Błędem pierworodnym minionej kampanii w Krakowie było postawienie na szerszej publiczności nieznaną kandydatkę na prezydenta. Choć Monika Piątkowska przez lata uchodziła za jedną z kluczowych dyrektorek w magistracie Jacka Majchrowskiego, pod Wawelem jej rozpoznawalność była znikoma. Przyznawała to zresztą sama kandydatka w wielu publicznych wystąpieniach.
Dokładna weryfikacja kandydatów
I choć wybór szyldu „niezależnej” wydawałby się wskazany, to jednak staż Moniki Piątkowskiej w czterech partiach (od SLD, przez Polskę 2050 i PSL, po PO) doszczętnie przekreślił jej próbę wykreowania się na apolitycznego włodarza miasta. Co więcej, pomiędzy pierwszą a drugą turą na jaw wyszły felietony senator Piątkowskiej pisane w 2015 r., w których bardzo ciepło wypowiadała się o Pawle Kukizie, a także w ostrych słowach krytykowała politykę Platformy Obywatelskiej oraz pogratulowała Andrzejowi Dudzie wygranej w wyborach prezydenckich.
Dodatkowo w kluczowym momencie kampanii wyszło na jaw, że Piątkowska nie mieszka w Krakowie – jak deklarowała w dokumentach złożonych w PKW oraz podczas konferencji prasowych – lecz na jednym z podwarszawskich osiedli. Zamiast próbować „utopić temat”, kandydatka wspierana przez samego premiera zaczęła go „podkręcać” i skarżyć się na hejt oraz prześladowanie jej dorosłego syna. Do samej ciszy wyborczej polityczka nie potrafiła jednak sensownie wytłumaczyć krakowianom, dlaczego powinni oddać głos na kandydatkę centrali.
Obnażyło to pierwszą lekcję, którą powinien odrobić Donald Tusk u progu kampanii: dokładna weryfikacja kadr. Tajemnicą poliszynela pozostaje nazwisko osoby, która zasugerowała Monikę Piątkowską premierowi. Szef rządu powinien dwa razy się zastanowić, czy osoba ta nadal powinna rekomendować mu jakiekolwiek kandydatury.
Odbudowa struktur po porażce
Osobną kwestią w Krakowie pozostaje słabość lokalnych struktur Koalicji Obywatelskiej, rozwiązanych po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego w krakowskim referendum. Miszalski, oprócz stołka w magistracie, został pozbawiony kierownictwa w lokalnej KO, choć niektórzy przekonują, że odwołany włodarz może z tylnego siedzenia wpływać na decyzje radnych miejskich KO, wrogo nastawionych do nowego lokatora przy pl. Wszystkich Świętych.
Donald Tusk podczas układania przyszłorocznych list będzie musiał uwzględnić interesy struktur lokalnych, a bez ich wyraźnego lidera (bądź liderki) będzie to zadanie karkołomne.
Sama krakowska Koalicja Obywatelska od lat ma problem z liderem – do tej pory „jedynkami” w okręgu były osoby importowane: Rafał Trzaskowski, Paweł Kowal czy Bartłomiej Sienkiewicz. Już teraz pojawiają się przypuszczenia, że start Moniki Piątkowskiej mógł być związany z kampanią parlamentarną i próbą przejęcia struktur.
Przed przyszłoroczną elekcją znów będą więc decydować wzajemne animozje, sprzeczne interesy, a także próby układania się z nowym prezydentem Krakowa Łukaszem Gibałą. Byłby to chichot historii, gdyby to akurat Gibała przeciągał na swoją stronę wieloletnich radnych KO. Dla niewtajemniczonych: blisko 20 lat temu Łukasz Gibała był liderem krakowskiej Platformy Obywatelskiej i próbował promować młodych działaczy na listach ogólnokrajowych. Próba odmłodzenia reprezentacji parlamentarnej zakończyła się dla niego fiaskiem i wkrótce pożegnał się z partią Donalda Tuska.
Zobacz również:
Profesjonalny sztab pracujący na pełnych obrotach
A właśnie tego zabrakło najbardziej kandydatce wspieranej przez Koalicję Obywatelską. Wydawało się, że Monika Piątkowska działa jak jednoosobowa działalność gospodarcza zarządzająca swoją kampanią. Nie dało się wyczuć ani autentyczności w jej przekazie, ani charyzmy lidera – której co prawda można nie mieć na początku drogi, ale da się ją wykreować w toku kampanii.
Oprócz tego współpracownicy pani senator mieli kiepskie rozeznanie medialne, nie potrafili sprawnie zarządzać autoryzacjami czy umówionymi wywiadami oraz nie doszli do porozumienia z ludźmi Łukasza Gibały, co poskutkowało brakiem telewizyjnej debaty przed 11 października. Próbą ratowania kulejącej komunikacji kampanii Piątkowskiej było zorganizowanie przez jej sztab na ostatnią chwilę „debaty” przy Wieży Ratuszowej na płycie Rynku Głównego.
Zarządzający wydarzeniem ludzie nie poradzili sobie jednak z podstawowymi kwestiami technicznymi, takimi jak poprawne nagłośnienie czy pilnowanie czasu wypowiedzi kandydatki. Pierwotnie zaplanowane na godzinę starcie z kontrkandydatem (który w tym samym czasie rozdawał ulotki na południu miasta) zakończyło się 18-minutową konferencją prasową połączoną z monologiem. Kandydatka – widząc fiasko koncepcji „rozmowy” – błyskawicznie uciekła ze Starego Miasta, tłumacząc to ograniczonym czasem i innymi aktywnościami przed ciszą wyborczą.
Aktywność w terenie
Obecności na ulicach Krakowa również za bardzo nie dało się dostrzec. Z niewiadomych przyczyn (choć zapewne finansowych) Kraków w tym sezonie politycznym nie był praktycznie obwieszony plakatami kandydatów. Większe banery Moniki Piątkowskiej widoczne były przy raptem kilku arteriach, jednak nie zostały na tyle dobrze wyeksponowane, aby przyciągać wzrok.
Podobnie wolontariusze ze sztabu Moniki Piątkowskiej byli w mieście niemal niewidoczni. Co prawda poszli oni sprawdzonym tropem i kolportowali ulotki oraz gazetkę wyborczą, ale nie dało się wyczuć zapału potrzebnego do przekonania niezdecydowanych krakowian. Tak jakby nie wierzyli w sukces swojej kandydatki i bali się wchodzić w dialog – w przeciwieństwie do deklarowanej przez samą kandydatkę gotowości do rozmowy.
Starą zasadą kampanijną jest „gryzienie gleby w terenie”. Trudno jednak to robić – a piszę to za samą kandydatką – żyjąc na dwa domy w dwóch różnych województwach. W pewnym momencie trzeba zdecydować się na jedną z lokalizacji, gdyż wyborcy nie premiują samego stania w rozkroku.
Próba narzucenia narracji
Ostatnia lekcja płynąca spod Wawelu to kwestia wykreowania opowieści – nie tylko o mieście, ale szerzej: o przyszłości. Zarówno Monika Piątkowska, jak i Łukasz Gibała nie pokusili się o nakreślenie planu na więcej niż dokończenie kadencji po Aleksandrze Miszalskim.
Zdecydowanie gorszą pozycję startową miała senatorka KO, gdyż dziedziczyła błędy swojego partyjnego kolegi. Nie skorzystała jednak z okazji, aby odwrócić negatywny trend wobec swojej formacji i zaproponować wyborcom wizję wychodzącą poza horyzont 2029 r.
Na ten moment wydaje się, że podobnej próby może nie podjąć sam Donald Tusk, a nadchodząca kampania przed wyborami parlamentarnymi nie będzie opowieścią o tym, „co będzie”, lecz o tym, „co by było, gdyby nasi oponenci przyszli do władzy”. Taka dychotomia nie podbije jednak serc wyborców. Chyba że startujący z krakowskich list okaże się politykiem z Warszawy.


