Od 1 września szkoły mają nowe zasady żywienia. Mniej cukru, mniej soli, więcej warzyw, produktów pełnoziarnistych i strączków. Raz w tygodniu pełnowartościowy obiad roślinny. Państwo z dużą uwagą pochyla się więc nad tym, co dziecko dostaje na talerzu w szkolnej stołówce. Czy to dobrze? Chyba tak.
Problem w tym, że gdy tylko to samo dziecko w ramach szkolnego wyjazdu lub prywatnie z rodzicami wyjedzie do zoo, aquaparku, centrum nauki albo innej atrakcji prowadzonej przez samorząd czy spółkę komunalną, spędzi tam kilka godzin i w końcu zgłodnieje. A wtedy powędruje do punktu gastronomicznego, w którym troska państwa oraz samorządu o jakość dziecięcego żywienia będzie nieobecna.
Czytaj również: Zakaz telefonów w szkołach to za mało. Problemem są media społecznościowe
Niedawno przekonał się o tym znany influencer kulinarny Książulo (Szymon Nyczke). Zainspirowany bardzo negatywnymi opiniami w internecie nt. punktów gastronomicznych we wrocławskim zoo postanowił osobiście ocenić jakość ich oferty. Wnioski z jego wizyty były bardzo krytyczne. W jego ocenie problemem była nie tylko cena, ale przede wszystkim jakość oferowanego jedzenia.
Wrocławskie zoo wyjaśniało później, że punkty gastronomiczne prowadzą zewnętrzni operatorzy, a miasto nie może ingerować w bieżące relacje spółki z konkretnymi najemcami. To prawdopodobnie poprawne wyjaśnienie formalne. Z perspektywy rodzica ma jednak niewielkie znaczenie. Bo odpowiedzialności za standard miejsca nie można całkowicie wyoutsourcować razem z prowadzeniem lokalu. Z perspektywy rodzica naprawdę niewielkie znaczenie ma to, czy kotlet podaje zoo, dzierżawca, poddzierżawca czy spółka założona przez kuzyna szwagra najemcy.
Warto przeczytać: Dziecko nie jest reklamą. Czy szkoła może publikować zdjęcia uczniów w internecie?
Rodzina 2+2, wchodząc do zoo, zostawia w kasie ponad 300 złotych. Weszła na teren miejskiej atrakcji i przy takich kosztach jest oczywiste, że będzie chciała spędzić tam co najmniej kilka godzin, jeśli nie większość dnia. Jeśli chce zjeść na miejscu, korzysta z oferty, która funkcjonuje za zgodą zarządcy tego obiektu.
Outsourcingu odpowiedzialności
Jako nauczyciel i rodzic w ostatnim roku odwiedziłem kilka ogrodów zoologicznych, centrów nauki, basenów i podobnych miejsc, w których z dziećmi spędza się po kilka godzin. I mam coraz silniejsze wrażenie, że gastronomia traktowana jest tam często jak zło konieczne albo okazja do rabunkowego drenowania rodzicielskich portfeli. Oczywiście nie idziemy do restauracji z gwiazdkami Michelin. Nikt nie oczekuje fine diningu, ekologicznej marchewki, którą przed podaniem ktoś przedstawi z imienia i opowie historię jej dzieciństwa. Przydałby się po prostu normalny obiad. Ugotowany, a nie odgrzany. Jeżeli kupuję coś ciepłego, co w menu figuruje jako danie mięsne, dobrze byłoby nie zastanawiać się przy pierwszym kęsie, czy razem z psem zmielono również budę.
Klient uwięziony
W zwykłej gastronomii działa bardzo prosty mechanizm. Restauracja podaje kiepskie jedzenie? Następnym razem idziemy do innej. Bar przesadza z ceną? Sto metrów dalej jest konkurencja. W parku rozrywki czy na basenie ten mechanizm działa znacznie gorzej. Co z tego, że opinie są negatywne? Rodzina zapłaciła już za bilety. Jest z dziećmi. Znajduje się w połowie wielogodzinnego zwiedzania. Nie będzie wychodzić z obiektu, przejeżdżać przez pół miasta, jeść obiadu, a potem wracać (i znów płacić za bilet…). Do tego zoo wracamy być może raz na rok. Albo raz na kilka lat. Prowadzącemu restaurację nie tylko nie zależy na naszej opinii. Nie zależy mu też na tym, czy wrócimy. To specyficzny model rynku: klient pojawia się rzadko, ma ograniczony wybór i jest w pewnym sensie uwięziony przez lokalizację.
Podobny mechanizm znamy z kin. Wszyscy przyzwyczailiśmy się już, że za kubełek popcornu i napój można zapłacić kwotę, za którą w normalnym świecie człowiek spodziewałby się obiadu z deserem. Tyle że kino jest prywatnym biznesem. I ten popcorn jest smaczny. Mnie w każdym razie bardziej interesują miejsca prowadzone przez państwo, samorządy i należące do nich spółki. Bo tam można chyba oczekiwać nieco więcej niż maksymalizacji czynszu od najemcy.
Minimum, które naprawdę powinno być standardem
Jest jednak pewna rzecz, przy której byłbym skłonny pójść dalej niż tylko apelować o przyzwoitość gastronomii. W miejscach, które przyjmują dzieci i młodzież na dłużej niż dwie godziny, powinna być dostępna bezpłatna woda pitna. Nie butelka za osiem czy dziesięć złotych. Nie obowiązek kupienia zestawu w barze. Zwykła woda z dystrybutora, poidełka albo kranu przeznaczonego do napełnienia bidonu.
Sprawdź również: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
Jeżeli państwo i samorządy rzeczywiście chcą mówić o zdrowym żywieniu dzieci, trudno znaleźć prostszy i bardziej sensowny standard. Zwłaszcza że problem nie kończy się na jakości obiadu. W takich miejscach bardzo łatwo znaleźć słodycze, słone przekąski i słodzone napoje. To produkty tanie w magazynowaniu, łatwe w sprzedaży i mające świetną marżę. Dziecko po kilku godzinach zwiedzania albo pływania jest zmęczone i spragnione, więc wybór między wodą za kilka złotych a kolorowym napojem wcale nie jest już neutralną decyzją konsumencką.
Jeżeli w szkolnej stołówce z aptekarską dokładnością regulujemy cukier, sól i skład posiłku, to trochę osobliwe, że kilkaset metrów dalej, w miejskim zoo czy na miejskim basenie, cała filozofia zdrowego żywienia może sprowadzać się do tego, co najlepiej sprzedaje się z automatu. Nie twierdzę, że trzeba zakazać dzieciom lodów, coli czy batonika. Sam czasem (a może nawet niestety i częściej) je kupuję. Chodzi o proporcje.
Czytaj też: Lubnauer: Nie twierdzę, że w trzy lata rozwiązaliśmy wszystkie problemy edukacji
Woda powinna być zawsze łatwo dostępna i darmowa. Normalny posiłek powinien być możliwy do kupienia. A słodycze i słodkie napoje nie powinny być jedyną atrakcyjną cenowo ofertą. I właśnie tego rodzaju minimum można sensownie wymagać od instytucji publicznych oraz spółek komunalnych.
Zdrowie kończy się za bramą szkoły
Samorządowcy bardzo lubią fotografować się przy szkolnych inwestycjach. Nowa kuchnia, wyremontowana stołówka, nowoczesny piec, dystrybutor wody, zdrowe posiłki. Wróciła moda na gospodarskie „z wizytą u was” – rodem z czasów słusznie minionych. Na zdjęciu prezydent miasta, burmistrz, dyrektor i jeszcze do niedawna (zanim nie zaczęto dyskutować o ochronie wizerunku małoletnich) obowiązkowo kilkoro uśmiechniętych dzieci.
Potem te same dzieci jadą na miejski basen, do miejskiego zoo albo do miejskiej hali sportowej i okazuje się, że tam już nikt nie czuje się szczególnie odpowiedzialny za to, co można kupić do jedzenia. Bo przecież lokal prowadzi prywatny przedsiębiorca. A kto tego przedsiębiorcę tam wpuścił? Kto ustalił warunki najmu? Kto zdecydował, że właśnie taki zakres gastronomii będzie dostępny? Kto nie zawarł w warunkach konkursu wymogów, jakie zawrzeć mógł? Oczywiście miasto nie ma ustalać receptury sosu czosnkowego ani zatwierdzać gramatury frytek. Ale między ubezwłasnowolnieniem kucharza przez prezydenta miasta a całkowitym umywaniem rąk jest sporo miejsca na rozsądne działanie.
Można przecież wymagać określonego standardu, minimalnego zakresu oferty, dostępności pełnowartościowego posiłku i darmowej wody. I można to później kontrolować i brać pod uwagę przy ewentualnej dyskusji nad przedłużeniem umowy.
Nie potrzebujemy rozporządzenia o hot dogu
Nie chciałbym, żeby po tym tekście ktoś wpadł na pomysł napisania kolejnego rozporządzenia.
„Hot dog oferowany na terenie jednostki samorządu terytorialnego powinien zawierać co najmniej 88,5 procent mięsa, a średnica parówki nie może przekraczać…” Nie. Takiej nadregulacji mamy już pod dostatkiem.
Czytaj także: PiS składa wniosek do TK ws. edukacji zdrowotnej. Chce zablokować przepisy
Ważne, byśmy zaczęli patrzeć politykom, również tym samorządowym, na ręce. A nie tylko na ich Facebooka czy Instagrama. Jeżeli państwo uznaje, że jakość żywienia dzieci w szkole jest sprawą publiczną, to nie bardzo rozumiem, dlaczego przestaje nią być pięć minut po wyjściu ucznia ze szkolnego budynku. Szczególnie gdy za chwilę wchodzi do innego obiektu należącego do tego samego miasta.
Dziwnie wygląda polityka, w której samorząd z aptekarską dokładnością pilnuje ilości cukru w szkolnym kompocie, a kilkaset metrów dalej przestaje się interesować tym, co ten sam uczeń kupi na terenie miejskiego zoo czy basenu.
Państwo nie musi zaglądać obywatelowi do talerza. Ale jeśli już chce decydować o tym, co dziecko powinno jeść, powinno przynajmniej pamiętać, że zdrowie nie kończy się za bramą szkoły.


