
Jest jak Wokulski, Mamdani czy bardziej Trump spod Wawelu? Jaka jest prawdziwa twarz Łukasza Gibały, który w niedzielę po raz czwarty zawalczy o krakowską prezydenturę? W rozmowie z Zero.pl lider „Krakowa dla Mieszkańców” odpowiada na zarzuty o deweloperskie powiązania i ujawnia, dlaczego jego rywalka woli debatować z nim w sądzie niż na Rynku Głównym.
Piotr Białczyk, Zero.pl: Kiedy w Krakowie będę mógł zapalić jointa na ulicy i pójść do domu publicznego? Bo jeszcze 15 lat temu zapowiadał pan wprowadzenie takich postulatów…
Łukasz Gibała, niezależny kandydat na prezydenta miasta Krakowa: Obawiam się, że nie będzie takiej możliwości. Będziemy raczej walczyć z klubami go-go i innymi takimi przybytkami, których w centrum miasta jest za dużo. Najgorszym zjawiskiem są nagabywacze. Ludzie, którzy zachęcają, aby do takich miejsc wstępować. Mamy pomysł, co zrobić, żeby był porządek, żeby Kraków nie stawał się drugim Bangkokiem. Są przepisy uchwały o parku kulturowym, które zakazują nagabywania. Tylko one są nieegzekwowane.
Zatem kim naprawdę jest Łukasz Gibała, który przeszedł od PO przez Palikota do bycia szefem „Krakowa dla Mieszkańców”, a teraz puszcza oko do prawicy?
A czy podział na lewicę i prawicę powinien mieć znaczenie z punktu widzenia kogoś, kto kandyduje na prezydenta miasta? Czy to nie jest tak, że prezydent miasta powinien być dobrym gospodarzem, powinien odpowiadać, żeby komunikacja sprawnie jeździła, żeby były wszędzie chodniki, bo w wielu miejscach brakuje chodników? Czy żeby np. zatrudniać w urzędzie miasta osoby kompetentne, z klucza merytorycznego, a nie z klucza partyjnego?
Jakie ma znaczenie, jakie poglądy ma prezydent miasta na aborcję, czy na legalizację marihuany, czy na inne kwestie światopoglądowe, skoro nie ma w tych sprawach żadnych kompetencji? Gdybym startował w wyborach parlamentarnych, gdybym chciał zostać prezydentem Polski, byłoby inaczej. Nie chcę. Startuję w wyborach na prezydenta Krakowa.
Ma znaczenie z punktu widzenia stawki tych wyborów – to wyborcy konserwatywni w dużej mierze zdecydują o nazwisku nowego prezydenta Krakowa. Stąd moje pytanie: czy pan wyzbywa się tych poglądów czy ich jedynie nie eksponuje?
Generalnie nie zamierzam udawać, że we wszystkim się z wyborcami prawicy zgadzam, również w kwestiach światopoglądowych. Są między nami pewne różnice, ale są nieistotne, bo istotne jest, aby obalić republikę kolesiów w Krakowie, żeby nie było takiego prezydenta, który pisze na czole osiem gwiazdek. Ważne, żeby przyszły prezydent Krakowa – nawet jeżeli nie zgadza się w wielu kwestiach z wyborcami konserwatywnymi – ich szanował.
Czyli nie sprawdza pan nerwowo profilu Małgorzaty Wassermann (PiS), która w poprzednich wyborach, tuż przed ciszą wyborczą, nieformalnie poparła kandydata PO?
Jestem spokojny co do pani poseł Wassermann, bo jestem przekonany, że ona zdaje sobie sprawę z tego, że wynik krakowskich wyborów może mieć wpływ na to, co się wydarzy za rok w wyborach parlamentarnych.
Nawet jeśli miałaby dalej do mnie jakieś zastrzeżenia, tak jak formułowała to dwa lata temu, tym razem nie zdecyduje się na realne poparcie kandydatki Koalicji Obywatelskiej.
IBRiS w jednym z ostatnich sondaży porównał pana do Stanisława Wokulskiego z „Lalki” Prusa, w roli Łęckiej występuje Kraków. Pan – podobnie jak bohater prozy Prusa – przepalił dla tego miasta kupę forsy, a na końcu i tak się srogo zawiedzie?
Jak się jest do czegoś mocno przekonanym i mocno w coś wierzy, to warto konsekwentnie ten cel realizować. Od dawna działam na rzecz Krakowa dla mieszkańców, nie dla polityków, nie dla partii politycznych, nie dla deweloperów, nie dla turystów, tylko po prostu dla mieszkańców.
Tak jak Wokulski mam obsesję: mam obsesję na punkcie Krakowa dla mieszkańców.
Inni porównują pana do burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego. A może pan jednak jest takim Donaldem Trumpem spod Wawelu? Człowiek elity, dobre liceum, zamożna familia, postać znana, a do tego w tle – co eksponują pana przeciwnicy – powiązania deweloperskie…
Powiązań deweloperskich nie mam, nigdy nie miałem, ale sam fakt, że właśnie pojawiają się tak sprzeczne porównania pokazuje, że to, co zrobiłem w Krakowie jest nieszablonowe. Udało mi się zbudować pewną wspólnotę, tożsamość, ponad podziałami partyjnymi. To jest nasza wielka siła.
Zagwarantuje pan zatem naszym czytelnikom, że po ewentualnej wygranej nie będzie pan faworyzował biznesów swojej rodziny, a także przyjaciół? I zapewni pan przede wszystkim pełną transparentność?
Jako radny nie postawiłem wyżej interesu żadnej firmy, w tym również firmy mojego brata, ojca czy kogokolwiek z mojej rodziny, powyżej interesu mieszkańców.
A jako prezydent na szczęście w ogóle nie będę mógł rozpatrywać jakichś spraw czy wniosków zgłoszonych przez firmy, które mają cokolwiek wspólnego z moją rodziną. Jest artykuł 26 kodeksu postępowania administracyjnego, który wyraźnie stanowi, że w takich przypadkach te sprawy muszą być rozpatrywane poza Krakowem. Paradoksalnie, radny nie ma takich ograniczeń.
W przeszłości ustał pan trzy porażki wyborcze, ta ostatnia była chyba mocno bolesna? Raptem pięć tysięcy głosów – tyle, ile kilka bloków w Nowej Hucie.
Nie będę ściemniał, wszyscy byliśmy zawiedzeni: ja, przyjaciele, współpracownicy. Ale się zmobilizowaliśmy. Jest zresztą powiedzenie jednego z niemieckich filozofów „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Generalnie każde kolejne niepowodzenie powodowało, że stawaliśmy się coraz silniejsi i w każdych kolejnych wyborach te wyniki były coraz lepsze.
A długo ta wewnętrzna, polityczna emigracja trwała po przegranej z Aleksandrem Miszalskim? To musiało zostawić jakiś ślad w psychice?
Zawód był spory. Nie ukrywam, że przez pierwsze tygodnie czy nawet miesiące gdzieś tam zastanawialiśmy się wszyscy, dlaczego tak się stało, gdzie popełniliśmy błędy, czy dało się osiągnąć lepszy wynik.
Ale potem z każdym kolejnym tygodniem widzieliśmy, jak arogancka stała się nowa władza, jak zachowuje się Aleksander Miszalski. Jak bardzo lekceważy mieszkańców miasta. Zaczęło narastać w nas przekonanie „jak nie my, to kto?”.
Myśli pan, że teraz coś podobnego przeżywa Aleksander Miszalski? Pewnie nie wszyscy mogą to wiedzieć, ale 20 lat temu byliście blisko, kreowaliście swoje kariery. Pan przez pewien czas był szefem lokalnej PO, Miszalski też ambitnie się piął po szczeblach…
Ta symetria jest chyba naciągana, bo rzeczywiście można powiedzieć, że ja w jakiś sposób mu pomogłem. Byłem posłem, szefem krakowskiej PO, a Miszalski aspirował do rady dzielnicy. Tym większy był mój zawód, kiedy potem okazało się, że jako poseł był takim reprezentantem bardzo nijakim, a już kompletnie nie poradził sobie w fotelu prezydenta.
Tak się czasami w życiu toczy, że pomagamy różnym ludziom, a potem okazuje się, że to była chybiona inwestycja.
To kim dziś dla pana jest Aleksander Miszalski? Zadzwoni pan do niego po 11 października i zapyta się o jakieś wnioski do zapowiadanego audytu urzędniczego w magistracie?
Wydaje mi się, że nie ma takiej potrzeby. Mieszkańcy wyrazili się jednoznacznie. Oczywiście to nie jest tak, że jak go spotkam na ulicy, to odwrócę głowę. Zawsze mogę z nim wymienić się różnymi uwagami, ale pytanie się go o zdanie, dopraszanie w jakimś sensie w ten sposób do współrządzenia, byłoby wbrew woli mieszkańców.
Czyli żadnej takiej próby nie będzie, nawet pytania „co poszło nie tak” w Krakowie?
Nie, ale jeśli wygram 11 października, to zaproszę na rozmowę wszystkich tych, którzy odpadli w pierwszej turze oraz Monikę Piątkowską. Warto ich wszystkich wysłuchać, bo mają realne poparcie. Powinniśmy porozmawiać o tym, co z ich programów będę w stanie, jeśli wygram wybory, zrealizować jako prezydent.
Nie rozmawialibyśmy dziś o tym wszystkim, gdyby nie człowiek, który rzucił hasło usunięcia Aleksandra Miszalskiego. Jan Hoffman, postać znana, inicjator referendum.
Zastanawiam się, po co panu była z nim ta ustawka: najpierw stowarzyszenie, któremu pan przewodniczy, wsparło akcję referendalną 2 mln zł i obaliło prezydenta miasta, potem Hoffman nagle ogłasza start w wyborach na prezydenta miasta i na finiszu rezygnuje, przekazując swoje głosy panu.
Janek jest człowiekiem bardzo ambitnym i pewnie liczył, że po sukcesie akcji referendalnej będzie miał wyższe wyniki w sondażach. Od początku go namawiałem na jednego, obywatelskiego kandydata. Mimo to wystartował, kolejne badania pokazywały coraz mniejsze szanse. Ostatecznie zdołał poskromić swoje ambicje i poprzeć kandydata o podobnym profilu, ale z większymi szansami. Takie rzeczy w polityce nie zdarzają się często.
Wydaje się, że w swoim narożniku trzyma pan go wyjątkowo blisko. W dwóch sprawach w trybie wyborczym reprezentował pański komitet.
Tak, bo ja go bardzo cenię, jest świetnym prawnikiem. Uważam, że dobrze byłoby, jakby takie osoby pracowały dla miasta.
Hoffman wiceprezydent?
Nie ma między nami żadnych ustaleń, ale chciałbym, żeby pracował dla miasta.
Ale bardziej jako wiceprezydent czy jako prawnik miasta?
Jest na to za wcześnie. Poczekajmy, bo najpierw trzeba wygrać wybory, a dopiero potem decydować o tym, kto będzie pełnił jaką funkcję.
Po wyborach trzeba będzie się zmierzyć z rzeczywistością, a wszystko wskazuje na to, że Rada Miasta nie będzie skora do współpracy. Bez tego żaden prezydent jakiegokolwiek miasta nie da rady skutecznie rządzić.
Sytuacja będzie bardzo trudna. Rada Miasta, w której będzie na samym początku dość trudno zbudować większość. Do tego fatalna sytuacja finansów miejskich i rząd, który nie wiemy, czy będzie chciał współpracować, czy nie. Mam nadzieję, że jednak będzie chciał, ale pewności nie mamy.
Na razie stan jest taki, że pańscy radni są w opozycji, a przykład z Warszawy pokazuje, że kohabitacja nie działa. Jak to ma działać pod Wawelem?
Pan już zakłada, że nie będziemy mogli mieć tej większości w Radzie Miasta. Tymczasem władze Nowej Lewicy w Krakowie ogłosiły, że one są otwarte na współpracę z każdym prezydentem. A sama Koalicja Obywatelska bez Nowej Lewicy większości w Radzie Miasta nie ma.
Patrzę też na pański obecny stan posiadania, ale ten majątkowy. Nikt do tej pory nie zauważył, że w oświadczeniu ma pan aż trzy miejsca parkingowe, a żadnego samochodu…
Każde to miejsce było przynależne jednemu z trzech mieszkań, które kupiłem, a następnie połączyłem w jedno duże. Na jednym z tych miejsc parkuje moja partnerka, z którą mieszkam. Na drugim parkuję ja wynajmowanym samochodem – Teslą. A trzecie miejsce jest w tym momencie puste. Jak goście przyjeżdżają, to go używamy, dlatego żadnego z tych trzech miejsc nie sprzedałem.
Elektryczna Tesla… to po co pan chce ograniczać tę Strefę Czystego Transportu jak pan wszędzie nią wjedzie, prawie na sam Rynek?
Bo dla mnie mój interes jest dużo mniej ważny od dobra mieszkańców, którzy są mniej zamożni, którzy jeżdżą samochodami spalinowymi starszymi, bo ich nie stać na kupno nowszych.
Kraków też nie jest zamożny, a ma w SCT interes – za pierwsze półrocze 2026 r. na czysto zarobił 19 mln zł. Jakiś wpływ to jest.
Miasto jest w fatalnej sytuacji finansowej i rzeczywiście potrzebuje dodatkowych wpływów. Ale zamiast zabierać je z kieszeni osób mniej zamożnych, posiadaczy starszych samochodów, ja bym zabrał je na przykład z kieszeni turystów, wprowadzając opłatę turystyczną w wysokości 20 złotych, a nie 5 zł, jak chce rząd.
Zobacz również:
W ostatnim wywiadzie deklarował pan, że zejdzie z deficytu na poziomie 1,15 mld zł do zera w dwa lata. Nie ma szans, że to uda się zrobić bez cięć. Której obietnicy wyborczej pan nie spełni?
Przy założeniu 20 zł opłaty turystycznej zamiast 5 zł pozyskamy 200 mln zł.
Proszę to od razu przez cztery podzielić – maksymalnie Kraków będzie miał z tego tytułu 50 mln zł i to tylko w momencie, jeśli prezydent Polski podpisze nowe prawo.
Bardzo mało. 300 milionów byśmy dostali na mocy ustawy metropolitalnej, jeśli będzie. Gdańsk taką ustawę dostał, Katowice mają, Kraków też powinien dostać. Pozostałe oszczędności trzeba wygenerować przez audyty i zwiększanie bazy podatkowej. Łatwo nie będzie. To jest plan maksimum. Nawet gdyby się udało połowę ograniczyć, ten deficyt to i tak uważam, że Krakowianie w jakimś sensie docenią.
Pan też chce ostro zredukować dług miasta, podobnie jak pańska rywalka. Naprawdę da się tym hasłem podbić serce Krakowian? Przecież wyborca zawsze chce usłyszeć, ile dostanie, a nie ewentualnie, ile mniej będzie mu zabrane…
Z punktu widzenia klasycznego marketingu politycznego moja strategia to samobójstwo: cały czas mówię o tym, że trzeba poszukać oszczędności. Jednak mówię też, że trzeba to zrobić w taki sposób, żeby nie uderzyć mieszkańców po kieszeniach. Liczę, że głosy przyniesie mi szczerość i otwartość w porównaniu z nieuczciwą hojnością mojej rywalki, która obiecuje raczej gruszki na wierzbie.
To może byście sobie państwo to wyjaśnili na debacie. Dlaczego jej nie będzie?
Dlatego, że Monika Piątkowska nie chce się na nią zgodzić.
Pani senator mówi, że to pan się nie chce zgodzić na jej propozycję. Finał jest taki, że mieszkańcy nie poznają waszych wizji…
Ja z panią Piątkowską nawet o debacie dyskutowałem w sieci i na koniec wymiany zdań złożyłem propozycję, do której ona się nie odniosła, czyli zrezygnowała z dalszego ustalenia stanowisk.
Ostatnią próbą – przy wszystkich rozbieżnościach – była nowa formuła: sami sobie wzajemnie zadawajmy pytania, bez żadnej pomocy w postaci telefonów, notatek. Dla sztabu pani Piątkowskiej z jakiegoś powodu był to warunek nieakceptowalny.
A może wam obojgu zależy na braku debaty i pokazaniu, że skoro Kraków jest taki inteligencki to sobie będzie debatował w sądzie w trybie wyborczym? I nawzajem będziecie się okładać pozwami?
Rzeczywiście tych pozwów jest dużo. Ubolewam nad tym, wolałbym, żebyśmy spierali się na debacie a nie w sądzie. Niestety mój komitet co chwilę wynajduje jakieś kłamstwa na mój temat. Mówią mi, że nie ma wyjścia i trzeba pozywać. Wolałbym, żeby takich sytuacji nie było. Wolałbym z Moniką Piątkowską na uczciwych warunkach debatować.
Zrobimy to zatem korespondencyjnie w portalu. Przed pierwszą turą stosował pan taki fortel wobec konkurentów „proszę powiedzieć coś miłego o swoim rywalu”. Zatem panie radny, proszę powiedzieć trzy miłe rzeczy o Monice Piątkowskiej.
Aż trzy? (śmiech).
Po pierwsze: jest na pewno bardzo zdeterminowana, aby wygrać te wybory. Po drugie: ma bogate doświadczenia w działalności w różnych organizacjach zarówno partyjnych, jak i niepartyjnych, biznesowych, politycznych – jest osobą doświadczoną. I po trzecie: ma dużą umiejętność przyciągania tutaj polityków warszawskich.
Ubolewam jedynie, że przyciąga ich po to, aby wpływali na wybory w Krakowie. Ale generalnie zdolność przekonywania warszawskich polityków do tego, aby zrobili taką czy inną rzecz dla naszego miasta jest pozytywna.
Wracając do poważnej polityki: nie traktuje pan tej krakowskiej dogrywki prezydenckiej jako wojny zastępczej z Koalicją Obywatelską? Donald Tusk pewnie nie może panu zapomnieć kary od PKW, którą zafundował pan partii w 2011 r.?
Obserwując ilu tu polityków warszawskich przyjeżdża, żeby wesprzeć moją kontrkandydatkę: Radosław Sikorski, Donald Tusk, Andrzej Domański, a także pani prezydent Gdańska, można odnieść wrażenie, że po drugiej stronie stoi cała wielka machina partyjna, a nie tylko jedna polityczka.
Czy to jest wynik osobistych urazów premiera Donalda Tuska? Nie wydaje mi się. To jest wynik tego, że Platforma walczy o drugie największe miasto w Polsce i nie chce go oddać politykowi niezależnemu. Nie sądzę, żeby premier był aż tak bardzo pamiętliwy, żeby chodziło o sprawy sprzed prawie dwudziestu lat.
To jak będą układały się wasze relacje jak pan wygra? Kto wykona pierwszy telefon?
Po pierwsze, nie chcę popadać w triumfalizm: nie wiem, czy wygram. Po drugie: tak, ja się będę próbował odezwać, chyba że premier mnie ubiegnie. Jest wiele spraw, które uważam, że dla dobra Krakowa trzeba poruszyć i spróbować załatwić.

