Reklama
Kraj

Zoo w Łącznej. Panie prokuratorze, poproszę adres lemura

Nie wiem, czy w zoo w Łącznej krzywdzono zwierzęta. Być może – podkreślam: być może – interwencja była konieczna. Ale nawet wtedy chciałbym wiedzieć, dokąd zabrano zwierzęta i kto będzie pilnował, żeby rzeczywiście miały lepiej. Bo informacja, że zajęły się nimi fundacje, to dla mnie początek pytań, a nie szczęśliwe zakończenie.

Patryk Słowik
Opinia autorstwa: Patryk Słowik
Dzisiaj 09:48
6 min
Prywatne Zoo Łączna w Mieroszowie. (fot. Maciej Kulczyński / PAP)

Czytam i oglądam o akcji w zoo w Łącznej i nawet przyjmując optykę policji, że zwierzęta były niewłaściwie traktowane (nie mam pojęcia, czy tak było) – czy naprawdę procedura wygląda tak, że ludzie formalnie niezwiązani z państwowymi służbami sobie wchodzą pod eskortą policji do zoo, jeden ładuje cztery lemury do samochodu na meble, drugi pakuje tygrysa na pakę Żuka, trzeci zgarnia trzy małpy na rower i wywożą nie wiadomo gdzie?

Żuk i rower to oczywiście złośliwość. Ale naprawdę chciałbym zrozumieć, jak to działa. Kto może przyjechać po zwierzę? Kto go sprawdził? Kto zdecydował, że właśnie jemu należy je powierzyć?

I co właściwie ma się wydarzyć, żebyśmy uznali, że akcja się udała? Zwierzę ma żyć w lepszych warunkach czy wystarczy, że zmieni adres?

Komu dajemy zwierzęta?

We wtorek do zoo w Łącznej weszły policja i prokuratura. Zatrzymano pięć osób. Po południu rzecznik prokuratury informował, że zarzutów jeszcze nikomu nie przedstawiono. Prokurator z jednej strony mówił o zagrożeniu dla zwierząt, z drugiej o tym, że nikt zoo nie planuje zamykać. Zapadła natomiast decyzja o przewiezieniu części zwierząt do innych placówek. W akcji uczestniczyli przedstawiciele tzw. organizacji prozwierzęcych.

Wiem, że są zastrzeżenia wobec zoo. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska poinformowała o postępowaniu w sprawie cofnięcia zezwolenia i nieprawidłowościach dotyczących m.in. warunków utrzymywania części gatunków oraz dokumentacji. Właściciel odpiera zarzuty. Mówi, że przechodził wymagane prawem kontrole. Jeśli zaś są uchybienia, to – w jego ocenie – raczej formalne niż dotyczące dobrostanu zwierząt.

Reklama
Reklama

Równocześnie w internecie można znaleźć informacje, że przedstawiciele niektórych organizacji „dzielili się” już zwierzętami, zanim w ogóle służby weszły do zoo.

Nie będę teraz rozstrzygał, kto ma rację. Nie znam akt, o sprawie dowiedziałem się kilkanaście godzin temu. W internecie jest już wystarczająco dużo zoologów po trzyminutowym kursie na Instagramie.

Przyjmijmy więc nawet, że służby mają rację. Przyjmijmy przez chwilę, że zwierzętom dzieje się krzywda, trzeba je zabrać. Dobrze, zabierajmy. Ale teraz trudne pytanie: komu je dajemy?

Pan jest z fundacji. I pani też

Policja zapewnia, że w Łącznej działa na podstawie postanowienia prokuratora, a weterynarze i inspekcja weterynaryjna sprawdzają transport oraz miejsca docelowe w Polsce i za granicą. Tyle że chciałbym móc dowiedzieć się czegoś więcej. Jakie zwierzęta, które placówki, jakie warunki, kto odpowiada za dalszą opiekę. Przecież nie występujemy o kody do polskich rakiet. Pytamy o nowy adres zamieszkania lemura. I skoro zoo nie zostanie zamknięte, czy odebrane zwierzęta wrócą, gdy właściciel poprawi to, co poprawić powinien?

Stwierdzenie prokuratury, że zwierzęta trafią „do innych podmiotów”, nic mi nie mówi. Konkretnie: gdzie? Czy wybiegi będą większe, jedzenia więcej, opieka weterynaryjna lepsza? A przede wszystkim – kto to sprawdzi? Bo chyba chodzi o to, żeby zwierzakom było lepiej, prawda?

Reklama
Reklama

Gdy zaś patrzę na działalność niektórych organizacji prozwierzęcych, wcale nie mam przekonania, że właśnie o to chodzi.

Ale znów: przyjmijmy, że wszyscy kierują się dobrą wolą i ja jestem zbyt nieufny. Jeśli ludzie z fundacji mają wiedzę, doświadczenie i wykonują świetną robotę, tym łatwiej przyjdzie im pokazanie, że mają odpowiednie warunki. Nie rozumiem, dlaczego miałoby kogokolwiek obrażać sprawdzenie, czy potrafi zająć się tygrysem, zanim dostanie tygrysa.

Proszę nie przeszkadzać, trwa czynienie dobra

Sprawa w Łącznej bulwersuje opinię publiczną, ale warto podejść do tematu szerzej. Prawo pozwala upoważnionemu przedstawicielowi organizacji społecznej odebrać zwierzę w pilnej sytuacji, gdy pozostawienie go u właściciela zagraża jego życiu lub zdrowiu. Potem trzeba niezwłocznie zawiadomić wójta, burmistrza albo prezydenta miasta, żeby podjął decyzję w sprawie odebrania.

Nawet trochę rozumiem potrzebę istnienia takiego przepisu. Pies nie może umierać w oczekiwaniu na urzędniczy glejt. Ale skoro pozwalamy prywatnej organizacji wkroczyć i zabrać komuś zwierzę przed decyzją urzędu, powinniśmy bardzo uważnie patrzeć jej na ręce. Szczególnie jeśli organizacja, która zabiega o odebranie zwierzęcia, później sama ma się nim zająć. Chciałbym, żeby ktoś niezależny sprawdził obie strony. Właściciela i przyszłego opiekuna. Bez zakładania, że jeden musi być zły, a drugi dostał certyfikat przyzwoitości razem z wpisem do KRS.

Reklama
Reklama

A jak polskie państwo sprawdza – widzieliśmy w ostatnich miesiącach. Kanał Zero przygotował wiele materiałów na temat patologii w tzw. organizacjach prozwierzęcych, choćby w DIOZ.

Chcę znać adresy tygrysa i lemura

Najbardziej drażni mnie możliwość zakończenia całej sprawy w momencie, w którym zwierzę wyjeżdża. Brama się zamknie, radiowóz wróci pod komendę i wszyscy zajmiemy się następną aferą. Tyle że dla tego zwierzęcia dopiero zaczyna się nowa sytuacja. I dopiero sprawdzenie warunków pozwoli ustalić, czy lepsza.

Ktoś powinien pojechać do nowego miejsca i sprawdzić, jak zwierzę żyje. Zajrzeć do dokumentacji leczenia. Ustalić, czy nie zostało znowu przekazane dalej. Także wtedy, gdy trafiło za granicę.

Reklama
Reklama

Zakładam, że nie jest to skomplikowane. Skoro gdy zamawiam ładowarkę za 30 zł, mogę sprawdzić, przez jakie sortownie przejechała, ustalenie, co się dzieje z tygrysem odebranym z udziałem prokuratury, powinno być banalnie proste.

Powtórzę się: jeżeli w Łącznej znęcano się nad zwierzętami, sprawców trzeba rozliczyć. A jeżeli przedstawiciele kilku organizacji postanowili bez podstaw przejąć zwierzaki, rozliczyć trzeba przedstawicieli tych organizacji. W tym ostatnim wariancie pewnie też rozliczyć należałoby prokuratora, bo nie może być tak, że niszczy czyjś życiowy projekt.

Tymczasem mam wrażenie, że zaraz sprawa ucichnie i o losie zabranych zwierząt już nigdy się nie dowiemy.

A ja – wymyśliłem, że takie będę miał hobby – za miesiąc poproszę prokuraturę i inspekcję weterynaryjną o informację, gdzie zwierzęta są, w jakim stanie i kto je kontroluje.
Bo wiecie, na razie wszyscy w tej dyskusji głośno mówią: właściciel, służby, przedstawiciele organizacji, media. Tylko lemur z tygrysem siedzą cicho.

Reklama
Reklama