Kilka dni temu w Stanach Zjednoczonych Meta zawarła wielomiliardową ugodę z prokuratorami stanowymi. Sprawa dotyczyła m.in. zarzutów, że Facebook i Instagram były projektowane w sposób sprzyjający nadmiernemu zaangażowaniu młodych użytkowników, a mechanizmy ochrony dzieci były niewystarczające.
W ramach ugody firma zgodziła się m.in. na domyślne limity czasu, nocne blokady, ograniczenia powiadomień w godzinach szkolnych, silniejsze mechanizmy ustalania wieku i dodatkową kontrolę nad kontami nastolatków.
Można oczywiście powiedzieć: Ameryka jest daleko. Tylko że problem jest dokładnie ten sam, z którym właśnie próbujemy radzić sobie w polskich szkołach. Od nowego roku szkolnego mocniej ograniczamy korzystanie z telefonów przez uczniów. Sam uważam, że taki kierunek jest potrzebny, choć będzie trudny do zrealizowania. Pisałem o tym już wcześniej.
Coraz częściej zadaję sobie jednak inne pytanie: dlaczego w ogóle doszliśmy do momentu, w którym musimy zabraniać dzieciom telefonów w szkole? Być może dlatego, że wcześniej przegraliśmy (oddaliśmy walkowerem?) znacznie ważniejszą bitwę. Nie potrafiliśmy skutecznie uregulować tego, co znajduje się po drugiej stronie ekranu.
Czytaj także: Dziecko nie jest reklamą. Czy szkoła może publikować zdjęcia uczniów w internecie?
Kto naprawdę ustala zasady cyfrowego dzieciństwa?
Przyszłość cyfrowa dzieci i młodzieży to jeden z najtrudniejszych problemów wychowawczych naszych czasów. Najgorsze jest jednak to, że przez wiele lat wcale nie pozostawała nieuregulowana. Regulował ją ktoś inny. Właściciele komunikatorów, platform społecznościowych i serwisów z krótkimi filmami. To oni decydowali, kiedy pojawi się powiadomienie, ile kolejnych materiałów zobaczy dziecko, jak łatwo będzie przejść od jednego filmu do następnego, jakie treści podsunie algorytm i ile przeszkód trzeba pokonać, żeby założyć konto mimo niespełnienia wymaganego wieku.
Te zasady już istniały. Tyle że nie ustanawiało ich państwo ani rodzice, lecz firmy technologiczne. Były projektowane przede wszystkim pod interes przedsiębiorstwa, a ten jest prosty: użytkownik ma zostać jak najdłużej. Nie musi być szczęśliwszy, zdrowszy ani lepiej się uczyć. Ma zostać.
Rodzic teoretycznie wszystko może
Cztery miesiące temu brałem udział w konsultacjach „Cyfrowa Przyszłość Młodzieży” w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Obecni eksperci i przedstawiciele różnych środowisk na wypowiedzi mieli po dwie minuty. Miałem przygotowane wystąpienie, ale gdy inni większość moich racji już przypomnieli, przedstawiłem swoje stanowisko nie jako eksperta, ale rodzica, ojca dwóch synów. Zwróciłem wtedy uwagę na rzecz kluczową: współczesne platformy cyfrowe ograniczają w praktyce możliwość wykonywania władzy rodzicielskiej!
Jeżeli widzę, że jakiś kolega ma na moje dziecko zły wpływ, mogę nie pozwolić mu na wspólną zabawę. Mogę ograniczyć spotkania albo moderować ich przebieg.
W świecie cyfrowym sprawa wygląda zupełnie inaczej. Kontakt może odbywać się cały czas. W telefonie, komunikatorze, grze, serwisie społecznościowym. Nawet jeśli wiem, że moje rozpoczynające podstawówkę dziecko założyło konto w medium społecznościowym, którego regulamin formalnie wymaga znacznie wyższego wieku, nie mam prostego, szybkiego i skutecznego mechanizmu, dzięki któremu jako rodzic mógłbym wymusić na platformie natychmiastowe zamknięcie takiego konta.
Sprawdź również: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
Odpowiedzialność została więc zrzucona na mnie: „Nie dawaj dziecku telefonu”, „Pilnuj”, „Załóż blokadę rodzicielską”. Łatwo powiedzieć. Nie każda rodzina wygląda jak obrazek z reklamy banku. Są rodzice samotnie wychowujący kilkoro dzieci. Są rodziny wielodzietne. Są ludzie chorzy, przemęczeni, przeżywający kryzys, depresję czy zwyczajnie gorszy okres.
Państwo nie może budować systemu bezpieczeństwa dzieci na założeniu, że każdy rodzic przez 24 godziny na dobę będzie idealnym administratorem domowej sieci komputerowej. Nie może być tak, że kwadrans nieuwagi dorosłego wystarczy, żeby nawet kilkulatek zrobił w sieci coś, czego konsekwencji nie da się później odwrócić. A smartfon właśnie na to pozwala.
W szkole jest jeszcze gorzej. Telefon pozwala przenieść część życia uczniów poza pole widzenia dorosłych. Konflikt może trwać równolegle na lekcji i na klasowym czacie. Zdjęcie można zrobić w kilka sekund, nagranie wysłać jeszcze szybciej. Ośmieszenie kolegi nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem. Może trwać całą noc. Dlatego szkolne ograniczenia dotyczące telefonów mają sens.
Czytaj także: Lubnauer: Nie twierdzę, że w trzy lata rozwiązaliśmy wszystkie problemy edukacji
Warto jednak uczciwie powiedzieć: są one również wyrazem naszej bezradności. Państwo nie potrafiło skutecznie narzucić reguł platformom, więc narzuca reguły dzieciom.
Nie potrafimy dobrze egzekwować ograniczeń wieku
Nie potrafimy sprawić, żeby rodzic miał realną kontrolę nad kontem własnego małoletniego dziecka. Nie potrafimy wymusić projektowania serwisów w taki sposób, by dobro dziecka było ważniejsze niż maksymalizacja czasu spędzonego przed ekranem. Więc kiedy uczeń przychodzi do szkoły, robimy rzecz, która pozostaje w naszym zasięgu. Każemy mu schować telefon. Nie powinniśmy jednak mieć kompleksów. To, co nam się nie udaje, nie udawało się też Amerykanom. Do czasu.
Podczas kwietniowych konsultacji w KPRM w rozmowach kuluarowych kilka razy usłyszałem, że znacznie dalej idące regulowanie mediów społecznościowych będzie niezwykle trudne. Między innymi ze względu na polityczną i gospodarczą siłę amerykańskich koncernów technologicznych i ich lobbingu, również realizowanego przez wysoko postawionych polityków.

Dziś przypominam sobie to z uśmiechem na twarzy. Co za ironia, że właśnie w Stanach Zjednoczonych coś zaczęło się zmieniać. Nie dlatego, że nagle wszyscy politycy osiągnęli ponadpartyjne porozumienie w sprawie cyfrowego dzieciństwa. W dużej mierze dlatego, że pojawiły się procesy, prokuratorzy stanowi i ryzyko gigantycznej odpowiedzialności finansowej.
Meta zgodziła się m.in. na domyślny dwugodzinny limit korzystania przez nastolatków z Facebooka i Instagrama, nocne ograniczenia, wyciszenie części powiadomień w godzinach szkolnych oraz silniejsze mechanizmy dotyczące wieku użytkowników.
Oczywiście to nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie mamy nagle idealnego systemu weryfikacji wieku. Nie znikają algorytmy ani model biznesowy oparty na uwadze.
Ale po raz pierwszy ciężar odpowiedzialności zaczyna przesuwać się choć trochę z rodzica i dziecka na firmę, która ten produkt stworzyła i przez lata projektowała go tak, by maksymalizować zaangażowanie użytkowników. I bardzo dobrze. Bo przez lata układ był dość osobliwy. Model działania tych platform był projektowany tak, by użytkownik chciał korzystać z nich jak najdłużej. A potem odpowiedzialność za ograniczenie tego czasu w dużej mierze przerzucano na rodziców: pilnujcie dzieci lepiej.
Nie regulujmy tylko dziecka
Nie jestem przeciwnikiem zakazu telefonów w szkołach. Przeciwnie. Uważam, że szkoła ma prawo stworzyć przestrzeń, w której uczeń przez kilka godzin nie żyje równocześnie w klasie i w świecie powiadomień, rolek, komunikatorów oraz czatów. Ale nie powinniśmy mylić tego z rozwiązaniem problemu.
Czytaj także: PiS składa wniosek do TK ws. edukacji zdrowotnej. Chce zablokować przepisy
Zakaz telefonu w szkole jest tylko barierą ustawioną w miejscu, do którego państwo jeszcze sięga. Prawdziwy problem znajduje się gdzie indziej. Przez lata pozwoliliśmy, aby cyfrową przestrzeń dzieci regulowały przede wszystkim firmy, które na obecności tych dzieci zarabiają. I dlatego dyskusja o cyfrowej przyszłości młodzieży nie może kończyć się na pytaniu: „czy zabrać telefon uczniowi?”. Trzeba zadać również trudniejsze pytanie: jakie obowiązki powinien mieć ten, kto sprawił, że odłożenie tego telefonu stało się tak trudne? Bo dopóki państwo potrafi skuteczniej postawić granicę dziesięciolatkowi niż firmie wartej setki miliardów dolarów, dopóty zajmujemy się przede wszystkim skutkiem, a nie przyczyną.


