Jeszcze nie przygasła afera związana ze Szpitalem Południowym w Warszawie i lekarzem-milionerem Dawidem Kacprzykiem, a już na z Alei Ujazdowskich Donald Tusk widzi dym z kolejnego pożaru.
Perła w koronie
Przypomnijmy jednak pokrótce, o co chodziło z panem doktorem. Pobierał on pieniądze za dyżury, których nie pełnił, koordynował SOR-em bez wymaganych kompetencji, a do tego zrobił szybką ścieżkę leczenia dla polityków swojego ugrupowania wraz z salonem VIP. I to wszystko w perle korony warszawskiej ochrony zdrowia Rafała Trzaskowskiego. Wszak do prezydent Warszawy w zeszłorocznej bitwie i Pałac Prezydencki chwalił się wybudowaniem tej placówki. Traktował ją jako swój wielki sukces. Czy szpital był potrzebny? Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Ale to jaki PR zrobił wokół niego Kacprzyk swoim zachowaniem już zdecydowanie nie.
Wczoraj doszedł kolejny rozdział do tej historii, która już nadaje się na scenariusz miniserialu na Netflixie. Warszawski Szpital Południowy zwrócił Dawidowi Kacprzykowi pół mln zł, które ten po skorygowaniu kilkudziesięciu faktur przelał na konto placówki już po wybuchu afery. Powód? Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Piotr Skiba poinformował, że przelane przez lekarza pieniądze zostały zwrócone „z uwagi na fakt, że nie można było prawidłowo dokonać zaliczenia tych środków na rachunku szpitala”. Tak, może i pobrał nielegalnie wynagrodzenie za dyżury, których nie pełnił, ale za to nie może zwrócić pieniędzy, bo szpital nie wie, jak je zaksięgować. Rafał Trzaskowski zapewniał, że nie wiedział o niczym, po czym okazało się, że był informowany. Sygnalista został zwolniony i tak się to kręci dalej.
Szybko jednak doszło do brutalnej weryfikacji słów prezydenta Warszawy.
Problem dla Donalda Tuska
I to samo może czekać teraz szefa Koalicji Obywatelskiej. Premier Donald Tusk zapowiedział, że każda złapana za rękę osoba wchodząca do szpitala bez kolejki i należąca do Koalicji Obywatelskiej poniesie surowe konsekwencje.
Nie minęło kilka dni i Patryk Słowik z Jakubem Styczyńskim opisali dzisiaj na łamach portalu właśnie taką historię. „Posłanka Koalicji Obywatelskiej Małgorzata Pępek wepchnęła się w szpitalu w Żywcu na badania poza kolejką. Dzięki pomocy osoby pracującej w szpitalu, również należącej do KO, polityk czekała na badanie trzy tygodnie. Osoby, które takich znajomości nie mają, muszą uzbroić się w cierpliwość. Czas oczekiwania w normalnym trybie to ponad dwa lata” – piszą w tekście.
Kolejny przykład wykorzystywania politycznych koneksji. I to kiedy nie przygasła jeszcze poprzednia afera. Tutaj oliwy do ognia dolewa jeszcze sama postawa pani posłanki.
– Zrobiła mi przysługę, bo z powodu obowiązków zawodowych nie miałam czasu przyjść sama zarejestrować się w szpitalu – mówiła Małgorzata Pępek w rozmowie z Zero.pl.
O rety, nie wiem, czy gorzej można było się wytłumaczyć z tego. Każdy z nas ma pracę, obowiązki zawodowe i musi stać w kolejkach. Kolejny raz narracja trafia w sedno stereotypów, jakie przykleiły się do KO. Partia elit oderwana od problemów przeciętnego Kowalskiego. On mimo pracy może stać w kolejce, pani poseł nie – bo ma obowiązki służbowe.
I teraz pora na zagadkę. Czy zgadną Państwo, jak zagłosowała Małgorzata Pępek za poprawką, która dostęp do badań i zabiegów dla innych?
Odpowiedź na poniższym obrazku:
Kolejną zagadką jest to, jak Donald Tusk zareaguje na tę sytuację. Tu już nie chodzi o ścięcie nikomu nieznanego radnego z Warszawy, tylko o wieloletnią posłankę. Czy premier dotrzyma swojej zapowiedzi? Cóż, przekonamy się w najbliższych dniach.

