Reklama
Reklama
Reklama

Żywe tarcze i blady strach. Trzy tygodnie, które wstrząsnęły Waszyngtonem

TYLKO NA
Snajper John Muhammad Allen został za swoje zbrodnie skazany na śmierć
Snajper John Muhammad Allen został za swoje zbrodnie skazany na śmierć (fot. Pool / Getty Images)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Od 2 października 2002 roku, przez trzy tygodnie, mieszkańcy Waszyngtonu i okolicznych hrabstw bali się wyjść po mleko, zatankować samochód czy puścić dzieci do szkoły. Niewidzialny strzelec uderzał znienacka, zabijał jednym strzałem i znikał. Tysiące policjantów gorączkowało przeczesywało autostrady w poszukiwaniu tajemniczej białej furgonetki. Śmierć nadjeżdżała jednak z zupełnie innego miejsca.

  • Zaczęło się od jednego strzału. Potem były kolejne. Od 2 października 2002 roku, przez ponad trzy tygodnie, w Waszyngtonie i okolicach grasował niezidentyfikowany snajper.
  • Ofiarami padali przypadkowi ludzie. Nikt nigdzie nie czuł się bezpieczny: ludzie bali się tankować paliwo, posyłać dzieci do szkół i wychodzić do sklepu.
  • Przestępcy padli ostatecznie ofiarami własnej chciwości i pychy.

Środowy wieczór, 2 października 2002 roku. Parking przed supermarketem Shoppers Food Warehouse w Wheaton, na przedmieściach Waszyngtonu w stanie Maryland. 55-letni James Martin, analityk komputerowy, weteran wojny w Wietnamie, pakuje zakupy do bagażnika. Ot, kilka napojów i przekąsek dla synka, który wyjeżdża z kolegami na obóz. Rozlega się krótki, stłumiony trzask – dźwięk przypominający raczej wystrzał z nieszczelnego gaźnika niż huk wojskowego karabinu. Mężczyzna bezwładnie osuwa się na asfalt. Przerażeni świadkowie wzywają karetkę, podejrzewając nagły zawał serca. Dopiero na stole sekcyjnym lekarze odkrywają niewielką ranę wlotową i zmasakrowane wnętrzności. Ktoś strzelił. Dlaczego? Po co?

Prawdziwe piekło rozpoczyna się następnego ranka. W czwartek, 3 października, w ciągu zaledwie piętnastu godzin, kule dosięgają kolejnych pięciu osób – wszystkie ofiary znajdują się w promieniu zaledwie kilkunastu kilometrów. O 8:12 pod kosiarką Jamesa Buchanana gaśnie silnik. Mężczyzna pada martwy na trawniku przed salonem samochodowym. Pół godziny później na stacji benzynowej w Aspen Hill ginie taksówkarz Premkumar Walekar, wlewający paliwo do baku. O 9:01 na ławce przed centrum handlowym kula przeszywa głowę czytającej książkę Sary Ramos. Przed dziesiątą śmierć dosięga Lori Ann Lewis-Riverę, młodą matkę, która odkurza wnętrze minivana na stacji Shell. Wieczorem snajper melduje się już w samym Waszyngtonie – na środku ulicy ginie 72-letni emeryt Pascal Charlot.

Czytaj też: Dlaczego Ameryka płonie? Kulisy spraw Kinga, Harlins i Floyda

Reklama
Reklama

Zygzakiem do baku

Pięć ofiar śmiertelnych w jeden dzień. Wszystkie zabite jednym strzałem. To jedyne, co ich łączyło. W gronie ofiar byli bowiem zarówno biali, jak i czarni. Młodzi i starzy. Kobiety i mężczyźni. Żadnych wspólnych mianowników. Poza takim, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie.

Psychoza, jaka ogarnęła miasto, była jeszcze większa niż ta, którą pamiętano z zamachów na World Trade Center. Tamten wróg był odległy, zorganizowany i uderzył w symbole państwa. Ten? Bezimienny i nieprzewidywalny. Polował na zwykłych ludzi w trakcie najbardziej banalnych czynności.

Życie w stolicy i okolicznych stanach zamiera. Pustoszeją parki, restauracje i centra handlowe. Wyprawa na stację benzynową każdorazowo przypomina wyjście na pole bitwy: trzeba przecież opuścić bezpieczną kabinę i przez kilkadziesiąt sekund stać nieruchomo w otwartej przestrzeni. Kierowcy wypracowują własne techniki przetrwania. Tankują kucając, chowając głowy za kołami i blokami silników. Z samochodu do kasy przemykają nerwowym, rwącym zygzakiem, przypominającym żołnierski unik pod ostrzałem w okopie. Zdesperowani właściciele stacji rozwieszają wokół dystrybutorów gigantyczne plandeki budowlane i płachty brezentu, by osłonić klientów przed okiem niewidzialnego myśliwego.

Reklama
Reklama

„Wasze dzieci nie są bezpieczne”

W poniedziałek, 7 października, pęka kolejna bariera psychologiczna. Przed szkołą podstawową Benjamin Tasker Middle School w Bowie kula trafia w brzuch 13-letniego Irana Browna, który właśnie wysiada z samochodu ciotki. Chłopiec cudem przeżywa skomplikowaną operację, ale w szkołach w całym regionie wybucha histeria.

Lekcje odbywają się przy zgaszonym świetle, zaryglowanych drzwiach i zasłoniętych żaluzjach. Wyjścia na plac zabaw zostają bezwzględnie zakazane. Treningi i mecze futbolu są odwoływane lub przenoszone setki kilometrów dalej. Co rano rodzice tworzą wokół wejść do szkół żywe tarcze, własnymi ciałami osłaniając wysiadające z aut maluchy.

Podczas przeczesywania zarośli w pobliżu szkoły w Bowie, śledczy natrafiają na pierwszy ślad: kartę tarota przedstawiającą Śmierć. Na jej odwrocie sprawca nabazgrał ołówkiem coś w rodzaju manifestu: „Dla was, policjo. Nazywajcie mnie Bogiem. Nie mówcie mediom”. Do tego żądanie dziesięciu milionów dolarów i ostrzeżenie, które zalało później stacje informacyjne w całym kraju: „Wasze dzieci nie są bezpieczne”.

Jedna z karteczek pozostawionych przez snajperów na miejscu zbrodni (fot. Pool / Getty Images)

Ślepa uliczka

Panika narasta. Gigantyczne śledztwo, prowadzone wspólnie przez lokalną policję oraz agentów FBI, grzęźnie w bagnie fałszywych tropów. Opinia publiczna i politycy wywierają coraz większą presję. Konferencje prasowe odbywają się niemal na okrągło, ale to gadanie dla gadania. Nikt nic nie wie, nikt nad niczym nie panuje. Próby uspokojenia mieszkańców nie przynoszą skutku, bo niewielu wierzy, że służby mają jakikolwiek sensowny trop.

Reklama
Reklama

No ale mają. W zeznaniach roztrzęsionych świadków z niemal każdego miejsca zbrodni powtarza się ten sam motyw: biała furgonetka lub mały dostawczak odjeżdżający w pośpiechu z piskiem opon. Na autostradach wokół stolicy powstają gigantyczne, paraliżujące ruch korki. Uzbrojeni po zęby policjanci wyciągają na pobocza każdego kierowcę białego vana, kładąc setki niewinnych kurierów, malarzy i hydraulików twarzą na asfalt z lufami pistoletów przy skroniach.

Wszystko na próżno. Świadkowie oczywiście nie kłamali z premedytacją – w chwili huku i szoku ich zmysły rejestrowały najbardziej powszechny element amerykańskiego krajobrazu drogowego. Swoje zrobiły też filmy: Hollywood pełne jest przecież takich historii, a jak kryminaliści z prawdziwego zdarzenia – od „Kevina…” po „Gorączkę” – to tylko w vanie. W rzeczywistości śmierć niosła się jednak z ciemnoniebieskiego, sfatygowanego sedana Chevrolet Caprice z 1990 roku.

Rzeźnia na kółkach

Patent, który opracowali mordercy, był prosty i przerażająco skuteczny. Kupiony za bezcen stary radiowóz policyjny zamienili w mobilne stanowisko strzeleckie. Z boku: właściwie niewidzialne.

Tylna kanapa została zmodyfikowana tak, by po jej złożeniu można było czołgać się bezpośrednio do bagażnika. W metalowej klapie kufra, tuż nad tablicą rejestracyjną, wycięto precyzyjny otwór o średnicy kilku centymetrów, zamaskowany od zewnątrz gumową uszczelką. Wnętrze bagażnika wyłożono kocami i pianką tłumiącą dźwięk.

Granatowy Chevrolet Caprice terroryzował ulice Waszyngtonu (fot. Pool / Getty Images)

Mechanizm ataku niemal wykluczał ryzyko wpadki. Samochód parkował tyłem na zatłoczonym parkingu lub przy krawędzi zarośli. Strzelec leżał płasko w bagażniku z myśliwską wersją karabinka AR-15 – Bushmasterem XM-15 z celownikiem optycznym. Lufa nie wystawała poza obrys karoserii, błysk wystrzału i gaz prochowy zostawały w zamkniętym kufrze, a huk był mocno przytłumiony. Po oddaniu strzału kierowca powoli, zgodnie z przepisami i bez pisków opon, włączał się do ruchu.

Reklama
Reklama

Policja przeczesywała okoliczne dachy i zagajniki, szukając snajpera na drzewie, podczas gdy ten leżał w bagażniku starego auta, czekając grzecznie na zielone światło. Tuż przed ich nosami.

Pycha gubi myśliwego

Działali w duecie. 41-letni John Allen Muhammad był weteranem wojny w Zatoce Perskiej, znakomitym strzelcem wyborowym, który po bolesnym rozwodzie i utracie prawa do opieki nad dziećmi popadł w obłęd. Znienawidził państwo i wszystkie rządzące nim instytucje. Jego współpracownikiem był zaledwie 17-letni Lee Boyd Malvo – bezdomny, podatny na wpływy nastolatek z Jamajki, którego Muhammad uzależnił od siebie emocjonalnie i wytrenował na posłusznego żołnierza.

W ich planie nie chodziło o żadne głębsze idee: chcieli wywołać chaos, wymusić wielomilionowy haracz, a za zdobyte pieniądze stworzyć w Kanadzie utopijną komunę szkolącą dziecięcą partyzantkę. Muhammad czuł się panem życia i śmierci, a bezradność służb pompowała jego ego. Z czasem stał się jednak zbyt arogancki. I to ich zgubiło.

Czytaj również: 77 ofiar, zero skruchy. Mija 15 lat od masakry Breivika

„Nie negocjujemy z terrorystami” – to znów Hollywood, ale również w prawdziwym życiu służby bywają konsekwentne. Dopóki wierzono, że tajemniczego strzelca uda się w ten czy inny sposób odnaleźć, nikt nie zamierzał „dla świętego spokoju” wypłacać nikomu bajońskich sum. Gdyby zrobiono to raz, zaraz pojawiliby się przecież naśladowcy.

Reklama
Reklama

Narastała frustracja. W miejscach zbrodni Muhammad zostawiał notatki, przypominając o swoich żądaniach finansowych. Gdy to nie działało, mordercy zaczęli dzwonić do policjantów z budek telefonicznych. W jednej z pełnych wściekłości rozmów Malvo rzucił w stronę negocjatorów, by „sprawdzili sprawę z Montgomery w Alabamie”, żeby przekonać się, że „wcale nie żartują”.

Agenci federalni czekali na ten błąd. Po telefonie do Alabamy okazało się, że miesiąc wcześniej pod tamtejszym sklepem monopolowym doszło do brutalnego napadu z bronią w ręku. Sprawca upuścił na ulicy branżowy magazyn o broni palnej. Zdjęty z okładki odcisk palca wprowadzono do ogólnokrajowej bazy danych imigracyjnych – należał do nielegalnie przebywającego w USA Lee Boyda Malvo. Od nazwiska nastolatka śledczy błyskawicznie dotarli do Muhammada, a stamtąd do niebieskiego Chevroleta Caprice.

Cisza przy I-70

W środę, 23 października, służby dysponowały już pełnymi danymi podejrzanych i numerami rejestracyjnymi wozu. Wieczorem szef policji podjął bezprecedensowy krok: ogłosił dane publicznie, prosząc o pomoc całą Amerykę.

Finał rozegrał się w środku nocy, zaledwie kilka godzin później. Kierowca ciężarówki Whitney Donahue zjechał na przerwę na parking dla tirów przy autostradzie międzystanowej I-70 niedaleko Myersville w stanie Maryland. W rogu placu dostrzegł granatowego Chevroleta. Sprawdził tablice. Wszystko się zgadzało. Potężnym ciągnikiem siodłowym z naczepą Donahue zablokował jedyny wyjazd z parkingu i powiadomił policję.

Reklama
Reklama

O 3:19 nad ranem do akcji wkroczyły oddziały SWAT i agenci FBI. Szyby w aucie pękły pod uderzeniami taranów, do wnętrza wpadły granaty hukowe. Muhammad i Malvo spali w kabinie, nie zdążyli nawet sięgnąć po broń.

W bagażniku policjanci znaleźli karabin Bushmaster z tłumikiem, statyw strzelecki, wycięty otwór w klapie oraz zwinięte skarpety, w których ukryto puste łuski. Bilans ich trwającego nieco ponad trzy tygodnie rajdu wokół stolicy zamknął się w dziesięciu zabitych i trzech ciężko rannych osobach. Jak wykazało późniejsze śledztwo, wcześniej w innych stanach zamordowali jeszcze co najmniej siedem osób.

John Allen Muhammad został skazany na karę śmierci i stracony przez wstrzyknięcie trucizny w listopadzie 2009 roku w więzieniu w Wirginii. Lee Boyd Malvo, ze względu na niepełnoletność w chwili popełniania zbrodni, uniknął celi śmierci – odsiaduje wielokrotne wyroki dożywocia bez prawa do ubiegania się o zwolnienie warunkowe.

Koszmar minął stosunkowo szybko. W licznych relacjach „po latach”, publikowanych m.in. na łamach „Washington Post”, mieszkańcy stolicy niechętnie przyznawali jednak, że widok pustej stacji benzynowej do końca życia będzie wzbudzał w nich dreszcz niepewności.

Może Cię zainteresować: 

Reklama
Reklama