z programu wydzielono osobny, nieobowiązkowy komponent pod nazwą edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne, w części klas sprowadzony do jednej albo dwóch godzin w całym roku. To nie jest decyzja pedagogiczna. To polityczny kompromis, który osłabia spójność edukacji zdrowotnej. Wiedzy z tego zakresu nie da się zbudować raz do roku przez 45 minut. Wiedza o zdrowiu nie jest ideologią. Brak wiedzy sprawia, że większy wpływ na wychowanie mają internet i przypadek.
Ustawa ograniczająca korzystanie ze smartfonów w przedszkolach i szkołach podstawowych też odpowiada na realny problem. Od 1 września ma obowiązywać zakaz, od którego przewidziano wyjątkami, m.in. za zgodą nauczyciela, w sytuacji zagrożenia oraz ze względów zdrowotnych lub związanych z niepełnosprawnością. Szkoły ponadpodstawowe będą mogły uregulować tę kwestię w statucie, a placówki mają czas na dostosowanie statutów do końca grudnia 2026 r.
Kierunek jest uzasadniony, ale przepis nie rozwiąże problemu uzależnienia od telefonu. Szkoła nadal musi ustalić, co dzieje się z urządzeniem po złamaniu zakazu, kto odpowiada za jego przechowanie, jak wygląda kontakt rodzica z dzieckiem i jak stosować wyjątki bez publicznego ujawniania diagnozy. Potrzebna jest także współpraca z rodzicami i sensowna edukacja cyfrowa. Sam zakaz może przywrócić nauczycielowi prawo do powiedzenia „nie”. Nie nauczy jednak ucznia samokontroli.
Sprawdź też: We wtorek nowy rok szkolny. Akcja Uczniowska domaga się dymisji Nowackiej
Kolejna korekta dotyczy prac domowych. Od września w klasach IV–VIII nie będzie prac domowych z zajęć praktyczno-technicznych. Pisemne zadania mają utrwalać, rozwijać albo pozwalać zastosować materiał już omówiony, a każda oddana praca musi zostać sprawdzona i opatrzona informacją zwrotną. Statut szkoły może natomiast przewidzieć, że wykonywanie nieobowiązkowych pisemnych prac domowych będzie podstawą do podwyższenia rocznej oceny klasyfikacyjnej.
W ten sposób powstaje konstrukcja, w której praca jest nieobowiązkowa i co do zasady nieoceniana, ale może wpłynąć na ocenę roczną. To regulacyjna hybryda. Zamiast politycznego wahadła między zakazem a powrotem do starego modelu potrzebujemy autonomii nauczyciela, rozsądnych limitów i jednej zasady – praca domowa ma mieć wartość dydaktyczną. Mechaniczne wypełnianie stron nie uczy. Dobrze zaplanowane ćwiczenie, projekt, lektura albo obserwacja mogą uczyć bardzo dużo.
Rzecznik praw ucznia – tak. Ale co z rzecznikiem praw nauczycieli i pracowników oświaty?
Uczeń ma dzisiaj prawa, niezależnie od tego, czy powstanie nowa instytucja rzecznika praw ucznia. Ma prawo do bezpieczeństwa, rzetelnego oceniania, poszanowania godności, informacji i odwołania od bezprawnej decyzji. Problem z ustawą o prawach i obowiązkach ucznia, uchwaloną w maju i zawetowaną przez prezydenta w lipcu 2026 r., nie polegał na samym katalogu praw. Polegał na asymetrycznej i rozbudowanej architekturze – rzecznik krajowy, rzecznicy wojewódzcy, możliwość powoływania rzeczników lokalnych i szkolnych, a docelowo także obowiązkowe rady szkół i placówek publicznych.
W szkole rzecznik miał być kolejną funkcją pełnioną często przez nauczyciela, który pozostaje pracownikiem dyrektora, członkiem rady pedagogicznej i osobą oceniającą uczniów. To gotowy konflikt ról. Bez niezależności, czasu, finansowania i jasnej procedury mediacyjnej taka funkcja łatwo staje się albo dekoracją, albo kolejnym kanałem składania skarg bez szansy na rozwiązanie problemu.
Potrzebujemy ochrony praw ucznia, ale równolegle potrzebujemy rzecznika praw nauczycieli i pracowników oświaty. Jednej instytucji centralnej i rzeczników regionalnych, którzy mogą przyjmować zgłoszenia, żądać wyjaśnień i dokumentów, wydawać zalecenia, prowadzić mediacje oraz sygnalizować luki w prawie. Nie sądu, nie kolejnego organu do karania, tylko realnego miejsca pomocy wtedy, gdy nauczyciel doświadcza przemocy, nękania, pomówień, presji w mediach społecznościowych albo bezprawnych działań przełożonego.
To nie jest pomysł przeciw uczniom. Bezpieczny nauczyciel lepiej chroni ucznia. Nauczyciel zostawiony sam z groźbami, wielomiesięcznym konfliktem i publicznym hejtem nie buduje stabilnej szkoły. Artykuł 63 Karty Nauczyciela i zdanie, że nauczyciele mają związki zawodowe, nie są systemem wsparcia. Prawa w szkole działają tylko wtedy, gdy cała wspólnota zna procedury i każda strona ma dostęp do pomocy.
Edukacja domowa – kontrolować jakość, nie karać zbiorowo
Edukacja domowa nie jest zdalną szkołą. To rodzice przejmują odpowiedzialność za organizację kształcenia, a szkoła prowadzi dokumentację i przeprowadza roczne egzaminy klasyfikacyjne. Ten model wymaga kontroli, bo w każdym systemie mogą pojawić się nadużycia. Nie wymaga jednak traktowania każdej rodziny i każdej szkoły jak podejrzanej.
Od 2026 r. zmieniono zasady finansowania, uderzając przede wszystkim w szkoły, które zbudowały zaplecze dla edukacji domowej i mają większą liczbę rodzin. Jeżeli państwo dostrzega patologie, powinno sprawdzić jakość egzaminów, tożsamość zdających, realizację obowiązków i przepływ publicznych pieniędzy. Cięcie finansowania według liczebności jest narzędziem prostym, ale nieprecyzyjnym.
Czytaj też: Dwie dekady spadku. Co stało się z wynagrodzeniami nauczycieli
Najwyższa Izba Kontroli wskazała, że część szkół przeprowadzała egzaminy klasyfikacyjne online, chociaż obecne przepisy wymagają formy stacjonarnej. MEN przygotowało szczegółowe zasady organizacji takich egzaminów, które mają obowiązywać od 1 września 2027 r. Stacjonarny egzamin powinien być regułą, bo pozwala potwierdzić tożsamość i samodzielność pracy. Muszą jednak istnieć legalne, ściśle opisane wyjątki dla uczniów z niepełnosprawnością, przewlekle chorych albo mieszkających w szczególnych warunkach, z zabezpieczeniem rzetelności egzaminu.
Nie chcę ani fabryk świadectw, ani wojny z edukacją domową. Chcę publicznych standardów, audytu i odpowiedzialności szkoły, a jednocześnie poszanowania prawa rodziców do wyboru tej drogi. Kontrola jakości – tak. Odpowiedzialność zbiorowa – nie.
Polecamy także: eDziennik zawetowany przez prezydenta. Morawiecki przygotował własny projekt
Publiczny e-dziennik – dobry cel nie usprawiedliwia testów na żywych danych
Pomysł bezpłatnego, publicznego e-dziennika jest dobry. Rodzic nie powinien płacić za podstawowy dostęp do informacji o edukacji dziecka, a szkoła nie powinna być zakładnikiem jednego komercyjnego dostawcy. Tyle że państwowa usługa obsługująca dane milionów uczniów nie może być wdrażana w tempie kampanijnego hasła.
28 sierpnia 2026 r. prezydent zawetował ustawę tworzącą podstawę dla publicznego e-dziennika. Zwolennicy weta mówią o bezpieczeństwie i pośpiechu w tworzeniu nowego rozwiązania, a przeciwnicy o zablokowaniu bezpłatnej usługi. Obie strony pomijają najważniejsze – dobry projekt da się przygotować tak, by był jednocześnie publiczny, bezpłatny i bezpieczny. Najpierw testy na danych syntetycznych, audyt architektury i wydajności, potem ustawowy pilotaż w wybranych szkołach, a dopiero po jego ocenie wdrożenie ogólnopolskie.
Prawdziwe dane dzieci nie mogą być pierwszym pełnym testem systemu. Weto nie powinno kończyć projektu. Powinno otworzyć drogę do poprawionej wersji, z realistycznym harmonogramem i odpowiedzialnością za jakość. Cyfryzacja bez testów nie jest modernizacją. Jest przeniesieniem chaosu z papieru na serwer.
Kompas bez mapy nie doprowadzi szkoły do celu
Polska szkoła nie potrzebuje obrony przed zmianą. Potrzebuje ochrony przed zmianą źle przygotowaną i przed systemem zależnym od nazwiska ministra. Kompas Jutra może być początkiem lepszego modelu kształcenia. Obowiązkowa edukacja zdrowotna, ograniczenie smartfonów, publiczny e-dziennik, standardy edukacji domowej i uporządkowanie praw ucznia również mogą służyć szkole. Każdy z tych pomysłów przegra jednak, jeżeli państwo będzie ogłaszało cel szybciej, niż przygotuje drogę.
Sprawdź także: Ryszard Terlecki o odejściu z PiS: Do końca sądziliśmy, że to się jakoś ułoży
Najważniejszą reformą nie jest kolejna nazwa programu. Jest nią zmiana sposobu działania państwa – niezależna Komisja Edukacji, samorząd zawodowy nauczycieli, rzecznik praw nauczycieli i pracowników oświaty, realna autonomia szkół, przewidywalne płace, odpowiedzialni pracodawcy i finansowanie uwzględniające potrzeby ucznia. Do tego mniej zaskoczeń, więcej pilotażu; mniej politycznych symboli, więcej mierzalnych efektów; mniej obowiązków dokładanych w ostatniej chwili, więcej czasu na dobrą pracę.
Nauczyciel nie jest kurierem, który ma dostarczyć reformę do klasy. Powinien być jej współautorem. Dyrektor nie jest amortyzatorem ministerialnego pośpiechu. Uczeń nie jest wskaźnikiem w prezentacji. A szkoła nie jest laboratorium, w którym każda nowa władza zaczyna doświadczenie od początku.
Kompas jest potrzebny. Ale kompas pokazuje tylko kierunek. Żeby dojść do celu, trzeba jeszcze mieć mapę, model egzaminów, czas, ludzi i paliwo. Dziś MEN zbyt często wręcza szkole kompas w drzwiach, nie pokazuje mapy egzaminów i pyta, dlaczego jeszcze nie dotarła.


