
Około 550 tys. osób według francuskiego MSW, a nawet 800 tys. według organizatorów wyszło w sobotę na ulice francuskich miast, by protestować przeciwko rosnącym kosztom życia. Demonstracje w wielu miejscach przerodziły się w zamieszki. Doszło do grabieży sklepów, podpaleń i ataków na budynki publiczne. Policja zatrzymała 400 osób, a 60 funkcjonariuszy zostało rannych.
- 550 tys. uczestników według MSW, nawet 800 tys. według organizatorów – w sobotę w całej Francji odbyło się 110 demonstracji przeciwko rosnącym kosztom życia.
- 400 osób zatrzymanych, 60 policjantów rannych – doszło do grabieży sklepów, podpaleń i ataków na budynki publiczne.
- Protesty połączyły postulaty różnych grup społecznych, a premier Sébastien Lecornu oskarżył niektóre środowiska o wykorzystywanie przemocy przed wyborami prezydenckimi.
Paryż, Lyon, Marsylia, Lille, Bordeaux – w wielu francuskich miastach sobotni protest przeciwko drożyźnie przyniósł sceny przemocy i zniszczeń.
W manifestacjach uczestniczyli przedstawiciele różnych środowisk, w tym studenci, licealiści i osoby związane z ruchem żółtych kamizelek. Mobilizacja, która miała połączyć społeczne niezadowolenie z rosnących kosztów utrzymania, w wielu miejscach wymknęła się spod kontroli.
Według ministra spraw wewnętrznych Laurenta Nuñeza w całym kraju demonstrowało około 550 tys. osób, z czego 110 tys. w Paryżu. Organizatorzy szacowali natomiast frekwencję na 800 tys. W sobotę odbyło się 110 manifestacji.
„Wasza przyszłość została anulowana”. Prof. Małgorzata Jacyno: Francja przestaje być Francją
400 zatrzymanych, 60 rannych policjantów
Podczas wieczornej konferencji prasowej szef francuskiego MSW oskarżył grupy skrajnej lewicy o podsycanie przemocy i przyczynienie się do utraty kontroli nad demonstracjami.
– Grupy kilkuset czy kilku tysięcy wandali, podżeganych w sposób bardzo wyraźny przez skrajną lewicę, atakowały siły porządku publicznego – powiedział Nuñez.
Minister poinformował o 400 zatrzymaniach w całej Francji oraz o 60 rannych funkcjonariuszach. Wskazał na ataki i próby ataków na budynki publiczne, w tym ratusze w Marsylii, Lille, Calais i Angers, a także budynki prefektur, m.in. w Bordeaux. Celem napastników były również komisariaty policji, w tym w Marsylii i Breście.
Nuñez zwrócił także uwagę na grabieże sklepów. Według niego część sprawców wykorzystała zamieszanie towarzyszące demonstracjom do plądrowania lokali handlowych. Do takich incydentów dochodziło m.in. w Strasburgu, Nantes, Rennes i Tuluzie.
„GTA” kontra świat. Kontrowersje, skandale, nagonki, procesy
Zdemolowany ratusz w Marsylii, podpalenie w Lyonie
W Marsylii kilkudziesięciu demonstrantów wtargnęło na krótko do holu ratusza. Przewrócili popiersie Marianny, symbolu Republiki Francuskiej, i zniszczyli część wyposażenia. Mer miasta poinformował, że po rozmowie telefonicznej z prezydentem Emmanuelem Macronem uzyskał dodatkowe wsparcie policyjne.
W Lille uczestnicy zamieszek sforsowali kilka wejść do ratusza. Część z nich dostała się do budynku i zdemolowała fragment pomieszczeń, po czym uciekła. Funkcjonariusze oddziałów prewencji weszli do środka, by sprawdzić, czy w budynku nie pozostały osoby biorące udział w zajściach. Później wejścia do ratusza zabezpieczyła policja.
Poważne incydenty odnotowano również w Lyonie. W pobliżu placu Bellecour zdewastowano i podpalono punkt informacji turystycznej. Według relacji francuskich mediów strażacy mieli utrudniony dostęp do miejsca pożaru.
W okolicy placu grupy zamaskowanych młodych ludzi rzucały w kierunku funkcjonariuszy różnymi przedmiotami i odpalały materiały pirotechniczne. Policja odpowiedziała użyciem gazu łzawiącego i granatów obezwładniających. Wobec demonstrantów zastosowano także armatkę wodną.
W Paryżu po przejściu głównego marszu doszło do ataków na sklepy i grabieży. Incydenty odnotowano w rejonie placu Republiki, a następnie bulwaru Magenta. W stolicy dochodziło również do starć i podpaleń pojazdów.
Macron: We Francji nie ma miejsca dla przemocy
Do wydarzeń odniósł się prezydent Emmanuel Macron. W sobotę wieczorem napisał w serwisie X, że we Francji „nie ma miejsca dla przemocy”. Zapowiedział ukaranie sprawców ataków na budynki publiczne i sklepy oraz zaapelował o jedność w obliczu „tych, którzy sieją chaos”.
Premier Sébastien Lecornu ocenił z kolei, że niektóre środowiska chciałyby wykorzystać przemoc jako „rozgrzewkę” przed wyborami prezydenckimi. Zapewnił, że władze nie dadzą się zastraszyć.
Słowa szefa rządu wpisują sobotnie wydarzenia w szerszy kontekst francuskiego życia politycznego. Do wyborów prezydenckich pozostało kilka miesięcy, a protesty społeczne ponownie stają się jednym z istotnych punktów sporu we Francji.
Powrót żółtych kamizelek?
Sobotnia mobilizacja była przygotowywana od kilku tygodni. W mediach społecznościowych pojawiały się wezwania do wspólnych demonstracji różnych grup zawodowych i społecznych, których głównym postulatem miał być sprzeciw wobec rosnących kosztów życia.
Organizatorzy nawiązywali do ruchu żółtych kamizelek, który w latach 2018-2019 doprowadził do masowych protestów przeciwko polityce gospodarczej władz i obciążeniom finansowym ponoszonym przez obywateli. Także tym razem na ulicach spotkali się ludzie o różnym pochodzeniu społecznym i odmiennych motywacjach.
Obecna mobilizacja nabierała rozpędu w atmosferze niedawnych protestów licealistów. Jej uczestnicy próbowali połączyć postulaty młodzieży z szerszym niezadowoleniem dotyczącym siły nabywczej Francuzów.
Skala sobotnich manifestacji pozostaje przedmiotem rozbieżności: podczas gdy francuskie MSW mówi o około 550 tys. uczestników, organizacje związane z protestem podają liczbę 800 tys.
Niezależnie od różnicy w szacunkach demonstracje objęły wiele dużych miast, a ich część zakończyła się poważnymi zniszczeniami i starciami z policją.