
„Wasza przyszłość została anulowana” – głosi jeden z transparentów francuskich protestujących. Prof. Małgorzata Jacyno, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, widzi w tym haśle coś więcej niż gniew młodego pokolenia: kryzys klasy średniej, rozpad tradycyjnych podziałów politycznych i utratę wiary w przyszłość. „Francja bez szpitali, szkół i sprawnie działających instytucji przestaje być Francją” – ostrzega w rozmowie z Zero.pl.
Marcin Darmas, Zero.pl: Wykrakaliśmy! Podczas naszej ostatniej rozmowy przewidywaliśmy, że spadek siły nabywczej, wzrost cen paliw i zapowiadający się kryzys gospodarczy mogą doprowadzić do poważnych niepokojów społecznych we Francji. Na dziś zapowiadanych jest około 90 manifestacji w samym Paryżu. A do licealistów dołączają „żółte kamizelki”.
Prof. Małgorzata Jacyno, Wydział Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego: Widziałam informacje, że mobilizację ogłoszono w tysiącu miejscowości. A do protestów mają przyłączyć się także taksówkarze.
To ważne, ponieważ choć lewica przejęła polityczną reprezentację tych protestów, nie wiemy, czy wszyscy uczestnicy będą później głosować na lewicę. Obecna mobilizacja wymyka się tradycyjnym podziałom politycznym.
Mamy do czynienia z co najmniej dwoma pokoleniami. Podważona zostaje rozpowszechniona od lat interpretacja, według której młodzież jest zupełnie inna od swoich rodziców. We Francji ten protest przybiera wręcz postać komunikatu: „Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, zostaliście ostrzeżeni”.
Po raz pierwszy od mniej więcej pół wieku w Europie może krystalizować się nowy podział polityczny, oparty nie tyle na tożsamościach, ile na interesach grupowych i klasowych.
Dotychczas zarówno prawica, jak i lewica odwoływały się przecież do uznania tożsamości. Teraz na pierwszy plan wysuwają się kwestie materialne.
W naukach społecznych od dawna stawiamy pytanie, co jest ważniejsze: uznanie czy dystrybucja? Być może potrzebujemy jednego i drugiego, ale dotychczas obie strony sporu politycznego odwoływały się przede wszystkim do tożsamości.
Tymczasem procesy erozji i degradacji klasy średniej nabierają tempa. W tej sytuacji pojawia się zjawisko, które we Francji określa się mianem konwergencji: różne kategorie społeczne, mające odmienne doświadczenia i motywacje, zaczynają spotykać się wokół wspólnych problemów.
To pokazuje, że rozpada się tradycyjne pole polityczne. Coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie, kto właściwie kogo reprezentuje.
Zarówno do protestów licealistów, jak i do „żółtych kamizelek” próbuje się doczepić lider Nieuległej Francji, kandydat na prezydenta Francji, Jean-Luc Mélenchon.
Nie jestem pewna, czy lider Nieuległej Francji, Jean-Luc Mélenchon, zdoła utrzymać polityczną kontrolę nad tym protestem. W jego programie widzę również kilka elementów budzących niepokój.
Co dalej z zoo w Łącznej? Pracownicy wrócili, ministerstwo zabrało głos
Jean-Luc Mélenchon chce przejąć gniew młodych. Czy grozi Francji wojna domowa?
Które elementy ma pani na myśli?
Pierwszy to zapowiedź odwrócenia polityki cięć. Mélenchon odpowiedział na ostrzeżenia, że jego program zostanie zablokowany z powodu ogromnego zadłużenia Francji, deklarując, że pójdzie porozmawiać z rynkami i je uspokoi. To brzmi uwodzicielsko. Tylko gdzie są te rynki? To również Komisja Europejska i międzynarodowe instytucje finansowe.
Teoretycznie można anulować długi, jak proponuje Mélenchon, ale trzeba mieć również program inwestycyjny, podobny do tego, który realizował po wojnie Charles de Gaulle. Nie widzę dziś, nawet wśród kadr lewicy, polityków zdolnych rozpocząć z podobnym rozmachem szeroko zakrojony program inwestycji.
Druga kwestia to „kreolizacja” Francji, czyli projekt stworzenia nowej Francji. Co jednak stanie się ze starymi tożsamościami? Co oznacza postulat, by imigranci zamieszkiwali nie tylko wielkie miasta, lecz także prowincję? Jak ten proces ma wyglądać w praktyce?
Wreszcie trzecia sprawa: zapowiedzi protestów na wypadek zwycięstwa Marine Le Pen. To scenariusz, który może budzić obawy społeczeństwa. Nie mówimy już wówczas o konwergencji różnych walk społecznych, lecz o ryzyku wojny domowej.
Mam wrażenie, że Mélenchon uczynił z przemocy jeden z głównych punktów swojego programu politycznego. Wielokrotnie zapowiadał radykalną konfrontację, mówił o „bordelizacji”, czyli zakłócaniu obrad Zgromadzenia Narodowego oraz doprowadzaniu do ostrych konfliktów społecznych.
Mélenchon jest postacią dwuznaczną. Część wyborców przestała głosować na lewicę właśnie dlatego, że nie uważa go za jej autentycznego reprezentanta. To przecież polityk od dawna obecny we francuskim życiu politycznym. Przypominam, że popierał ultraliberalny traktat z Maastricht i był również ministrem edukacji w rządzie Lionela Jospina. Francuzi mają dobrą pamięć. Niektórzy chcieliby wymazać z niej wcześniejsze dokonania Mélenchona, ale jego polityczna przeszłość jest dobrze znana.
Zauważmy, że neoliberalizm wprowadzała do Francji również lewica. W latach 80. decydujący cios został wyprowadzony z lewej strony.
Socjalista François Mitterrand ostatecznie pogodził się z liberalizmem.
A nawet myśliciele kojarzeni z lewicową wrażliwością. Niedawno uczestniczyłam w konferencji z okazji setnej rocznicy urodzin Foucaulta. Warto przypomnieć, że nie był on po prostu krytykiem neoliberalizmu, jak czasami się go przedstawia. Był przede wszystkim jego analitykiem i interpretatorem, dostrzegającym w nim również pewne możliwości. Ta historia jest istotna dla zrozumienia obecnej retoryki Mélenchona.
Wróćmy do protestów.
Francja bez szpitali, szkół i sprawnie działających instytucji, w tym sprawiedliwych sądów, przestaje być Francją. Nie chodzi już tylko o pauperyzację, lecz o niszczenie architektury instytucjonalnej, dzięki której Francuzi mogli mówić o sobie jako o cywilizacji, a nie tylko o kulturze.
Dlatego nie dziwię się, że komentatorzy pytają, dlaczego protestujący niszczą szkoły, skoro jednocześnie domagają się ich dofinansowania. Z perspektywy protestujących ta szkoła już wcześniej została zniszczona.
Zastanawiam się jednak, czy nie przeceniamy owej konwergencji. „Żółte kamizelki” i młodzież to dwie odmienne kohorty pokoleniowe, a także różne tożsamości polityczne. „Żółte kamizelki” to ubożejąca klasa średnia, która staje się nowym proletariatem zwracającym się ku Marine Le Pen. Młodzi natomiast nie mają jeszcze w pełni ukształtowanej świadomości politycznej. Mélenchon próbuje pokolenie osiemnastolatków zmobilizować przed najbliższymi wyborami prezydenckimi.
Ale właśnie na tym polega konwergencja: różne pokolenia i kategorie społeczne spotykają się wokół wspólnych obaw.
Nawet studenci prestiżowych uczelni i szkół biznesowych wiedzą, że ich przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach. Sztuczna inteligencja, kryzys ekologiczny i brak surowców sprawiają, że nie mają zagwarantowanej przyszłości właściwej tradycyjnej klasie średniej.
Ktoś może odziedziczyć pięciopokojowe mieszkanie, ale przecież trzeba je utrzymać. Trzeba mieć pracę i pieniądze. Nie wszyscy mają nieruchomości, a wynajmowanie ich we Francji również nie jest prostym rozwiązaniem.
Bardzo przemawia do mnie jeden z transparentów, który pojawił się podczas protestów: „Wasza przyszłość została anulowana. Wracajcie do domu i czekajcie na instrukcję”.
Polki zakochują się w dużo młodszych mężczyznach na all inclusive. „Chcą po prostu czuć”
Dlaczego francuska klasa średnia traci poczucie bezpieczeństwa?
Przypomina mi się cytat z Księgi Koheleta: „Biada tobie, ziemio, której królem jest dziecię”. Czy nie jest jednak tak, że młodzi zaczynają bawić się w dorosłych? W przyśpieszony sposób dojrzewają?
Nie nazwałabym tego przyspieszonym dojrzewaniem młodych. To, co obserwujemy we Francji, rozwija się od lat 80., od czasu intensywnej deindustrializacji.
Protesty obejmują coraz szersze grupy społeczne. Kryzys najpierw dotknął niższe warstwy i część klasy średniej, a teraz niepokój obejmuje również klasę średnią wielkich miast. W każdym ruchu znajdą się ludzie, którzy chcą stać się nowymi elitami i budują kariery polityczne. Nie oznacza to jednak, że reprezentują całość protestujących.
Hasło o anulowanej przyszłości jest bardzo wymowne. Mamy do czynienia z doświadczeniem utraty przyszłości.
Francuska klasa polityczna ma szczególny sposób reagowania na kryzysy. Często gra na przeczekanie.
Przypomina mi się były premier Édouard Philippe, który w jednym z wystąpień kilkakrotnie powtarzał „ça passe” („to minie”), opowiadając o protestach towarzyszących kolejnym reformom. Polskim odpowiednikiem „ça passe” jest osławione „cóż szkodzi obiecać?”.
Ludzie protestowali i blokowali, ale władza czekała, aż wszystko minie. Wystarczy przeczekać protest, a później spróbować odblokować reformę. To trochę jak sztuczka Penelopy z „Odysei”, która nocą pruła to, co utkała za dnia.
Czy Mélenchon chce zmobilizować najmłodszych, którzy dotychczas niechętnie chodzili na wybory?
Być może, ale mobilizacja nie zawsze się udaje. Retoryka, która przyciąga jedną grupę, może odstraszać inną.
Widzieliśmy to choćby podczas polskiego Strajku Kobiet. Uczestniczyło w nim wiele kobiet spoza największych miast, ale kiedy protest został zdominowany przez określoną retorykę, część z nich się wycofała.
Podobnie może być we Francji. Retoryka wojny domowej nie jest tym samym, co retoryka walki klasowej. Może zmobilizować jednych, ale odstraszyć innych, szczególnie starszych wyborców, którzy chcą po prostu spokojnie przeżyć resztę życia.
Warto też przyjrzeć się konkretnym danym. Sprawdzałem wydatki Francji na edukację. Nie zmieniały się diametralnie od końca lat 80. i utrzymywały się w okolicach 7 proc. PKB. Jednocześnie wydatki na system emerytalny wzrosły z około 7 proc. do 14 proc. PKB. Wydatki pokazują wprost – społeczeństwo się starzeje…
Wydatki na edukację malały od czasów Nicolasa Sarkozy'ego. Trzeba również pamiętać, że emerytury są bardzo zróżnicowane. Kiedy mówimy o ich obniżaniu, musimy zapytać: czyich emerytur? Nie wszyscy otrzymują wysokie świadczenia. Jednocześnie liczba osób pobierających emerytury rośnie. Tutaj zgoda.
Rozumiem również rozgoryczenie związane z pogarszającą się sytuacją klasy średniej. Kiedyś kariera nauczycielska we Francji oznaczała ogromny prestiż i bezpieczeństwo. Zdobycie odpowiednich kwalifikacji wymagało zdania trudnych egzaminów, ale wynagrodzenie rekompensowało wysiłek.
Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. Wynagrodzenia nauczycieli straciły na atrakcyjności. To kolejny przykład tego, jak tradycyjna klasa średnia traci możliwości, które wcześniej były dla niej dostępne.
Niedawno ogłoszono również rozczarowujące wyniki badania PISA. I okazało się, że młodzi Francuzi mają coraz większe problemy z elementarnym czytaniem tekstu ze zrozumieniem.
Zgoda. Ale same wysokości wydatków na edukację nie mówią nam jednak, jak te pieniądze są wykorzystywane. Pamiętam sytuacje, w których wyposażenie szkolne kupowano po cenach wielokrotnie wyższych od rynkowych. Zwykła lampka trafiała do szkoły za kwotę znacznie wyższą od ceny sklepowej. To pokazuje problem niegospodarności, a być może również korupcji i defraudacji.
Kolejna sprawa to zlecanie międzynarodowym korporacjom zadań, które wcześniej wykonywali pracownicy ministerstw. Chodzi nie tylko o proste usługi, lecz również o przygotowywanie analiz, planów i reform.
Outsourcing obejmuje więc także pracę intelektualną administracji. Francuskie kadry urzędnicze tracą część zadań na rzecz zewnętrznych firm, a kontrakty dla takich podmiotów jak McKinsey oznaczają wydatki liczone w setkach milionów euro.
Dla absolwentów prestiżowych szkół administracyjnych, takich jak ENA, kariera w państwowych instytucjach była kiedyś niemal gwarantowana. Dzisiaj część tej pracy oddaje się na zewnątrz. W ten sposób państwo traci nie tylko pieniądze, lecz także kompetencje i możliwości samodzielnego działania.
Elity nie myślą o przyszłości
Uderzające jest również to, że współczesne transparenty bywają pełne błędów ortograficznych, w przeciwieństwie do haseł z maja 1968 r. To kolejny znak kryzysu edukacji i pogarszających się kompetencji językowych młodych Francuzów.
Problem nie ogranicza się do samego poziomu nauczania. Dotyczy także sposobu, w jaki państwo organizuje edukację, i jakości kadr, które mają ją zapewniać.
Od lat słyszymy w Europie, że należy ograniczać wydatki i równoważyć budżety. Tymczasem cięcia dotykają właśnie tych instytucji, z których Europejczycy byli dumni: szkół, szpitali, administracji publicznej i systemów zapewniających bezpieczeństwo socjalne.
Czyli tych instytucji, które miały sprawiać, że Europa jest czymś więcej niż tylko rynkiem.
Właśnie. Miały zapewniać pewien poziom cywilizowania życia społecznego. Jeżeli co trzeci Francuz ma problem z dostępem do lekarza, musimy zapytać, czemu te instytucje mają służyć. Są po to, by chronić człowieczeństwo, nawet jeśli nie działają idealnie.
Podobnie jest ze szkołą. Jeżeli spada poziom nauczania, a brakuje nauczycieli przedmiotowych, trudno oczekiwać, że edukacja będzie pełnić dotychczasową funkcję.
Kryzys dotyczy zatem nie tylko instytucji, lecz także jakości elit, które nimi zarządzają.
Zdecydowanie. Często słyszymy od polityków francuskich, niemieckich czy hiszpańskich: pojawił się problem, nie przewidzieliśmy go, nikt się tego nie spodziewał. To rodzaj terroru teraźniejszości – niezdolności do myślenia w dłuższej perspektywie.
Można też powiedzieć, że politycy prowadzą konsekwentną politykę, znów z francuska, „après nous, le déluge” – „po nas choćby potop”. Ktoś musi jednak ponosić konsekwencje tych decyzji.
Porównanie współczesnych elit francuskich z kadrami sprzed lat 80. wypada niekorzystnie. Dawne kadry były przygotowywane do myślenia o dobru wspólnym. Dzisiaj część elit aspiruje do pozycji ponadnarodowej, ale niekoniecznie oznacza to, że rzeczywiście rozumie świat poza własnym środowiskiem.
„Brak protestów nie oznacza zadowolenia”
Spróbujmy przełożyć tę diagnozę na polskie warunki. U nas również mamy inflację, spadek siły nabywczej i niepewność zatrudnienia. Bezrobocie nie jest na takim poziomie jak we Francji, ale niepokój ekonomiczny staje się coraz bardziej widoczny. Ile jeszcze wytrzyma człowiek pospolity w Polsce?
Jeśli chodzi o młodych ludzi, niepokój jest duży, przynajmniej w niektórych środowiskach. W 2023 r., podczas protestów studentów związanych z sytuacją akademików, udzieliłam wywiadu młodemu dziennikarzowi. Później dowiedziałam się, że materiał nie został wyemitowany, a dziennikarz stracił pracę.
Niedawno ta sama redakcja zwróciła się do mnie z prośbą o komentarz dotyczący protestów studentów i uczniów. Odpisałam, że proszę najpierw wyemitować poprzedni wywiad. Nie zmieniłam zdania od 2023 r.
To, że nie ma protestów, nie oznacza, że wszystkim wszystko się podoba. W przypadku Polski znaczenie mają również nasze położenie geograficzne i poczucie zagrożenia wojną, a także historia. Duża część mojego pokolenia uważa, że samo przynależenie do Zachodu jest wystarczające.
Wciąż działa przekonanie, że skoro jesteśmy częścią Zachodu, to jego dobrobyt i jakość rządzenia prędzej czy później staną się także naszym udziałem.
To rodzaj „filozofii skapywania”. Skoro rządzą nami zachodni, oświeceni przywódcy, część pomyślności wynikającej z dobrego zarządzania powinna również stać się naszym udziałem. Tymczasem słyszymy zapowiedzi, że trzeba modlić się o łagodną zimę, a problemy związane z bezpieczeństwem energetycznym pokazują niestabilność systemu.
Sama przynależność do Zachodu nie rozwiąże naszych problemów.
Młodzi ludzie mogą rzeczywiście dojrzewać szybciej, niż oczekiwaliśmy, ale dzieje się tak dlatego, że dorośli nie wykazują się odpowiedzialnością.
Dorośli próbują przede wszystkim spokojnie dociągnąć do emerytury, dostać się do think tanku, korporacji czy międzynarodowego banku. Inni chcą po prostu dożyć swoich dni, jeżdżąc na działkę kupioną w latach 70.
I właśnie w tym tkwi problem. Młodzi mają ponosić konsekwencje decyzji, na które nie mieli wpływu, a jednocześnie słyszą, że powinni cierpliwie czekać na swoją kolej. Tymczasem przyszłość nie jest już czymś, co można im po prostu obiecać.
Może Cię również zainteresować:

