Reklama
Świat

25 lat od zamachów z 11 września: wszystkie teorie spiskowe. Czy na pewno spiskowe?

To już 25 lat od momentu, w którym dwa samoloty uderzyły w dwie wieże, z czego trzy się zawaliły. Podjąłem próbę zestawienia wszystkich „teorii spiskowych” dotyczących tego wydarzenia i opisu okoliczności, które niespecjalnie chcą zgadzać się z oficjalną wersją. Po ćwierć wieku nie wiadomo już, która wersja prawdy o tych wydarzeniach jest bardziej spiskowa.

Tymon Grabowski
Opinia autorstwa: Tymon Grabowski
Dzisiaj 06:00
18 min
Tak też mogło być. Jeśli kogoś nie było na miejscu, pozostaje mu wierzyć w przekaz telewizyjny. (fot. Pixabay.com - Geralt)
TYLKO NA
  • 11 września 2001 r. doszło do największego ataku terrorystycznego w historii. Dwa samoloty pasażerskie uderzyły w wieże World Trade Center. Zginęło 2996 osób.
  • Atak sparaliżował Stany Zjednoczone na dłuższy czas, ale wywołał też poczucie narodowego zjednoczenia przeciw wspólnemu wrogowi, którym mieli być arabscy terroryści, Al-Kaida i jej przywódca Osama Bin Laden.
  • Właściwie od razu po zamachu pojawiły się liczne wątpliwości i dziury w oficjalnej narracji, a później wyrosły wokół nich tzw. teorie spiskowe, przypisujące częściową odpowiedzialność za atak amerykańskim służbom specjalnym. 

Już kilka lat temu, z okazji 20. rocznicy zamachów z 11 września, zacząłem się zastanawiać nad sensem wyrażenia „teoria spiskowa” w odniesieniu do tego zdarzenia. Przecież ze spiskiem mamy do czynienia niezależnie od tego, czy wierzymy w wersję oficjalną, czy też poddajemy ją w wątpliwość. W pierwszym wariancie spisek ma postać grupy bardzo złych arabskich terrorystów, którzy konstruują skomplikowany plan porwania wielu samolotów, a następnie sami giną w atakach, rozbijając te samoloty na amerykańskiej ziemi. Brzmi jak idealna okazja na wykreowanie narodowego wroga.

W drugim wariancie – amerykańskie służby nie tylko wiedziały o planowanym ataku, ale wręcz same go inspirowały, bo ostateczne planowane korzyści przekraczały straty w ludziach, czyli to rząd amerykański jest terrorystą, a cała operacja to tzw. „fałszywa flaga”. Jednak poddawanie w wątpliwość wersji oficjalnej powoduje, że nazywają cię „szurem”. Przy tej okazji warto przypomnieć, że w wersji oficjalnej to Polacy zaatakowali radiostację w Gliwicach w 1939 r. 

Czytaj też: Problem Naviera-Stokesa rozwiązany? Dragan o sporze OpenAI i Anthropic

Reklama
Reklama

Od początku coś mi się nie zgadzało

Pamiętam doskonale ten dzień – wróciłem z trasy samochodem około godziny 15:00. Telewizor w domu był włączony i właśnie rozpoczęto nadawanie programu specjalnego, ponieważ pierwszy atak miał miejsce kilkanaście minut wcześniej czasu nowojorskiego. Nie pamiętam, czy pokazywano już wtedy amatorskie filmy nakręcone przez przechodniów pokazujące moment uderzenia, ale jedno zapadło mi w pamięć: w wydaniu „Wiadomości” na żywo kilka razy zamieszczono przebitki z Palestyny, gdzie widać było świętujących ludzi. Prowadząca program mówiła, że widać tu muzułmanów cieszących się z powodu udanego ataku na Stany Zjednoczone. 

Było to co najmniej dziwne, bo skąd stacja w godzinę po ataku dostałaby takie nagranie? Zresztą na ujęciach sceneria wyglądała na poranną, a przecież w momencie ataku w krajach Bliskiego Wschodu była mniej więcej godzina 16.00. Później wyszło na jaw, że nagrania cieszących się ludzi pochodziły z zupełnie innego dnia i dotyczyły jakiegoś lokalnego święta, niemającego nic wspólnego z atakami. Dało mi to do myślenia – po co podstawiono takie nagrania w państwowej telewizji? Wzięto je z którejś ze stacji amerykańskich, gdzie zamieszczono je zapewne właśnie w celu kreowania wspólnego wroga. Przypadkowo tym wrogiem stali się Palestyńczycy. Ciekawe, kto nie lubi Palestyńczyków. 

Rzekoma radość z ataków na USA w TVP. Potem okazało się, że to lipa. (fot. TVP)

Paliwo lotnicze nie topi stalowych belek

Obydwie wieże zawaliły się w nadzwyczaj spektakularny sposób, co było relacjonowane przez wszystkie telewizje świata. Jako pierwsza poddała się wieża, w którą samolot uderzył później, czyli wieża południowa. Północna dołączyła dokładnie po pół godziny. Szybko pojawiły się głosy sceptyków, twierdzących że paliwo lotnicze nie jest w stanie stopić stalowych belek konstrukcyjnych wież WTC, a co za tym idzie – wieże zostały wysadzone. Paliwo z samolotów płonie w temperaturze między 800 a 1000 stopni, a stal zaczyna topić się dopiero przy ok. 1500 stopni Celsjusza. Nie jest to jednak do końca prawda, bo topnienie stali to proces długotrwały i belka stalowa nagrzana już do ok. 600 stopni zaczyna tracić sztywność i robić się miękka. W dodatku belki zostały najpierw porozrywane przez uderzenie samolotu, a potem poddane długotrwałemu działaniu wysokiej temperatury, co zapewne wystarczyło, aby budynek stracił wewnętrzną sztywność i się zawalił. 

Reklama
Reklama

To tłumaczenie nie zatrzymało wątpliwości, bo wcześniej zdarzały się już uderzenia samolotów w budynki, i to w samym Nowym Jorku. Mowa o wypadkach z roku 1945 i 1946, kiedy to dwa samoloty, w tym jeden wojskowy bombowiec i jeden samolot wielozadaniowy Beechcraft uderzyły w wieżowce – w tym w Empire State Building. Nic się wtedy nie zawaliło, ale przecież wypadki mogą mieć różny przebieg. W każdym razie obie wieże poszły w dół w sposób, który mógłby trochę przypominać kontrolowane wyburzenie, jednak to wymagałoby umieszczenia ładunków wybuchowych dużo wcześniej i odpalenia ich w odpowiednim momencie, i to po uderzeniach samolotu.

Empire State Building po uderzeniu samolotu. (fot. Bettman Archives)

Szybko przerodziło się to w teorię o wykorzystaniu materiału znanego jako „termit”, który nie wybucha gwałtownie, ale spala się szybko i stabilnie, mocnym płomieniem. Oficjalny raport amerykańskiego NIST (Narodowego Instytutu Miar i Technologii) zaprzeczył użyciu jakichkolwiek materiałów zapalających i potwierdził, że do zawalenia się wież doszło z powodu osłabienia konstrukcji wywołanej uderzeniem i pożarem. 

Potem nastąpiła sprawa budynku WTC 7

Do dziś wspominanie o budynku numer 7 sprawia, że automatycznie jesteśmy klasyfikowani jako „świry”, „szury” itp. Prawda jest taka, że ten 190-metrowy wieżowiec zawalił się jako trzeci, chociaż nie został uderzony przez samolot. Zawalił się rzekomo z powodu długotrwałego pożaru, który osłabił jego konstrukcję.

Reklama
Reklama

Problem polega na tym, że zdarzenie to zostało udokumentowane na filmie i widać na nim, jak budynek zawala się w sposób nadzwyczaj podobny do kontrolowanego wyburzenia. Najpierw zapada się jego środkowa część, a później całość idzie pionowo w dół, podczas gdy uszkodzenia dotyczyły głównie jednej strony budynku i na tę stronę miałby największą szansę się przewrócić. Nagrano także ujęcie, w którym na kilkanaście minut przed zawaleniem widać strażaków odganiających ludzi z tego miejsca, mówiących że budynek wkrótce się zawali. W późniejszych przekazach konsekwentnie pomijano temat WTC 7, ponieważ był trochę niewygodny – żaden wieżowiec wcześniej nie zawalił się w ten sposób z powodu pożaru. 

Można by odrzucić teorię o kontrolowanym wyburzeniu w całości, opierając się znowu na raportach NIST, gdzie stwierdzono, że za zawalenie się WTC 7 odpowiada jedna wadliwa kolumna centralna, która pękła i dlatego cały budynek złożył się jak domek z kart. Możliwe, przecież przeciętny odbiorca nie zna się na konstrukcji wieżowców i może faktycznie posiadają one jakąś kluczową kolumnę, której uszkodzenie powoduje momentalne zawalenie się budynku.

Jednak właściciel całego kompleksu WTC, Larry Silverstein, w jednym z wywiadów powiedział, że podjęto decyzję o kontrolowanym wyburzeniu budynku 7, ponieważ i tak stanowił zagrożenie w stanie, w którym został po pożarach. Użył tam słowa „pull”, które oficjalnie znaczy „ciągnąć”, ale w branżowym slangu to „rozwalić”. Później w wywiadzie dla telewizji John Kerry, amerykański senator i sekretarz stanu, przyznał, że budynek zawalił się „in controlled fashion”. Nigdy nie rozstrzygnięto, czy rację ma raport NIST, czy może Larry i John, jedno jest pewne – szczątki po zawalonym WTC 7 sprzątano w wielkim pośpiechu i w pierwszej kolejności. 

Sprawa ataku na Pentagon

Ataki z 11 września to nie tylko Nowy Jork, ale też uderzenie samolotu w budynek Pentagonu w stanie Wirginia. Moglibyście pomyśleć, że taka budowla jak Pentagon posiada rozbudowany system monitoringu, który zarejestrowałby samolot uderzający w budynek, ale mylicie się – z jakiegoś powodu akurat ta sytuacja nie nagrała się na kamery, z wyjątkiem jednej, gdzie przez ułamek sekundy widać smukły, jasny kształt niespecjalnie przypominający samolot. A skoro to nie samolot – to pewnie była rakieta. Tak brzmi popularna teoria podważająca oficjalną wersję zdarzeń co do ataku na Pentagon.

Reklama
Reklama

W rzeczywistości da się znaleźć bardzo dużo zdjęć pokazujących szczątki rozbitego samolotu na miejscu zdarzenia i choć miejsce uderzenia wydaje się bardzo niewielkie, a zniszczenia nieporównywalne do tych z wież WTC, to jednak trzeba wziąć pod uwagę konstrukcję Pentagonu, znacznie mocniejszą niż przy nowojorskich wieżowcach. Brak śladów skrzydeł samolotu na ścianie budynku też trudno uznać za dowód, bo skrzydła stosunkowo łatwo odpadają. 

Widać samolot czy nie widać? (innego nagrania nie ma) (fot. Department of War)

Jedyne, czego nie da się wyjaśnić, to jakim sposobem pilot samolotu – Hani Hanjour, arabski terrorysta-samobójca – zdołał wykonać serię skomplikowanych manewrów, żeby wycelować samolotem dokładnie w ścianę Pentagonu. Ustalono, że wcześniej przechodził kursy pilotażu, ale wykazywał się bardzo słabymi wynikami i nie udało mu się uzyskać licencji pilota dla samolotów wielosilnikowych. Legitymował się „licencją pilota komercyjnego”, którą instruktorzy Amerykańskiej Federacji Lotniczej podważyli, gdy próbował odbywać kurs na samoloty pasażerskie, twierdząc że osoba o tak słabej znajomości angielskiego i niskich umiejętnościach pilotażu nie może mieć żadnej licencji pilota. A jednak w decydującym momencie Hanjour potrafił tak pokierować wielosilnikowym samolotem, by wcelować idealnie w budynek. 

Sprawa lotu numer 93

Jeden z samolotów porwanych przez zamachowców leciał w stronę Waszyngtonu, ale rozbił się na polach Pensylwanii. Wszyscy porywacze i pasażerowie zginęli. Jednak bardzo szybko pojawiły się wątpliwości co do prawdziwości tego wypadku. Twierdzono, że na miejscu nie było właściwie śladów rozbitego samolotu, a prawdziwym powodem kraksy było zestrzelenie przez rakietę wystrzeloną z myśliwca. Niektórzy twierdzili, że prawdziwe szczątki maszyny znaleziono nawet 12 km dalej od rzekomego miejsca zdarzenia. Amerykańskie służby jednak twierdzą, że udało się skompletować 99 proc. elementów samolotu, a fragmenty, które znacznie oddaliły się od miejsca katastrofy, to kawałki papieru uniesione przez ciepłe prądy powietrza. Na zdjęciach lotniczych trudno dostrzec konkretną lokalizację uderzenia, ale znowu – mało kto jest specjalistą od rekonstrukcji wypadków lotniczych i być może wszystkie miejsca katastrof wyglądają niezbyt spektakularnie. 

Reklama
Reklama

Przy tej okazji można też krótko wspomnieć o teorii, według której tego dnia nie działał system obrony przeciwlotniczej NORAD – ten sam, który według przywołanej w tym akapicie teorii miałby zestrzelić lot numer 93. W rzeczywistości NORAD tego dnia działał, po prostu nie projektowano go z myślą o monitorowaniu i przechwytywaniu porwanych samolotów pasażerskich, a jego działanie nakierowano na obronę amerykańskiej przestrzeni powietrznej przed naruszeniami z zewnątrz ze strony obiektów wojskowych, np. myśliwców albo rakiet. Dlatego też – według oficjalnych informacji – żadne myśliwce nie zdążyły się poderwać do lotu, żeby zakłócić przelot porwanych samolotów. 

Czytaj również: Jak chodzenie od pięty wpłynęło na ewolucję człowieka? Nowe badania PNAS

Sprawa paszportu Mohammeda Atty

Wkrótce po atakach z 11 września amerykańskie służby wywiadowcze zaczęły znajdować rozmaite dowody, które potwierdzały, że cała sprawa została obmyślona i przeprowadzona przez grupę arabskich terrorystów, niepowiązanych z rządem żadnego państwa. Po prostu pewni antyamerykańscy radykałowie skrzyknęli się i przeprowadzili największy atak terrorystyczny na świecie, w którym zginęli. Kolejne znaleziska objawiały się niczym dżin z butelki. Najpierw w samochodzie, który terroryści wypożyczyli w Bostonie znaleziono Koran i instrukcję „jak latać odrzutowcem” w języku arabskim (cokolwiek to znaczy, naprawdę tak napisano).

Reklama
Reklama

Ale to był zaledwie początek szczęśliwych trafień. W stertach gruzu i pyłu po zburzonych wieżach odnalazł się praktycznie nienaruszony paszport Mohammeda Atty, podejrzewanego o pilotowanie jednego z samolotów. To już nie igła w stogu siana, ale pyłek na igle wśród pól ze stogami. Oczywiście na tym się nie skończyło, doskonała passa FBI trwała dalej: znaleziono rzeczy osobiste jednego z terrorystów, Zacariasa Moussaoui oraz list pożegnalny Mohammeda Atty. W zadziwiający sposób martwi terroryści zgubili ogromną liczbę dowodów, instrukcji i planów, i to wszystko zostało odnalezione. 

Odnaleziony też został sam Osama Bin Laden, uważany za pomysłodawcę ataków z 11 września. W 2011 r. amerykańscy komandosi wkroczyli do willi w okolicach miasta Abbotabad w Pakistanie i przeprowadzili literalną egzekucję nieuzbrojonego Bin Ladena oraz członków jego rodziny. Po prostu odstrzelono go jak dzika na polowaniu – człowieka, który wiedział najwięcej o międzynarodowym terroryzmie na dużą skalę nie próbowano nawet przesłuchać. Jeszcze by coś powiedział. 

Pięciu tańczących Izraelczyków

Jednym z mało znanych zdarzeń związanych z atakami z 11 września było zatrzymanie pięciu Izraelczyków z firmy o nazwie „Urban Moving Systems”. Tych pięciu mężczyzn krótko po ataku zostało zauważonych, jak z dachu budynku mieszkalnego filmują pierwszą płonącą wieżę, ciesząc się i robiąc sobie zdjęcia z kłębami dymu w tle. Na miejsce przybyła policja, która zatrzymała rozbawionych Izraelczyków. Deportowano ich pod zarzutem przekroczenia ważności wiz. Ustalono, że nie byli agentami Mossadu i nie mieli żadnej wcześniejszej wiedzy o atakach. Dlaczego się cieszyli? Nie wiadomo, ponieważ ślad po nich zaginął. Trochę to dziwne w kontekście tego, że Mossad ostrzegał Stany Zjednoczone o możliwym ataku terrorystycznym na wielką skalę.

Reklama
Reklama

Z jakiegoś powodu właściciel firmy Urban Moving Systems, Dominik Suter, błyskawicznie opuścił Nowy Jork i również udał się do Izraela. Z jeszcze bardziej jakiegoś powodu jeden z zatrzymanych mężczyzn miał przy sobie dwa paszporty na dwie różne tożsamości. Cała sprawa do dziś wygląda bardzo źle, ale gdy szuka się o niej informacji w internecie, bezustannie natykamy się na twierdzenie, że to „antysemicka narracja”. Jeśli prawda jest antysemicka, to tym gorzej dla prawdy. 

Przez pewien czas krążyła też plotka, którą powtórzył w swoim czasie nawet prezydent Iranu – ponoć Żydzi tego dnia mieli nie przyjść do pracy w World Trade Center, bo dostali tajemnicze ostrzeżenie o niebezpieczeństwie. Analiza listy ofiar nie potwierdza tego, z 3000 zabitych osób ok. 270-300 miało żydowskie pochodzenie. W biurze na szczęście nie było Larrego Silversteina, wspomnianego już właściciela kompleksu WTC – akurat w ten jeden dzień rano udał się do lekarza. Jego odszkodowanie od firm ubezpieczeniowych wyniosło ok. 4,6 mld dolarów. 

Giełda reaguje z wyprzedzeniem

Niezwykłe rzeczy działy się na giełdzie papierów wartościowych w dniach poprzedzających ataki. Anomalie można było zobaczyć gołym okiem nawet nie będąc analitykiem finansowym. Po pierwsze, wystawiono rekordową liczbę opcji „put”, czyli sprzedaży akcji po określonej cenie – zachowanie takie przypomina sytuację, w której wiesz o zbliżającej się katastrofie i chcesz wycofać się ze swoich udziałów z minimalnymi stratami. Opcje „put” dotyczyły linii lotniczych United i American Airlines. W dniach 6-7 września stosunek opcji „put” do „call” (opcji zakupu) był jak 12:1, co nie zdarza się przy normalnym funkcjonowaniu firm.

Reklama
Reklama

Grupa Citigroup sprzedawała opcje, gdzie można było zarobić pieniądze, jeśli w danym czasie wartość akcji spadła poniżej 40 dolarów. Citigroup to właściciel firmy ubezpieczeniowej Travelers, drugiej największej w Stanach Zjednoczonych. Travelers ubezpiecza nieruchomości komercyjne, ale również pracowników firm w razie wypadków. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn na kilka dni przed atakami liczba osób kupujących opcje „akcje spadną poniżej 40 dolarów w najbliższych dniach” wzrosła 45-krotnie

Obejrzyj także:

Żart z dwudziestodolarówką

Jedną z żartobliwych teorii mających „potwierdzać”, że Stany Zjednoczone o atakach wiedziały wcześniej, jest banknot 20-dolarowy emitowany od 1998 r., który po odpowiednim złożeniu w stylu origami wygląda, jakby wydrukowano na nim obraz dwóch płonących wież. Przy czym płomienie mają postać gałęzi drzewa, a całość wymaga dużo wyobraźni, by zauważyć jakieś podobieństwo, ale przykład ten dobrze pokazuje, jak minimalnym wysiłkiem można zasiać w ludziach kolejne źródła niepewności co do poczynań rządu. Zastanawia mnie, po co rząd miałby przekazywać, że planuje wyburzyć WTC? Dlatego ten akapit zatytułowałem „żart”. Poprzednie zdają mi się mniej żartobliwe. 

Powstały setki publikacji podważających oficjalną wersję wydarzeń, jak film Loose Change czy książka Davida Griffina „Raport Komisji: bzdury i przemilczenia”. Niektóre całkiem sensownie punktują niespójności w rządowych raportach, ale też takie, które mógłby napisać Erich von Daniken, włącznie z koncepcją, że samolotów w Nowym Jorku nigdy nie było, tylko ich hologramy.

Ja tego jakoś nie widzę. (fot. Craftsuprint)

Najpopularniejsza teoria jest taka, że Stany Zjednoczone wiedziały o planowanym ataku i nic nie zrobiono (tzw. LIHOP – let it happen on purpose, czyli niech to się wydarzy), ewentualnie w bardziej zaawansowanej wersji – MIHOP, czyli make it happen on purpose, co oznaczało pośredni udział amerykańskich służb specjalnych w planowaniu i przeprowadzeniu operacji. Dowodów na to nie ujawniono, ale ich brak nie oznacza, że tak nie było (na tym właśnie polega teoria spiskowa), a gdyby przyjąć, że nikt nie miał o niczym pojęcia, to oznaczałoby że legendarne amerykańskie służby wywiadowcze są po prostu do niczego. 

Reklama
Reklama

Podsumowanie

Czy którakolwiek z powyżej opisanych teorii jest w stu procentach prawdziwa? Nie podejmuję się tego stwierdzić, ale również odmawiam przyznania stuprocentowej wiarygodności wersji przedstawionej przez amerykański rząd. Po 25 latach od wydarzeń z 11 września mamy do czynienia z trudną do zaakceptowania sytuacją, gdzie jeśli nie do końca wierzysz w amerykańską propagandę, to na pewno jesteś szurem, świrem i odklejeńcem w foliowej czapeczce na głowie. Z perspektywy czasu wypada przede wszystkim zastanowić się, czy na atakach z 11 września Stany Zjednoczone skorzystały, czy straciły – pomijając oczywiście straty w ludziach i w mieniu, chodzi wyłącznie o długofalowe cele polityczne. Czy tak faktycznie było? Jeśli chodzi o wykreowanie Bliskiego Wschodu jako wroga świata zachodniego i uzasadnienie dla wojny – zaryzykuję, że tak.

Jeśli dodamy do tego, że atak na Irak opierał się na fałszywych przesłankach (Saddam nie wspierał Al-Kaidy, a narracja o broni masowego rażenia była zmyślona), natomiast samego Osamę Bin Ladena po prostu zabito zamiast przesłuchać, to można nabrać przekonania, że 11 września to element amerykańskich szachów 5D. 

Gdybym miał pozwolić sobie na chwilę szczerości, to powiedziałbym, że znam pewną grupę ludzi, której zależy na przedstawianiu Arabów jako antyludzkich zbrodniarzy oraz wrogów Zachodu i że ta grupa od lat posiada silną reprezentację we władzach Stanów Zjednoczonych oraz równie duży wpływ na sektor finansowy.