- Sekretarz skarbu USA Scott Bessent zapowiedział operację „Economic D-Day" – kampanię sankcji wtórnych mającą uczynić z Iranu globalnego ekonomicznego wyrzutka.
- Irańska gospodarka jest już w głębokim kryzysie: rial stracił na wartości, inflacja sięga 68 proc., a PKB ma spaść o 5,4 proc.
- Spośród jedenastu amerykańskich lotniskowców tylko dwa są dziś w pełni operacyjne – oba stacjonują na Bliskim Wschodzie.
- USA szukają wsparcia sojuszników w ochronie żeglugi przez Cieśninę Ormuz, choć oficjalnie nie jest to misja NATO.
Mimo wielokrotnych zapowiedzi prezydenta USA o wojskowym rozwiązaniu konfliktu z Iranem, amerykańska administracja zdecydowała się zaostrzyć presję gospodarczą. Wraz z początkiem tygodnia amerykański sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiedział realizację operacji „Economic D-Day”. Nazwa stanowi analogię do lądowania aliantów w Normandii.
Kierunek przedstawiony przez Bessenta podczas poniedziałkowego wystąpienia ma jeden cel: stworzenie takich ram sankcyjnych, by Iran stał się nie tylko ekonomicznym pariasem, lecz został wypchnięty z globalnej gospodarki i stał się „ekonomicznym wyrzutkiem”. Nowa operacja nie sprowadza się więc do kolejnego pakietu sankcji nakładanych bezpośrednio na irańskie firmy i instytucje. Do tych restrykcji Iran zdołał się przyzwyczaić, tworząc przez co najmniej pięć dekad skuteczny system obchodzenia amerykańskich sankcji.
Czytaj również: Przywódca Iranu nie pojawia się publicznie. Trump: Jest ciężko ranny
Najważniejszym elementem zapowiedzi jest groźba sankcji wtórnych wobec zagranicznych banków, przedsiębiorstw i państw. To one mają umożliwić Teheranowi prowadzenie handlu, dostęp do finansowania oraz eksport i import dóbr. Póki co zapowiedź pozostaje dzisiaj tylko groźbą. Jak tłumaczył Bessent, ogłoszenie w poniedziałek wpisania na listy sankcyjne 60 osób i podmiotów związanych z irańskim programem rakietowym, sektorem naftowym oraz sieciami finansowymi było jedynie „pierwszym strzałem ostrzegawczym” przed tym, co może nastąpić później.
Może, ale nie musi. Pewne jest, że USA żądają takiej postawy. Podobnej do decyzji, którą podjęły Zjednoczone Emiraty Arabskie w ubiegłym tygodniu, całkowicie zrywając stosunki gospodarcze z Teheranem.
Irańska gospodarka
Powód, dla którego Amerykanie zdecydowali się na taki kierunek, jest stosunkowo prosty: chcą maksymalizować efekty, unikając operacji lądowej. Przemawia za tym przekonanie USA, że publikowane wskaźniki ekonomiczne Iranu są dowodem na skuteczność dotychczasowej blokady tego kraju.
Argumentem na rzecz tej tezy ma być przede wszystkim gwałtowna utrata wartości riala, którego kurs na rynku spadł do poziomu około 2,03 mln rialów za dolara. Inflacja ma wynosić około 68 proc. Towarzyszą temu prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy spadek PKB o 5,4 proc., utrata około 20 proc. bazy produkcyjnej Iranu, zamknięcie 20 tys. fabryk oraz likwidacja około miliona miejsc pracy. Do tego dochodzą straty liczone w setkach miliardów, wynikające z wojny.
Kryzys nie tylko się nie zakończył, lecz dalej pogłębia się z powodu amerykańskiej blokady morskiej i braku możliwości swobodnego eksportu ropy naftowej.
Jako dość oryginalny sposób poszukiwania alternatywnych dróg eksportu ropy warto przytoczyć reportaż BBC, według którego proceder omijania amerykańskich sankcji jest realizowany nawet przez pojedyncze osoby. W celu uzyskania dochodu zewnętrznego Irańczycy zaczęli przewozić paliwo przez granicę z Pakistanem w kanistrach i baniakach, wykorzystując do tego rowery i motocykle. W ten sposób ożywiają handel przygraniczny.
Ekonomiczna eskalacja
Kolejna próba obezwładnienia irańskiej gospodarki może wydawać się krokiem, który nie prowadzi do otwarcia nowego obszaru eskalacji ani nie wymaga istotnego zwiększenia amerykańskiego zaangażowania militarnego. Problem w tym, że zapowiedzi gospodarczego „D-Day” nie będą dotyczyć wyłącznie Iranu, lecz przede wszystkim państw będących jego partnerami handlowymi, czyli tych, z których importuje towary i do których je eksportuje. To właśnie one są głównym celem sankcji. Waszyngton gra w ten sposób na strachu, który ma towarzyszyć każdemu, kto choćby pomyśli o nawiązaniu jakichkolwiek relacji gospodarczych z Teheranem.
Czy USA pójdą ścieżką eskalacji na irański horyzont gospodarczy, zgodnie z zasadą „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”, i obejmą nowymi sankcjami takie kraje jak Niemcy, Turcję, Azerbejdżan, Pakistan oraz, co najważniejsze, Chiny? Zapowiedź USA jest nie tyle kwestią amerykańskiej determinacji, ile testem gotowości do poniesienia kosztów związanych z wprowadzeniem tych sankcji. Bo jak głosi stara zasada: „jest akcja, jest reakcja”.
Amerykański korytarz w Cieśninie Ormuz
Pomijając kwestię tego, czy USA odważą się z całą stanowczością wprowadzać globalne sankcje wobec państw utrzymujących stosunki handlowe z Iranem, należy zadać pytanie: czy Amerykanie są tym razem gotowi na irańską odpowiedź w postaci ponownego zamknięcia cieśniny?
Choć Iran i Oman ogłosiły, że prowadzone rozmowy dwustronne doprowadziły do wstępnego porozumienia w sprawie wspólnego toru wodnego, Stany Zjednoczone, wykluczone z tych rozmów, wybrały politykę faktów dokonanych.
Polecamy także: Iran zrobił wyjątek. Otworzył cieśninę Ormuz dla jednego kraju
Temu posłużyła zeszłomiesięczna, krótka kampania uderzeń na irańską infrastrukturę nabrzeżną służącą do monitorowania i nadzorowania ruchu przez Cieśninę Ormuz. Amerykanie, niszcząc tę infrastrukturę, pozbawili Iran w rzeczywistości „oczu”, czyli systemu rozpoznania. W tak przygotowanej przestrzeni, w której Amerykanie widzą, a Irańczycy nie, USA stworzyły dogodną sytuację do wytyczenia kanału żeglugowego mającego przełamać irańską blokadę Cieśniny.
Powstały tor wodny wzdłuż wybrzeża Omanu umożliwia statkom handlowym ominięcie irańskiej kontroli w Cieśninie. Co najważniejsze, nie jest to rozwiązanie jednorazowe. Amerykanie stworzyli trwały tor wodny, którego bezpieczeństwo zapewniają amerykańska marynarka wojenna oraz siły powietrzne.
Choć żegluga przez cieśninę nie powróciła do stanu sprzed wojny, kiedy przepływało przez nią około 140 jednostek dziennie, każdej nocy nowo powstałą trasą porusza się od 15 do 20 statków, przewożących do 15 mln baryłek ropy. Co istotne, droga nie jest jednokierunkowa. Jednostki zarówno opuszczają Zatokę Perską, jak i wpływają do niej po kolejne ładunki ropy, utrzymując w ten sposób względnie trwały kanał wymiany.
Walka z czasem
Wyzwaniem dla Amerykanów w utrzymaniu tego korytarza jest jednak czas. Wraz z jego upływem wyczerpują się nie tylko zapasy pocisków PAC do systemów Patriot, lecz także przedłużane są dyżury załóg na okrętach, czemu towarzyszy spadek gotowości operacyjnej okrętów oraz floty powietrznej.
Przykładami tak dużego zużycia, które zapiszą się w historii wojskowości, są rotacje lotniskowców: USS Gerald R. Ford, którego zakończona w maju rotacja trwała 326 dni, oraz USS Abraham Lincoln, który zakończy rotację 12 września po 295 dniach służby. W przypadku tego drugiego sytuacja jest o tyle szczególna, że zastąpił go USS George Washington, przekierowany z zachodniego Pacyfiku. Tą decyzją, podyktowaną potrzebą wojenną, Amerykanie zdecydowali się pozostawić Pacyfik bez dyżurującego tam lotniskowca.
Może Cię zainteresować: Trump zagroził Iranowi „gospodarczym D-Day”. Jest odpowiedź Teheranu
Można zadać pytanie: dlaczego Amerykanie zrezygnowali dziś ze stacjonowania w obszarze, który jest dla nich tak kluczowy? Odpowiedź jest stosunkowo prosta i niestety ma podobny charakter jak w przypadku zdolności amerykańskiego przemysłu obronnego do produkcji pocisków PAC. Spośród posiadanych jedenastu lotniskowców dzisiaj tylko dwa są w pełni operacyjne i to one znajdują się na Bliskim Wschodzie. Pozostałe są serwisowane i przygotowywane do służby.
Co jednak kluczowe dla szybkości przywrócenia ich do służby, USA posiadają faktycznie tylko trzy stocznie zdolne do przeprowadzania przeglądów i konserwacji lotniskowców. Jedna z nich znajduje się na zachodnim wybrzeżu, a dwie na wschodnim wybrzeżu USA. Warto przy tym zaznaczyć, że wskazane stocznie nie mają jednakowych zdolności do przyjmowania lotniskowców wszystkich klas.
Problem serwisowania nie dotyczy wyłącznie lotniskowców, lecz także obejmuje flotę myśliwców, które przewożą. Nie jest to precedens, jeśli chodzi o wykorzystanie F-35, jednak ze względu na skalę ich użycia podczas wojny z Iranem serwis tych maszyn może stanowić duże wyzwanie.
Otóż przebywanie F-35 w rejonie Bliskiego Wschodu wiąże się z wystawieniem maszyn na szczególnie wymagające warunki atmosferyczne. Stacjonujące tam maszyny są stale narażone na oddziaływanie mieszanki soli morskiej, wysokiej temperatury oraz wilgotności. Są to warunki sprzyjające rozwojowi korozji zewnętrznej powłoki myśliwców, która odpowiada między innymi za skuteczność technologii stealth. Problem ten nie dotyczy wyłącznie F-35. Należy uwzględnić również myśliwce innych typów, flotę śmigłowców oraz stacjonujące w tym rejonie inne okręty.
Czas jest więc dla Amerykanów największym wyzwaniem. To od niego zależy, jak długo USA będą w stanie utrzymywać blokadę z taką intensywnością oraz przez jaki czas będą mogły zapewniać względne bezpieczeństwo korytarza żeglugowego przez Cieśninę Ormuz.
Jak trwoga, to do sojuszników
Pomimo telewizyjnego show i zapowiedzi Trumpa o potędze USA, w tym deklaracji, że Amerykanie mogą nie tylko utrzymać otwartą Cieśninę Ormuz, lecz nawet przyłączyć ją do terytorium USA, za zamkniętymi drzwiami gabinetów dyplomatycznych Amerykanie zaczęli zdawać sobie sprawę ze swoich ograniczeń.
W obrębie swojej sieci sojuszniczej poszukują wsparcia dla działań prowadzonych w Zatoce.
Poinformowano o tym w komunikacie prasowym naczelnego dowódcy sił NATO w Europie, amerykańskiego generała Alexusa Grynkewicha. W ubiegłym tygodniu generał zwołał wideokonferencję z udziałem szefów obrony zainteresowanych państw Sojuszu. Oficjalnym celem spotkania było omówienie możliwego wkładu poszczególnych krajów w działania na rzecz zapewnienia swobody żeglugi przez Cieśninę Ormuz.
Polecamy także: Blokada lądowa i wtórne sankcje. Jak Trump chce rzucić Iran na kolana?
Zastrzeżono przy tym, że nie chodzi o misję NATO. To rozróżnienie jest kluczowe, ponieważ o takiej misji w ogóle nie może być mowy. Nie został uruchomiony art. 5 NATO, ONZ nie udzieliła Sojuszowi mandatu i przede wszystkim nie ma politycznej jednomyślności wszystkich 32 państw Sojuszu w kwestii wojny z Iranem. Takiej jednomyślności nie było od 2001 roku, kiedy po zamachach z 11 września NATO uznało je za napaść na wszystkie państwa członkowskie.
Omijając te ramy prawne i instytucjonalne, Sojusz Północnoatlantycki od kilku lat realizuje działania w ramach koalicji chętnych, będących grupami zadaniowymi państw decydujących się koordynować działania poza formalnym mechanizmem konsensusu NATO. W ten sposób państwa korzystają z ram instytucjonalnych NATO, pozostawiając jego formalne struktury poza bezpośrednią odpowiedzialnością za podejmowane decyzje.
O takiej strukturze koalicji chętnych mówiły wcześniej Francja i Wielka Brytania, które podjęły nieudaną próbę zorganizowania wielonarodowego kontyngentu wojskowego i rozmieszczenia go na Ukrainie. Podobną inicjatywę, pod przywództwem tych samych państw, podjęto w kwietniu, kiedy ogłoszono rozpoczęcie przygotowań do misji mającej zabezpieczyć żeglugę przez Cieśninę Ormuz. Misja miała zostać uruchomiona po wstrzymaniu ognia i pod warunkiem, że Iran wyrazi zgodę na przeprowadzenie tego typu operacji. Co warto zaznaczyć, pod tą deklaracją podpisała się również Polska.
Podobną logikę wykorzystuje system PURL, czyli Prioritised Ukraine Requirements List. Mechanizm finansowy opierający się na dobrowolnym udziale państw NATO w finansowaniu zakupów amerykańskiego uzbrojenia dla wysiłku wojennego Ukrainy.
Spotkaniu, któremu przewodził Grynkewich, przyświecała podobna wizja potencjalnej współpracy. Różnica między inicjatywami Francji i Wielkiej Brytanii a potencjalną amerykańską inicjatywą Koalicji Chętnych polega na realnej zdolności do pełnienia przywództwa.
Amerykanie, chcąc uruchomić tę inicjatywę, dysponują również znacznie silniejszym argumentem skłaniającym sojuszników do zaangażowania niż Paryż czy Londyn. Pozycję USA wzmacnia bowiem rola gwaranta bezpieczeństwa na kontynencie europejskim. W kontekście rozesłanej „lojalki” kwestia ta nabiera dodatkowego znaczenia. Może bowiem wpływać na sposób, w jaki europejscy sojusznicy będą postrzegać amerykańską inicjatywę.
Sprawdź też: Katar odpowiada na zarzuty Iranu. Chodzi o zestrzelonych pilotów
Warto zaznaczyć, że USA nie wykorzystują kwestii bezpieczeństwa wyłącznie wobec państw europejskich. „Drapieżna hegemonia” przejawia się również w presji wywieranej na azjatyckich sojuszników USA, a konkretnie na Koreę Południową.
W ubiegłym tygodniu Waszyngton poinformował o skróceniu corocznych ćwiczeń wojskowych USA i Korei Południowej, których celem jest demonstracja siły oraz odstraszanie agresywnej Korei Północnej. Jednak w tym roku Trump uznał ich prowadzenie za „całkowicie nieodpowiednie i wrogie” wobec północnego sąsiada.
W świetle poszukiwań sojuszników dla wsparcia wysiłku w Cieśninie Ormuz obwieszczenie tej decyzji nabiera charakteru kary. W wypowiedzi Trumpa nietrudno jest doszukiwać się tego charakteru, gdyż w tej samej wypowiedzi wskazał: „(…) niedawno zapytałem prezydenta Korei Południowej, czy chciałby dołączyć do nas w działaniach na rzecz denuklearyzacji Islamskiej Republiki Iranu, na co odpowiedział: «Nie, dziękuję!»”.
Czytaj także: Trump groził Iranowi, Teheran odpowiedział. „Nie ulegniemy tym demonstracjom”
Tym samym Trump odpowiedział Seulowi w podobny sposób, stawiając pod znakiem zapytania sens stacjonowania w Korei Południowej sił „US Forces Korea”, liczących 28 500 amerykańskich żołnierzy, których głównym zadaniem jest odstraszanie Pjongjangu od wznowienia wojny koreańskiej, która formalnie trwa od 76 lat.
Jakie stanowisko zajmuje Warszawa?
Przywykliśmy w Polsce do polityki informacyjnej rządu, w ramach której opinii publicznej nie informuje się o podobnych „błahych” sprawach. W świetle potencjalnego utworzenia Koalicji Chętnych warto postawić kilka pytań.
Skoro naczelny dowódca sił NATO w Europie zorganizował spotkanie z przedstawicielami państw europejskich, zasadne jest ustalenie, czy uczestniczył w nim przedstawiciel Polski. Jeszcze ważniejsze pozostaje pytanie, jakie stanowisko przedstawił w imieniu Warszawy.
Warte uwagi: Netanyahu rzuca wyzwanie Trumpowi. Rakowski: Bibi patrzy na Iran i wybory
Nie jest to bowiem kwestia drugorzędna. Dotyczy bezpośrednio perspektywy zaangażowania polskich sił zbrojnych do wysiłku w Zatoce Perskiej. Rodzi się więc kolejne pytanie, na które rząd i prezydent RP muszą odpowiedzieć: czy Waszyngton, w zamian za potencjalne przywrócenie zapowiadanej przez Donalda Trumpa obecności 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce, może oczekiwać od Warszawy przystąpienia do tworzonej koalicji?
Jeśli tak, jakie mogą to być siły? Z pewnością można rozważać scenariusz oddelegowania polskich sił specjalnych, które są cenione przez Amerykanów. Czy jesteśmy w stanie przekazać koalicji okręty wojenne? To pytanie pozostawmy otwarte. Niemniej wszystkie te kwestie nabierają szczególnego znaczenia w obliczu utrzymującego się zagrożenia ze strony Rosji.


