Reklama
Reklama
Świat

Śmierć starej lewicy. Od Jospina do „demiurgów” nowego świata

Śmierć byłego premiera Francji Lionela Jospina symbolicznie zamyka epokę lewicy społecznej, zakorzenionej w trosce o najsłabszych. W jej miejsce pojawia się nowy projekt – radykalny, emancypacyjny i coraz częściej oderwany od historii. To opowieść o przejściu od „ogrodników” do „demiurgów”.

Marcin Darmas
Felieton autorstwa: Marcin Darmas
28 marca
11 minut
Rząd kierowany przez Lionela Jospina wzbogacił francuski system socjalny o nowe rozwiązania. Jean-Luc Mélenchon twierdzi za to, że bazylika w Saint-Denis nie powstałaby bez...muzułmanów. (fot. ToninT / Victor Velter / MOHAMMED BADRA / Shutterstock / PAP / EPA)

Reklama

TYLKO NA
  • Rządy Lionela Jospina były ostatnim momentem klasycznej, społecznie wrażliwej lewicy we Francji, skupionej na ochronie najsłabszych.
  • Jospin pozostawił trwałe reformy: 35‑godzinny tydzień pracy, rozszerzenie systemu socjalnego oraz otworzył drogę do legalizacji małżeństw jednopłciowych.
  • Zwrot socjalistów ku globalizacji i liberalizacji – symbolicznie potwierdzony Traktatem z Maastricht – został przez krytyków uznany za porzucenie troski o klasę pracującą na rzecz progresywnej rewolucji kulturowej.
  • Współczesna lewica coraz częściej chce tworzyć świat od nowa, odrzucając dawne tradycje i historię. Zamiast stopniowych zmian skupia się na radykalnej przebudowie zasad społecznych.

Reklama

Był ostatnim niedobitkiem zatopionej Atlantydy dawnego, francuskiego socjalizmu. A jednocześnie okazał się, prawdopodobnie nieświadomie, zapowiedzią jego radykalnego przepoczwarzenia. Wraz ze śmiercią Lionela Jospina, premiera Francji w latach 1997-2002, definitywnie skończyła się lewica wrażliwa na skrzywdzonych i poniżonych, maluczkich i wrażliwych wymagających troski i zauważenia przez państwo, zwłaszcza takie rządzone przez socjalistów.

Rządy Jospina były ostatnim akordem lewicy tradycyjnej, społecznie wrażliwej. Po nim troska o ekonomicznie wykluczonych, wyrzuconych poza nawias, nieprzystosowanych i najsłabszych została zastąpiona projektami radykalnego wyzwolenia z krępujących kajdan tradycji, rasy i płci.

Szerzej o nowym projekcie emancypacyjnym za chwilę. Przyjrzyjmy się dokonaniom rządów zmarłego premiera, jednego z najpopularniejszych szefów rządu V Republiki, korzystającego z wyjątkowo sprzyjającego kontekstu makroekonomicznego.


Reklama

 


Reklama

Dziedzictwo rządów Lionela Jospina

Okres rządów tzw. „pluralistycznej lewicy” we Francji na zawsze będzie kojarzony przede wszystkim z wprowadzeniem 35-godzinnego tygodnia pracy, reformy forsowanej przez minister Martine Aubry, która nawet po ćwierćwieczu wciąż budzi nad Sekwaną gorące dyskusje.

Rząd kierowany przez Lionela Jospina wzbogacił także rozbudowany francuski system socjalny o nowe rozwiązania. Wśród nich znalazły się m.in. indywidualny zasiłek autonomiczny (APA) oraz powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Oba mechanizmy funkcjonują do dziś, stanowiąc istotny fundament zabezpieczenia społecznego we Francji.

Również na płaszczyźnie obyczajowej rządy Jospina przyniosły przełomowe zmiany. W 1999 r. wprowadzono pakt solidarności cywilnej (PACS), który był zwieńczeniem trwającej ponad dekadę debaty politycznej na temat statusu par homoseksualnych. Lewica musiała zmierzyć się wówczas z ostrym sprzeciwem prawicy oraz Kościoła, torując jednocześnie drogę do legalizacji małżeństw jednopłciowych niespełna piętnaście lat później, już za prezydentury François Hollande’a.


Reklama

Mimo obecności w rządzie ministrów komunistycznych oraz wcześniejszych obietnic wyborczych, Jospin zdecydował się kontynuować politykę prywatyzacji zapoczątkowaną przez jego poprzedników z prawicy. Decyzje te spotkały się z rozczarowaniem zarówno wśród wyborców, jak i koalicjantów lewicowych.


Reklama

Nastroje społeczne pogorszyły się dodatkowo po ogłoszeniu przez koncern Michelin planów redukcji 7,5 tys. miejsc pracy. W reakcji na krytykę premier wypowiedział słowa, które przeszły do historii: „Nie należy oczekiwać, że państwo i rząd są wszechwładne”. Zdanie to stało się symbolem ograniczeń polityki społecznej nawet w okresie rządów lewicy.

Powróćmy do zdrady lewicy przez lewicę. W latach dziewięćdziesiątych francuscy socjaliści ochoczo przystąpili do projektu globalizacji. Dołączyli do chórów sławiących dobrodziejstwa swobodnego przepływu dóbr i kapitału. Koronnym tego dowodem był francuski akces do ładu z Maastricht sygnowanego przez – innego socjalistę – prezydenta François Mitteranda.

Filozof ostrzega przed wizją Muska. „To projekt nowej cywilizacji”


Reklama

Maastricht i zwrot ku globalizacji

Filozof Michel Onfray uważa nawet, że Traktat z Maastricht okazał się grzechem pierworodnym współczesnego socjalizmu. Czyni go koronnym dowodem na porzucenie dawnego posłannictwa, czyli walki o proletariat, o troskę dla wdów i sierot.


Reklama

W latach dziewięćdziesiątych, uważa autor „Traktatu ateologicznego”, socjaliści uwierzyli w zbawczą i nieuniknioną moc liberalizmu. Dla Onfraya Europa Maastricht zajmuje się, bagatela!, „ustalaniem cen gwoździ i śrub, ale także i przede wszystkim zezwalaniem ośmioletnim dziewczynkom na zmianę płci, finansowaniem gejowskich parad i celebrowaniem noszenia zasłony, sprzedawaniem dzieci i wynajmowaniem macic, narzucaniem inkluzywnego pisania i przekazywaniem wokistycznego szaleństwa amerykańskiej kultury anulowania”.

Onfray zwraca uwagę, że dzisiejsza lewica zamiast skupiać się na kwestiach dla siebie zasadniczych – takich jak poprawa bytu klas niższych, edukacja czy obrona praw pracowniczych – zaczęła projektować nowy model społeczny. Więcej – zaczęła projektować nowego człowieka bez twardego rusztowania zasad, bez zakorzenienia w kulturze i tożsamość.

Dla lewicy, zwłaszcza amerykańskiej i francuskiej, polem walki okazała się przede wszystkim przeszłość. Niewielu dziś sławi kolonializm, niewolnictwo albo niegdysiejszy wyzysk. Lewica jednak pragnie całkowitego zerwania z przeszłością. Ileż atramentu, odezw i wpisów na komunikatorach wyartykułowano, aby „białego człowieka” oskarżyć o największe bezeceństwa w historii. Z samobiczowania lewica uczyniła w ostatnich latach swoją największą, intelektualną powinność. Oskarżenia idą szeroko. Począwszy od wsadzania w rzeczywisty i mentalny gorset kobiet, przez niszczenie przestrzeni życiowej poprzez przemysł, po niewolnictwo. W dużej mierze to oczywiście prawda. Rzeczywistość jednak jest o wiele bardziej złożona niż chcieliby piewcy „tyranii skruchy”.


Reklama


Reklama

W nienawiści własnej prym wiedzie nad Sekwaną Jean-Luc Mélenchon. W jednym z kampanijnych mitingów przed drugą turą wyborów samorządowych lider „Nieuległej Francji” tłumaczył, że bazylika w Saint-Denis nie powstałaby bez… muzułmanów. Abstrahując od faktograficznego galimatiasu, należy podkreślić, że Mélenchon wykazuje się skrajnym cynizmem. Bazylika stoi na przedmieściach Paryża, gdzie większość mieszkańców pochodzi z Magrebu. Polityk chciał, mówiąc brzydko, im się przypodobać. Mélenchon ponadto doskonale wie, że w katakumbach bazyliki leżą szczątki Karola Młota, który zaciekle walczył z najazdem Maurów. W tym samym wystąpieniu polityk skrajnej lewicy rzucił w przelocie, że nasi przodkowie musieli przejść szmat drogi z drugiego końca Afryki, aby stanąć na tym kontynencie i tutaj się wymądrzać: „cali w bieli i cali w swojej durnocie”.

Dość osobliwa, można rzec, wizja historii „słodkiej Francji” Pascala i Kartezjusza. 

Według Jean-Luc Mélenchona bazylika w Saint-Denis nie powstałaby bez...muzułmanów. (fot. ToninT / Shutterstock)


Reklama

Przełomowy proces o uzależnienie od social mediów. Porażka Mety i YouTube


Reklama

„Ogrodnicy” kontra „demiurdzy” – nowy podział świata

Zatem współczesnej lewicy nie chodzi tylko o sprawiedliwe rozliczenie historii, lecz o jej unieważnienie. Eseistka Chantal Delsol ujmuje to bez złudzeń: współczesnym socjalizm dąży „do totalnego zerwania. Nigdy więcej poddaństwa. Nigdy więcej wojny.” To już nie korekta przeszłości, lecz próba ustanowienia „punktu zerowego”, rozpoczęcia świata od nowa, na nowych zasadach. Ambicja ta ma swoje historyczne precedensy. Podczas rewolucji francuskiej logika zerwania osiągnęła formę niemal absolutną.

Gdy gorliwy rewolucjonista Saint-Just przemawiał przed Konwentem, wynosząc ponad wszystko „sprawę” Republiki, mógł bez wahania oznajmić, że „od czasów rzymskich świat jest pusty”. W tej wizji przeszłość przestawała istnieć, należało ją nie tylko odrzucić, lecz symbolicznie unicestwić. W rewolucyjnym szale, przywołana wcześniej bazylika Saint-Denis, została splądrowana, katakumby otworzono, a czaszkami Merowingów i Karolingów grano sobie w piłkę.

W tym właśnie miejscu ujawnia się zasadniczy podział współczesności. Świat, według Delsol, stał się areną konfrontacji dwóch postaw: „ogrodników” i „demiurgów”.


Reklama

Ogrodnik nie tworzy świata, on go pielęgnuje. Jak pisze francuska filozof: „Ogrodnik, który pracuje pod moim oknem (…) jest miłośnikiem świata. Nie wyobraża sobie, że mógłby wyprodukować którąś z roślin. On je po prostu uprawia, kultywuje. Nie stwarza ani nie wytwarza: dba, troszczy się”. „Ogrodnik” akceptuje własną ograniczoność. Wie, że nie panuje nad światem, że jego praca zawsze pozostaje wystawiona na kaprysy rzeczywistości – deszczów, susz, wichur i plag.


Reklama

Ta postawa rodzi pokorę, ale i zdolność zachwytu. „Jeśli jest przedsiębiorczy i skromny, doskonali wszystko, czego się dotknie; natomiast niszczy, kiedy wpada w pychę. […] Czuje się bowiem mniejszy niż świat, który go otacza i który zawsze podziwia i wielbi” – podkreśla Delsol. „Ogrodnik” nie neguje historii. Przyjmuje ją wraz z jej ciężarem. Nie próbuje jej wymazać, ponieważ wie, że świat jest ciągłością, nie zaś projektem do ponownego urządzania.

Jednak „ogrodnicy” ustępują miejsca. Na ich miejsce zaś wchodzą „demiurdzy”.

Demiurg nie pielęgnuje, demiurg projektuje. Nie uznaje dziedzictwa, ponieważ nie uznaje ograniczeń. Przeszłość jawi mu się jako pasmo błędów, które należy przeciąć. Świat trzeba zacząć od nowa. W tej logice pojawia się radykalny podział: przed i po, stare i nowe, złe i dobre. „Nowoczesne” staje się synonimem tego, co „słuszne”.


Reklama

Delsol przestrzega przed tą postawą: „Są niebezpieczni, gdyż podziwiają jedynie to, co sami są w stanie wytworzyć. A tak naprawdę podziwiają jedynie siebie samych, uznając, że nic nie jest świętsze od nich […]”. „Demiurg” wierzy, że może usunąć tragiczność świata. Dzięki medycynie zniknie ból, dzięki technologii – wątpliwości, a może i uda się stworzyć człowieka, bez skaz i małości.


Reklama

To właśnie tutaj, jak zauważa Delsol, należy szukać źródeł nowoczesnych form radykalizmu, której dziś przewodzi przepoczwarzona lewica. Projekt demiurgiczny nie zna granic, ponieważ każda granica jest dla niego opresją. Emancypacja musi więc trwać, generując wciąż nowe roszczenia, nowe podziały, nowych „skrzywdzonych”. To logika nieustannego początku, który nigdy nie osiąga spełnienia.

W tej wielkiej konfrontacji współczesnego świata socjaliści, przynajmniej w swojej dominującej, ponowoczesnej formie, stanęli po stronie demiurgów. Porzucili rolę ogrodników, którzy pielęgnują istniejący porządek, próbując go udoskonalić. Przyjęli rolę projektantów nowego świata, gotowych zerwać z przeszłością, zdekonstruować dziedzictwo i rozpocząć wszystko od nowa.

Wokizm i rewolucja kulturowa XXI wieku

Rewizja historii wpisuje się w trend „wokizmu”, czyli przebudzenia. To, co jeszcze niedawno uchodziło za intelektualną zabawę akademickich środowisk, dziś przybrało formę globalnego ruchu. „Wokizm”, rozumiany jako projekt uwrażliwienia na historyczne krzywdy mniejszości, zwłaszcza etnicznych i seksualnych, przestał być wyłącznie teorią. Wyszedł poza mury uniwersytetów i zaczął realnie kształtować język, instytucje oraz społeczne wyobrażenia. Analizując to zjawisko w obrębie społeczności queer, Pierre Valentin zwraca uwagę na jego paradoksalną naturę: definiuje się ono przede wszystkim poprzez negację. Tożsamość budowana jest tu nie tyle na tym, czym coś jest, ile na tym, czemu się sprzeciwia. „Wokizm” staje się więc ruchem permanentnej opozycji wobec tego, co normatywne, regulujące i społecznie usankcjonowane.


Reklama

Woke funkcjonuje więc jako mechanizm nieustannego wykrywania dominacji. Tropi wszelkie przejawy opresji – kulturowej, społecznej, językowej – i podporządkowuje im swoją interpretację rzeczywistości. Świat w tej optyce zostaje uproszczony do manichejskiego podziału: dobro i zło, ofiary i sprawcy, mniejszość i większość.


Reklama

Dobrem staje się odstępstwo od normy, złem – sama norma. Dobrem jest marginalność, złem dominacja. W tej wizji nie ma miejsca ani na niuanse, ani ambiwalencję. Są tylko dominujący i ciemiężeni, a pomiędzy nimi trwa nieustanny konflikt.

Śmierć Jospina nie jest tylko końcem pewnej biografii politycznej. To symboliczne domknięcie epoki, w której lewica była jeszcze „ogrodnikiem” – pielęgnującym świat, nawet jeśli chciała go zmieniać. Tryumfuje obecnie lewica demiurgiczna, pewna siebie, wojująca i „oświecona”, a w dodatku, w pełni pogodzona ze światowym kapitalizmem.

Pytanie, czy świat, który tak bardzo chcą przeobrazić nie okaże się na końcu wynaturzonym i wykolejonym Frankensteinem…?