Reklama
Reklama
Reklama

77 ofiar, zero skruchy. Mija 15 lat od masakry Breivika

TYLKO NA

Norwegowie długo wierzyli, że mieszkają w raju. Że to, co złe, dzieje się wszędzie indziej, ale nie u nich. 22 lipca 2011 roku, dokładnie 15 lat temu, Anders Breivik odarł ich z tych złudzeń. Ale czy na pewno?

Appeal case of convicted mass murderer Anders Breivik
Anders Breivik 15 lat temu zabił 77 osób w Oslo i na wyspie Utoya (fot. LISE AASERUD / PAP)
  • Mija 15 lat, odkąd Anders Breivik zabił 77 osób: najpierw w Oslo, potem na wyspie Utoya. 
  • Wśród ofiar śmiertelnych były głównie dzieci, przedstawiciele młodzieżówki norweskiej Partii Pracy.
  • Do zamachu przygotowywał się latami. Nad bombą, ważącą niemal tonę, pracował miesiącami w wynajętym gospodarstwie pod Oslo.
  • Podczas zatrzymania nie stawiał oporu. Przekonywał, że działał sam, ale takich jak on jest więcej.
  • Ani przez moment nie okazał skruchy. Uśmiechał się na widok tego, czego dokonał.
  • Choć wielu domagało się kary śmierci dla terrorysty, Norwegia pozostała wierna swojemu prawu i swoim zasadom.

Przed

Niczego nie zostawił przypadkowi. Wiosnę i sporą część lata spędził w wynajętym gospodarstwie, dwie godziny autem od Oslo. Właścicieli przekonywał, że zamierza uprawiać buraki cukrowe. Dwa lata wcześniej założył firmę Breivik Geofarm, miał stosowne dokumenty, chwalił się ponoć nawet ukończonym kursem z agronomii. Uwierzyli mu – bo czemu by nie? Zapłacił za kilka miesięcy z góry.

Ale bajka o młodym rolniku nie była dla nich. Nabrać miały się przede wszystkim służby.

Na miejsce sprowadzał bowiem setki przesyłek z komponentami do zamachu. Oprócz sześciu ton nawozu, kupił kilkaset opakowań aspiryny w osiedlowych aptekach i tuzin mikserów kuchennych do kruszenia twardego granulatu. Przez internet masowo zamawiał chemikalia: sproszkowaną siarkę, azotan sodu czy aluminium. Kompletował też arsenał broni i sprzęt taktyczny, w tym karabin Ruger Mini-14 z celownikami laserowymi, bagnet przemycony z USA jako „sprzęt sportowy” oraz policyjne naszywki i niebieskie światła błyskowe.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Wyrzuciła ojca z partii i zmieniła historię Francji. Kim naprawdę jest Marine Le Pen?

W międzyczasie spisywał liczący grubo ponad tysiąc stron manifest: „2083: Europejska Deklaracja Niepodległości”, pod którym podpisał się jako Andrew Berwick. Czerpał w nim (niemal jeden do jednego) z Teda Kaczynskiego, pojęcie „lewicowości” zamieniając na „marksizm kulturowy”, ruchu Counter-Jihad.

Zamach

W deszczowe piątkowe popołudnie 22 lipca 2011 roku, o godzinie 15:17, biały furgon Volkswagen Crafter wjechał w ulicę Grubbegata w centrum Oslo. Za kierownicą siedział Breivik, ubrany we własnoręcznie uszyty policyjny kombinezon. Kilka minut później ładunek wybuchowy ważący około 950 kg – złożony z nawozów sztucznych, oleju napędowego i proszku glinowego – został zdetonowany pod budynkiem H, gdzie siedzibę miał m.in. premier Jens Stoltenberg. Fala uderzeniowa zniszczyła dolne kondygnacje ministerstw, wybiła szyby w całej dzielnicy rządowej, zabijając osiem osób, a co najmniej kilkadziesiąt raniąc.

W stolicy wybuchł chaos. Spokój zachowywał tylko uzbrojony po zęby zamachowiec, naszpikowany sterydami i mieszanką efedryny, kofeiny i aspiryny. Był już w drodze nad jezioro Tyrifjorden, gdzie miała dokonać się właściwa część planu.

Reklama
Reklama

Pod pretekstem „zabezpieczenia wyspy”, legitymując się fałszywą odznaką, podpłynął promem na Utoyę, gdzie odbywał się coroczny letni obóz młodzieżówki Partii Pracy (AUF). W ciągu kilkudziesięciu minut zabił 69 osób, w większości nastolatków. Metodycznie przeczesywał teren wyspy – ścieżkę zwaną „Ścieżką Miłości”, plaże, skalne półki i budynki, strzelając z bliskiej odległości do uciekających i błagających o życie dzieci. Krzyczał coś o „marksistowskich pomiotach”.

Utoya dzień po zamachu (fot. Vegard M. Aas/presse30.no / Getty Images)

Gdy na miejscu zjawiła się policja, poddał się bez walki.

Przesłuchanie

Norwegowie mają swoje ideały i przekonania. Na przykład takie, że nawet największy zbrodniarz ma prawo do resocjalizacji. Że niczego nie zdziała się siłą i przemocą. Gdy Breivik poskarżył się więc na kilkumilimetrową ranę na palcu, dostał od służb plaster. „Żalił się”, że rozcięły mu go odłamki czaszki któregoś z dzieciaków. Mówiąc to, przełykał kolejne kęsy pizzy i popijał je colą.

Reklama
Reklama

Pozwalano mu na tę bezczelność również dlatego, bo usilnie przekonywał, że to nie koniec. Że jest tylko częścią większej grupy, nazywanej „Rycerzami Templariuszy”, która nie zamierza poprzestać na Oslo i Utoyi. Twierdząco odpowiadał na pytania o kolejne ataki. Nazwisk podawać jednak nie chciał. Stawiał za to warunki: domagał się m.in. zamknięcia granic dla obcokrajowców, wprowadzenia kary śmierci czy ustąpienia rządu. Chciał, by władzę w Norwegii przekazano „konserwatywnej radzie opiekunów”, na czele której miałby stanąć on sam lub inni nacjonalistyczni przywódcy. W zamian wspaniałomyślnie oferował „amnestię” dla ocalałych polityków. Również tych ze znienawidzonej Partii Pracy.

Czytaj też: Kim był Stepan Bandera? Historia przywódcy OUN i symbolu ukraińskiego nacjonalizmu

Żądał dostępu do komputera (bez internetu, ale z programem Word i drukarką) na minimum 8 godzin dziennie, aby móc kontynuować swoją walkę „piórem”. Zastrzegł, że zapisane przez niego pliki nie mogą być codziennie kasowane. Dodatkowo domagał się dostępu do Wikipedii oraz programu graficznego Photoshop. Oczekiwał, że będzie odbywał karę w ścisłej izolacji od muzułmanów (argumentował, że „nie można umieszczać krzyżowców i muzułmanów razem”) oraz że pod żadnym pozorem nie będzie mu podawane mięso halal. Domagał się także nieograniczonego prawa do wysyłania i odbierania listów. Chciał też, by jego proces był całkowicie jawny i otwarty dla mediów, a jemu samemu pozwolono występować na sali rozpraw w zaprojektowanym przez siebie mundurze „Templariusza”.

Im więcej mijało czasu, im więcej padało podobnych pomysłów, tym bardziej jasnym stawało się dla służb, że Breivik „gra” wyłącznie pod siebie. I że niczego z niego nie wyciągną.

Reklama
Reklama

Uśmiechał się na widok zdjęć z miejsca makabry. Tłumaczył, że to ponoć jego „mechanizm obronny”. Choć przyznał, że zabieranie życia było „piekłem” i „koszmarem” i narzekał, jak trudna i ciężka logistycznie to była praca, twierdził, że rzeź była niezbędna. Na koniec po prostu ziewnął i poinformował policję: „Jestem wyczerpany. Mam nadzieję, że przesłuchanie nie potrwa już zbyt długo”.

Proces

W pierwszych dniach po zamachu Norwegowie wyszli na ulice z różami. Premier Stoltenberg obiecywał – nieco w kontrze do oczekiwań niektórych, zwłaszcza zszokowanej Europy – „jeszcze więcej demokracji, więcej otwartości i więcej człowieczeństwa”. Proces stał się próbą dotrzymania tej obietnicy. Nie było mowy o karze śmierci, pokazowej zemście czy pisaniu prawa na potrzeby jednego człowieka. Breivik został zmuszony do funkcjonowania w ramach zwyczajnych procedur, choć trudno było nie odnieść wrażenia, że bardzo chciałby być wyjątkowy.

Dziesięciotygodniowy proces, który ruszył wiosną 2012 roku przed sądem w Oslo, przyniósł dziwne zjawisko, które psychologowie opisują jako „skurczenie się” postaci sprawcy. Zamiast tajemniczego, potężnego terrorysty, przed sądem stanął człowiek, którego ofiary nazywały w prasie „dupkiem”, a komentatorzy opisywali jako żałosnego i małostkowego. Mówił długo, popełniał błędy, poprawiał profesorów, obrażał się i uśmiechał w niewłaściwych momentach. Przerosła go rola, którą sam dla siebie napisał.

Główną osią samego procesu nie było ustalenie winy – ta była bezdyskusyjna – lecz ocena stanu psychicznego oskarżonego. Pierwszy zespół biegłych psychiatrów zdiagnozował u Breivika schizofrenię paranoidalną, co w świetle prawa oznaczało niepoczytalność i zamknięcie w zakładzie psychiatrycznym. Wywołało to potężny opór społeczny i dysonans, zwłaszcza że –  wbrew powszechnej woli – linię tę była gotowa powielić prokuratura.

Reklama
Reklama

Powołano jednak drugi zespół, który po ponownym badaniu wykluczył psychozę, stwierdzając jedynie dyssocjalne zaburzenie osobowości oraz głębokie cechy narcystyczne połączone z mitomanią. Inni eksperci, jak prof. Ulrik Fredrik Malt, wskazywali dodatkowo na cechy zespołu Aspergera. Sąd ostatecznie uznał go za w pełni poczytalnego i zdolnego do odpowiadania za swoje czyny.

Czytaj też: Kim jest Renata Kaznowska? Wiceprezydent Warszawy, która przez lata wyręczała Trzaskowskiego

Zależało też na tym… samemu Breivikowi. Uświadomił sobie, że diagnoza o niepoczytalności całkowicie zrujnuje jego „honor” i sprawi, że sąd oraz społeczeństwo uznają go po prostu za „idiotę”. Chciał być traktowany jako racjonalny bojownik i terrorysta polityczny, a choroba psychiczna całkowicie zdezawuowałaby jego 1500-stronicowy manifest.

Gdy więc do sprawy przydzielono drugi zespół psychiatrów, znacząco złagodził retorykę – zrezygnował z tytułowania się „mesjaszem”, zaczął też wypowiadać się nieco bardziej racjonalnie.

Reklama
Reklama

Mimo wszystko, nie brakowało tych, którym trudno było uwierzyć, że stojący przed nimi człowiek jest w pełni normalny. Podczas rozpraw Breivik opowiadał o wyimaginowanej organizacji „Rycerzy Templariuszy”, w której rzekomo piastował wysokie stanowisko. Ludzi, ofiary i wszystko wokół traktował raczej jak piksele w grze – w sądzie przypominano, że latami maniakalnie, długimi godzinami zatracał się w świecie rozmaitych „strzelanek” i internetowych światów – co tłumaczyłoby, dlaczego tak łatwo przychodziło mu zabijanie.

Kiedy odczytywano wstrząsające protokoły z sekcji zwłok, siedział bez cienia emocji. Płaczem wybuchnął tylko raz – gdy na sali odtworzono wyprodukowany przez niego, 12-minutowy propagandowy filmik z YouTube’a. Płakał nad własnym dziełem.

Sąd wymierzył mu najwyższy możliwy w Norwegii wymiar kary: 21 lat forvaring – prewencyjnego pozbawienia wolności. To kara, która może być bezterminowo przedłużana o kolejne pięcioletnie okresy, o ile skazany nadal stanowi zagrożenie. W praktyce oznacza to dla niego dożywocie.

Po

To, jak Norwegia obchodzi się z Breivikiem na co dzień, od lat budzi ambiwalentne reakcje – także za granicą. Kraj opiera swój system penitencjarny na filozofii resocjalizacji, a nie odwetu, i konsekwentnie stosuje ją nawet wobec sprawcy zamachu na tak wielką skalę. Breivik odbywa więc karę w kilkupokojowym oddziale – najpierw w więzieniu Skien, potem w Ringerike – z dostępem do konsoli do gier, siłowni, kuchni i telewizora.

Reklama
Reklama

W 2013 roku jego wniosek o przyjęcie na studia z nauk politycznych na Uniwersytecie w Oslo odrzucono z powodu niewystarczających ocen. Dwa lata później, po poprawieniu wyników w nauce, uczelnia go przyjęła, zastrzegając, że będzie się uczył wyłącznie w celi, bez dostępu do kampusu czy kontaktu ze studentami. Rektor uczelni, poddany sporej krytyce, tłumaczył wtedy, że trzymanie się jednakowych zasad dla wszystkich więźniów jest najlepszym sposobem na obronę demokratycznych wartości przed tymi, którzy chcieliby je podważyć.

Sam Breivik wiedział, jak zajść rodakom za skórę, więc raz na jakiś czas głośno było o kolejnych pokazach jego bezczelności. Zarzucał władzom więziennym m.in. łamanie praw człowieka i „sadyzm”. Oficjalne skargi porażały małostkowością: protestował przeciwko temu, że nie wymieniono mu konsoli z PlayStation 2 na PlayStation 3, że gry, które dostaje, są „nieadekwatne do wieku”, kawa bywa za zimna, masła do chleba jest za mało, a wydane mu gumowe długopisy powodują skurcze dłoni.

Z pełną powagą tłumaczył, że zmuszanie go do pisania nieergonomicznym przyborem to „niemal nieopisywalna manifestacja sadyzmu”, zwłaszcza że uważa się za pisarza mającego przed sobą dekady pracy twórczej. Dwa razy zmieniał też nazwisko: był już Fjotolfem Hansenem, teraz jest Janem Johansenem, ale nikt oczywiście nie zamierza bawić się w tę grę.

Kwestia warunków odbywania kary trafiła też na drogę sądową – i to wielokrotnie. W 2015 roku Breivik pozwał państwo norweskie, twierdząc, że jego wieloletnia, niemal całkowita izolacja od innych więźniów, częste rewizje osobiste i ograniczenia korespondencji naruszają zakaz nieludzkiego traktowania z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Reklama
Reklama

W kwietniu 2016 roku sąd okręgowy w Oslo przyznał mu, ku zdumieniu obserwatorów, częściową rację. Wyrok wywołał w Norwegii falę oburzenia – ocalały z Utoyi Eskil Pedersen mówił później, że wiadomość o wygranej Breivika odczuł niemal jak „cios w brzuch”. Państwo się odwołało, a w 2017 roku sąd apelacyjny w Borgarting uchylił ten wyrok; Europejski Trybunał Praw Człowieka odrzucił jego skargę rok później.

To jednak nie był koniec sporu. W styczniu 2024 roku Breivik ponownie pozwał państwo, tym razem twierdząc, że po ponad dwunastu latach izolacji jest bliski samobójstwa i uzależniony od leków przeciwdepresyjnych. Sąd w Oslo tym razem oddalił pozew, uznając, że warunki jego osadzenia nie są nieproporcjonalnie uciążliwe. Równolegle toczyły się kolejne postępowania w sprawie warunkowego zwolnienia, do którego – zgodnie z norweską literą – Breivik nabył prawo po dziesięciu latach odbywania kary.

Pierwszy wniosek, rozpatrywany w styczniu 2022 roku, sąd w Telemark odrzucił, argumentując, że ryzyko powrotu do przemocy pozostaje realne, mimo zapewnień skazanego, że wyrzeka się jej „na zawsze” – zapewnień, które padły na tej samej rozprawie, na której wykonał nazistowskie pozdrowienie. Drugi wniosek, złożony jesienią 2024 roku, także zakończył się odmową; na sali sądowej Breivik pojawił się wtedy z literą „Z” wygoloną po jednej stronie głowy – symbolem kojarzonym z rosyjską inwazją na Ukrainę. Kolejny, z tego roku, pozostaje jeszcze bez oficjalnej odpowiedzi. Ta, szczęśliwie, jest jednak wszystkim znana.

Źródło: Zero.pl
Mr. Y
Mr. YDziennikarz Zero.pl
Reklama
Reklama